Children of the Colossi od Cosmodrome Games.
To nie będzie tekst o dyskretnych urokach marketingu. Ani nawet opowieść o tym, jak sama okładka i koncept urzekły mnie na tyle, że sięgnąłem po grę niemal w ciemno.
Bo Children of the Colossi to nie tylko ładne obrazki i dobrze targetowane reklamy – to też unikatowy i świeży pomysł na planszową walkę o terytorialną przewagę. Zobaczcie, co znalazłem w tym prototypowym i wcale niekolosalnym pudełku!
Początek kolosa
Należy oddać honor grze, która nie tylko nie bazuje na żadnym komiksie, książce czy dziele fikcji, ale też nie obarcza graczy nadmiarem lore. A mogłaby się o to pokusić. Bo historia, jak i zawarte w niej kolosy, aż się prosi o kilka stron dramatycznego post-apo-fantasy.
Children of the Colossi zabiera nas do fantastycznej, wyniszczonej krainy. Tu, na swoich grzbietach, przedziwne i przeogromne stwory noszą całe miasta. Naszym celem będą tu kolosie jaja – znoszone, ilekroć kolos przemieszcza się na nowy teren. By zdobyć jaja będziemy wygrywać bitwy, umiejętnie rozmieszczając nasze oddziały na obszarach tego pustkowia.
Mechanicznie, mamy tu trójpoziomowy tort. Na dole biszkopt w postaci mapy, na której nasze aktywne jednostki warte są punkty w bitwach. Na górze miasta, służące nam do placementowania workerów i też score’owania pointsów na endgame. Pośrodku zaś są normalne jaja – obiekty naszych zainteresowań, a także wzmocnienia dla naszych działań.
Choć nie jest to gra wielu komponentów, to przestrzeń do strategizowania jest naprawdę szeroka i fikuśna. Zajrzyjmy pod maskę kolosa i zobaczmy, ile napędza go koni!
Mobilne miasta w służbie obywateli
Specyficzna ikonografia skrywa dość zwarty pakiet akcji, którymi możemy realizować swoje plany.
Przenoszenie oddziałów na mapie, żeglowanie z kolosa na mapę i wspinanie się z powrotem na niego, czy zbieranie Iskierek – lokalnej waluty – z otwartych kominów na mapie – to nasze główne działania. Mechanizm ich wyboru jest pełen dylematów. Żeby wykonać akcję, na „balkonie” kolosa – u dołu miasta – musimy mieć wolny oddział. Potem możemy przeskakiwać na kolejne poziomy miasta i wykonywać kolejne akcje, o ile opłacimy koszt w Iskierkach lub usypianych oddziałach (które tracą wartość bitewną) – i mamy oddziały, które te akcje wykonają.
Mamy tu więc mini-gierki w ramach większej gry. Każdy kolos jest przy tym inny, ma inny balkonowy bonus (wypłacany ilekroć dokładamy tam oddział) i znosi inne jaja. Te zagwarantują nam punkty na koniec gry lub zdolności do wykorzystania w trakcie bitew. Zdobytym jajkiem możemy bowiem wzmocnić swój oddział, kładąc podeń żeton ku pamięci.
Pamiętajmy przy tym, że gra toczy się do zdobycia przez gracza 10 punktów – a niektóre z jaj warte są nawet 3 pkt. Gra jest więc zwięzła, co jest dużym plusem – dobrze planujący gracz może rzucić się ku wygranej nawet na przestrzeni 2-3 rund. Musimy być czujni. I dobrze żyć z naszymi kolosami.
Opowieści z grzbietu
W grze żonglujemy więc naszymi oddziałami w ciągłym rozkroku między wykorzystywaniem ich do uruchamiania akcji, a korzystaniem z ich siły militarnej. I to nie lada zagwozdka – „mieć czy być” się chowa.
Wszystko z kolei funkcjonuje w zamkniętej ekonomii. Oddziałów nie będzie ani więcej, ani mniej – bo nie giną. Mogą co najwyżej być nieaktywne (w skutek opłacania akcji). I gra zmusza nas do ciągłego przerzucania naszych ludzi z kolosów na mapę i z powrotem. To bardzo ciekawa dynamika, którą dodatkowo komplikuje fakt, że kolosów jest w pudełku 5, a ich skład różni się między rozgrywkami – bo wybieramy tylko trzy. To trzy zestawy kuszących akcji, połączonych inspirującymi ścieżkami Children of the Colossi żywi się tym dylematem i co rusz podrzuca graczom kolejne zmienne, by go podsycić.
