Home / Recenzje / Gry dla wielu graczy / Inspektor Tusz – kalambury z twistem

Inspektor Tusz – kalambury z twistem

Kalambury – chyba jedna z najbardziej znanych gier, często goszcząca na imprezach i spotkaniach rodzinnych. Pokazywanie, rysowanie, zgadywanie, wszystkie te elementy angażują graczy – jedni ją kochają, inni nienawidzą. Wydawałoby się, że jest ona na tyle powszechna, żeby nie powiedzieć wyeksploatowana, że niewiele można już w niej nowego wymyślić. Okazuje się jednak, że Martin Nedergaard Andersen autor gry Inspektor Tusz miał na ten temat zupełnie inne zdanie.

Jeśli zajrzymy do pudełka znajdziemy dość standardowy zestaw do gier typu kalambury: karty z hasłami, klepsydra. Dopiero kostka, jaskrawo żółty flamaster i czerwone okulary (przypominające trochę te do oglądania obrazków i filmów 3D) dają nam do myślenia. Okulary są całą magią tej gry. Sprawiają, że tekst napisany dołączonym flamastrem staje się dla nas niewidoczny. Za pomocą kości określamy kto zakłada okulary: rysujący, zgadujący czy wszyscy. W każdej rundzie, ktoś nie będzie widział pisaka, co prowadzi do dość zabawnych sytuacji, zwłaszcza na koniec, gdy okazuje się, że nasz pieczołowicie rysowany statek, przypomina raczej drabinę ;)

Gra oferuje dwa tryby rozgrywki: łatwiejszy (niebieskie karty) i trudniejszy (czarne karty). W łatwiejszym trybie na karcie mamy dwa hasła. Główne warte 2 punkty oraz poboczne warte 1 punkt. Jak łatwo policzyć można zdobyć max 3 punkty, ale tylko wtedy gdy najpierw zostanie odgadnięte hasło poboczne. Po odgadnięciu hasła głównego natychmiast kończymy zgadywanie i następna osoba losuje kolejną kartę. Wariant trudniejszy również posiada dwa hasła – jedno warte 2 punkty, drugie staje się słowem taboo, za jego wypowiedzenie zgadujący i rysujący otrzymują punkt ujemny.  Ot niby mała zmiana, a znacząco wpływa na rozgrywkę i zupełnie zmienia typ graczy, którzy będą z niej korzystać. Niebieskie karty świetnie nadają się na lekką grę do pośmiania dla osób w każdym wieku. Czarne sprawiają, że gra staje się o wiele bardziej zacięta i faktycznie… trudniejsza. Spróbujcie narysować w wyznaczonym, 40 sekundowym czasie hasło Egipt, nie wywołując przy tym chóralnego okrzyku: piramidy! Są też oczywiście hasła o wiele łatwiejsze do narysowania (np. sopel, ale nie marchewka), choć pod presją czasu wszystko wydaje się bardziej skomplikowane.

W grze może wziąć udział od 3 do 6 osób, co sprawia że Inspektor Tusz faktycznie świetnie nadaje się na imprezy i spotkania w większym gronie. Jeśli chodzi o wykonanie dwie rzeczy wybijają się pozytywnie. Po pierwsze pisak. Jestem naprawdę szczęśliwa, że gra nie działa na zasadzie jakiś magicznych flamastrów, które po wypisaniu się, sprawiają, że reszta staje się bezużyteczna. Wystarczy dokupić jakikolwiek jaskrawo żółty zakreślacz i możemy się bawić dalej. Bardzo spodobało mi się również to, że karty z hasłami są dwujęzyczne. Myślę, że z powodzeniem można je wykorzystać do nauki angielskiego, a dzieci prawdopodobnie przy okazji nauczą się kilku nowych słówek.

Kalambury rysowane nigdy nie były moją mocną stroną. Na szczęście Inspektor Tusz nieco niweluje brak talentu plastycznego, sprawia, że schodzi on na drugi plan. Nieważne, że nie jesteś Rembrandtem. Czerwone okulary – bez względu na to, kto je zakłada – skutecznie utrudniają zgadywanie nawet najlepszym wyjadaczom. Większe znaczenie ma śledzenie ruchów dłoni, a rysunki zaczynają przypominać sztukę współczesną, przy której zastanawiamy się, co autor miał na myśli.

Wydaje mi się, że spory wpływ na wrażenia z rozgrywki ma to, jak dobrze gracze się znają. Zupełnie inny odbiór będą mieli ludzie, którzy grają w swoim gronie po raz pierwszy. Inny zaś ci, którzy znają się jak łyse konie. W kalamburach gdy jesteśmy z kimś blisko, wiemy jak myśli, jakie ma skojarzenia, jest nam o wiele łatwiej rozpoznać, co chce nam przekazać. To, że jedna ze stron nie widzi rysunku trochę wyrównuje szanse.  Mi lepiej grało się z ludźmi o podobnym poziomie znajomości.

Zastanawia mnie też jak na dłuższą metę będą sprawdzały się karty z hasłami. Są co prawda dwustronne i w sumie zawierają aż 400 haseł, jednak po kilkunastu rozgrywkach, niektóre będą występować częściej niż inne. W moim przypadku powoduje to, zapamiętywanie par haseł na zasadzie skojarzeń. Jeśli widzę, że ktoś próbuje rysować konewkę, wiem, że hasłem towarzyszącym jest kwiat – trzy łatwe punkty dla mnie. Oczywiście jeśli najpierw zorientuję się, że ten dziwny kwadrat to konewka. Rozwiązaniem może być odkładanie zużytych haseł i wracanie do nich dopiero po dłuższym czasie.

Według mnie Inspektor Tusz całkiem dobrze sprawdza się w swojej kategorii – lekkiej, rodzinnej, gry imprezowej, a wprowadzenie “niewidzialnego” tuszu odświeża ograne już przez wszystkich kalambury.

Plusy:

+ dwa różne tryby gry

+ dwujęzyczne karty

+ może zachęcić do gry osoby, które “wstydzą” się swoich zdolności plastycznych

+ dla graczy w każdym wieku

Minusy:

– powtarzalność haseł psuje nieco zabawę dla osób, które grają po raz kolejny (można to zniwelować poprzez odrzucanie zużytych kart)



Grę Inspektor Tusz kupisz w sklepie

Ogólna ocena (7,5/10):

Złożoność gry (2/10):

Oprawa wizualna (7/10):

Dziękujemy firmie Egmont za przekazanie gry do recenzji.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*