Home / Recenzje / Gry dla graczy / Ashes: Odrodzenie z popiołów – … czy zasypianie gruszek?

Ashes: Odrodzenie z popiołów – … czy zasypianie gruszek?

AshesRzadko pamiętam, co i kiedy przyciąga mnie do kolejnej gry. Czasem się tak po prostu dzieje, że daną grę chcę przetestować, albo przynajmniej poczytać instrukcję, żeby przekonać się, czy jest dla mnie. Zwykle tym czynnikiem jest sama tematyka lub chęć sprawdzenia nowej mechaniki. Ostatnio też częściej zdarzało się, że grę wybierałem na podstawie autora, aby w końcu poznać styl tych wszystkich „Rosenbergów” czy innych „Bauzów”. Jeśli chodzi o nowe dzieło Isaaca Vegi, to przyciągnęła mnie do niego okładka, którą uważam za najlepszą jaką widziałem i, jak widać na moim przykładzie, bardzo skuteczną marketingowo.

Pierwsze pozytywne wrażenie robi już samo pudło z grą. Jest wykonane z bardzo grubej, masywnej tektury i wzbudza we mnie pewnego rodzaju zaufanie. Na okładce zobaczymy to co właśnie przyciągnęło mnie do tej pozycji: przecudowną grafikę Feniksa z wkomponowanymi grafikami poszczególnych Odrodzonych. Robią one niesamowite wrażenie. Pudło jest białe, a że jest to rzadko spotykana barwa, Ashes rzuca się w oczy, stojąc na półce. W środku wita nas wypraska składająca się z dwóch korytek. Było to dla mnie lekkie rozczarowanie, zawsze mam nadzieje na sensowne rozłożenie elementów jak w 7 Cudów Pojedynek, czy nawet Quadropolis. Zwyczajnie lubię jak wszystko jest przemyślane i nic się nie obija w pudełku.

Zawarta w pudełku liczba elementów naprawdę robi wrażenie. Pierwszym komponentem jest instrukcja, wydana na papierze bardzo wysokiej jakości. Nie mam do niej zastrzeżeń także, jeśli chodzi o samą treść. Wyjaśnienie zasad to zaledwie kilka stron A4. Ashes raczej nie należy do pozycji, w której jest dużo skomplikowanych zasad, więc ich wytłumaczenie na paru stronach z wieloma przykładami spokojnie pozwala na zrozumienie wszystkiego. Dalej mamy 77 grubych żetonów do oznaczania obrażeń, wyczerpania lub stanu. Teraz będzie coraz ciekawiej. W kolejnym woreczku odnajdziemy aż 40 różnokolorowych kości. Kostki są plastikowe i tak, jak wszystkie elementy zestawu, sprawiają dobre wrażenie. Dobór kolorów jest świetny, nie ma szans, żeby ktoś się pomylił. Dodatkowo symbole są wyżłobione i niepodatne na ścieranie. Bardzo przypadł mi do gustu ich rozmiar, zwykle rzucamy 10 sztukami na raz i przy tym rozmiarze nawet dzieci powinny zmieścić je w dłoni. Ostatni element to karty, których jest aż 267. Gdy je pierwszy raz zobaczyłem, to miałem wrażenie, że są dość cienkie i będą się wyginać. Nie da się ukryć, że nie należą do najgrubszych, jednak jednocześnie są odpowiednio sztywne. Rozmiar także jest w sam raz. Ale teraz to, co w tym wszystkim najważniejsze: grafiki! To trzeba po prostu zobaczyć. Każda z 6 talii z zestawu podstawowego posiada swój własny styl, którego nie pomylimy z żadnym innym. Postaci przedstawione na kartach są niesamowite i utrzymane w stylu, który trochę przypomina gry z serii Wiedźmin. Jednak zróżnicowanie jednostek i ich dbałość o detale sprawia, że mogę powiedzieć tylko jedno: drodzy wydawcy i projektanci, tak właśnie powinny wyglądać gry!