Funkcję podsycającą pełnią np. karty bitwy, dodatkowo modyfikujące nasze działania militarne, a także karty Flag, otrzymywane po wspięciu się na najwyższy poziom każdego z miast. Możemy tu też stawiać swoje obeliski, cementując pozycję w mieście i zabezpieczając kolejne punkty na koniec gry.
I tu każdy kolos ma swój smak i zapach, dodatkowo motywując nas do wiecznej wspinaczki.
Dużo jest elementów ruchomych w Children of the Colossi – wystarczy ich na wiele rozgrywek. Przy czym same kolosy, co pewnie nie dziwi, poruszają się w grze zupełnie niespiesznie, obszar za obszarem, runda po rundzie. Efekt ruchomego miasta jest tu cudownie oddany, bo choć szalenie strategiczne jest ich rozmieszczenie, to już sam ruch jest majestatyczny, niemal medytatywny. Jakby zupełnie niezwiązany z bitwami, które niebawem mają się tu wydarzyć.


Podróże po wyblakłych krainach
Moje główne zarzuty wynikają zapewne z prototypowej wersji gry, z jaką obcowałem. Brak w instrukcji niektórych wyjaśnień czy ikon, a pomoce gracza rozbite są na tył instrukcji i kilka kart krążących po stole. Przy takim bogactwie ikon i ich kombinacji tego typu ściągi są kluczowe – co mam nadzieję zostanie poprawione w finalnej wersji.
Niezależnie od instrukcji, problemem jest „logistyka”. Kolejne jaja są wyciągane z worka i rozmieszczane ilekroć kolos się poruszy. Jednak żetony powinny być tajne i odkrywane dopiero podczas rozpatrywania bitwy. Instrukcja oferuje łatkę w postaci nieobowiązkowej zasady, zgodnie z którą dociągający ma prawo zerknąć na jajko – ale to wciąż mało eleganckie rozwiązanie problemu, który może graczy kosztować partię.
Nie jestem przekonany co do spłowiałej, stonowanej kolorystyki w grze. Rozumiem potrzebę wolnej przestrzeni i tego, by tło nie gryzło się z komponentami. W obecnej wersji plansza jest jednak przeogromna, pusta i mało nasycona kolorami – czego można by oczekiwać, patrząc na intensywnie kolorową okładkę. Poza tym, nawet przy grze w czterech graczy, na każdym z pól mieści się max. kilkanaście meepli i jeden kolos, wciąż zostawiając sporo wolnego miejsca. Efekt jest taki, że gra zajmuje naprawdę dużą przestrzeń, a mogłaby spokojnie mieścić się na mniejszym stole.
Karty bitew mogłyby iść bardziej w stronę kart Intrygi z Diuny: Imperium. Obecnie oferują głównie wariacje na temat ruchu/żeglowania oddziałów, zbierania Iskierek czy dawania nam dodatkowych możliwości po zakończeniu bitwy. Przydałoby się tu trochę asymetrii i nieprzewidywalności – obecnie każdy gracz dysponuje tym samym zestawem kart.
Uwaga do prototypu: finalna wersja gry zmienia balans niektórych kart, koszt akcji i kolorystykę, zwiększając kontrast na planszy.
Wszyscy jesteśmy dziećmi kolosów
Dla fanów interesujących, konfrontacyjnych gier o nieoczywistym przebiegu, Children of the Colossi będzie ciekawą odskocznią od rutyny. Owszem, jest tu przestrzeń do optymalizacji user experience, ale w grze pojawia się dawka oryginalności, której brakuje wielu współcześnie wydawanym grom. Mamy tu zmienność rozgrywek i lekką asymetrię w rozwoju swoich mocy i możliwości. Do tego walki area majority ze zmieniającymi się mini-grami na planszach miast, doprawione sosem z zamkniętego obiegu oddziałów, służących do walki i odpalania akcji. I to wszystko od debiutującego projektanta, Jacopo Sarli! Fantastyczna otoczka i przepiękne ilustracje tylko dopełniają tej nietypowości i rozbudzają wyobraźnię.
Czy już wiecie, dokąd Was poniosą kolosy?
Grę można zamówić już teraz i odebrać na targach SPIEL w Essen!
Spersonalizowana playmata dzięki uprzejmości Playmaty.pl
Dziękujemy firmie Cosmodrome Games za przekazanie gry do recenzji.