Reguły samej gry nie są zbyt skomplikowane. Zaczynamy od wyboru jednej z 6 talii z zestawu podstawowego. Możemy skorzystać z układu, który proponuje nam instrukcja, lub też złożyć talię samodzielnie według zasad, które instrukcja nam z kolei narzuca. Grę zaczynamy od doboru 5 kart na rękę. Ma to niesamowite znaczenie, ponieważ dobranie odpowiedniego wachlarza pozwala nam na większą kontrolę gry od samego początku. Jeśli jeszcze nie znamy dobrze gry, instrukcja chętnie zasugeruje nam, od których kart warto zacząć rozgrywkę. Teraz przychodzi moment, w którym rzucamy kośćmi. Niezależnie od koloru możemy wyrzucić jedną z trzech wartości: Moc, Klasę lub Magię podstawową. Kości te będą nam służyć jako waluta do przywoływania nowych kreatur, dopisywania zaklęć do naszej księgi czarów lub atakowania przeciwnika. Gracze w swoim ruchu dostają możliwość wykonania jednej Głównej Akcji (dzięki której można zapłacić koszt akcji, zaatakować Odrodzonego/jednostkę lub spasować) lub/oraz Akcję Poboczną (za jej pomocą możemy zapłacić koszt/zmienić wynik jednej z kości lub moc kości). Jeśli chodzi o moc, to każdy z kolorów ma przypisane sobie właściwości, które zwykle sprowadzają się do różnych form utrudniania życia oponentowi.

Rozgrywka w Ashes jest bardzo płynna i dynamiczna. Dostajemy swój ruch, decydujemy czy atakujemy, czy może chcemy przywołać więcej monstrów, czy może wyposażyć się w więcej zaklęć na przyszłe rundy. Warto tutaj także wspomnieć o samym mechanizmie ataku. Gdy przeciwnik zdecyduje się nas zaatakować, wskazuje czy atakuje naszego głównego bohatera, czy może jedną z jednostek. Niezależenie od tego, przed atakiem można się bronić poprzez zasłanianie się inną jednostką. Dodatkowo możemy zdecydować, czy dana jednostka ma wystąpić w formie worka treningowego, czy jednak ma oddać cios. Jeśli będziemy chcieli odbić cios, to musimy liczyć się z tym, że jednostka do końca rundy będzie miała status „wyczerpana”, przez co nie będziemy mogli już jej użyć w danej rundzie. Ta sama zasada wyczerpania tyczy się także zaklęć z naszej księgi, więc trzeba ostrożnie rachować siłami.

Ashes pod przykrywką prostych zasad skrywa w sobie ogromny potencjał na bycie tytułem, który nigdy się nie znudzi. Każdą z 6 podstawowych talii gra się inaczej i należy się nastawiać na inne strategie. Jedne są bardziej ofensywne, inne znowu defensywne. Samo zrozumienie każdej z nich to kilka dobrych gier. To tylko przy założeniu, że gramy taliami narzuconymi z góry przez twórców. Gdy już je wszystkie rozgryziemy, możemy zacząć budować własne według uznania. Bardzo spodobało mi się to, że twórcy dają możliwość dostosowania gry do poziomu i chęci gracza. Jeśli nie chcemy zgłębiać tej gry, to możemy grać cały czas gotowymi taliami. Natomiast, jeśli siedzi w nas żyłka kolekcjonera i lubimy dopracowywać talie oraz znajdować optymalne kombinacje, to gra nam na to pozwala.

Odrodzenie z popiołów to także pozycja, którą trzeba poznać, żeby ją docenić. Nie chodzi mi o to, że trzeba w nią zagrać, bo jest tak rewelacyjna. Mam na myśli fakt, że na samym początku może wydać się niezbyt ciekawa. Dopiero rozegranie kilku partii pozwala na jej polubienie i zagłębienie się w detale. Trzeba mieć to na uwadze przy zakupie. Warto także mieć stałego partnera do gry, tak aby równomiernie poznawać grę. Podejrzewam że, zagranie z chociaż trochę bardziej zaawansowanym graczem może prowadzić do sporej dominacji. Biorąc pod uwagę liczbę zmiennych, na które mamy wpływ podczas gry i ogrom możliwości konfiguracji, jest to także gra o niesamowitym potencjale turniejowym.

Polecam tę grę każdemu, kto lubi powoli zagłębiać się w niuanse gry i poznawać ją co raz to lepiej. Dodatkowo, jeśli masz w miarę stały skład osobowy i lubisz żwawe gry (15-30 min na osobę sugerowane na pudełku jest zgodne z rzeczywistością), to zapewniam że Ashes to pozycja na długie miesiące. Natomiast, jeśli jesteś typem osoby, która kupuje dużo gier i w każdą gra 2-3 razy to Ashes szybko zostanie zapomniane. Lecz wciąż będzie piękną ozdobą na Twojej półce.

Ogólna ocena (8/10):

Złożoność gry (5/10):

Oprawa wizualna (10/10):

Dziękujemy firmie CUBE Factory of Ideas za wypożyczenie gry do recenzji.


5 komentarzy

  1. Czy w tytule nie powinno być raczej ‚zasypywanie”? :)

  2. Veridiana

    W imieniu redakcji / Redakcji dziękuję ;)

Odpowiedz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.Pola wymagane są oznaczone *

*