Home / Recenzje / Gry strategiczne / Obrazy Paryża – ciasno i kolorowo

Obrazy Paryża – ciasno i kolorowo Recenzja

Obrazy Paryża
Autor: Nicolas De Oliveira
Liczba graczy: 2-4
Wiek: 10+
Czas gry: ok 60 min.
Mechanika: worker placement
Rok wydania: 2019/2020
Wydawca PL: Czacha Games
Ranking BGG: 7.1 / 10
Złożoność w/g BGG: 2.30 / 5
Instrukcja PDF ustostępniona przez Wydawnictwo

Ku mojemu zdziwieniu Nicolas De Oliveira nie popełnił – przynajmniej w/g BGG – żadnej innej gry. Więc nie zamierzając budować zbędnego napięcia powiem od razu: szacun, bo jest to zdecydowanie bardzo udany debiut.

Klasyczny worker placement. Wystawiając robotnika na planszę blokujemy pole (wyjątek stanowi pobór białego pigmentu). Nie wykonujemy jednak akcji od razu, najpierw musimy wystawić wszystkich na planszę, a dopiero później rozpoczynamy fazę  wykonywania akcji wdzięcznie kładąc na boku (albo na plecach, jak kto woli) tych, którzy już dla nas popracowali. Ma to swoje głębokie uzasadnienie – jedną z możliwości jest bowiem kopiowanie umiejętności innego meepla – pod warunkiem, że jego akcja nie została jeszcze wykonana. Tych, co już wykonali swoje zadanie kopiować nie można.

Malarzre

A teraz opowiem trochę o malarzach. Czyli o was. Każdy dostaje planszetkę, na której będzie zaznaczał aktualny poziom swojej tubki, palety oraz pędzla. Tubka oznacza liczbę pigmentu jaką gracz może wziąć z zasobów ogólnych podczas pozyskiwania barwy podstawowej (żółtej, niebieskiej lub czerwonej). Paleta to liczba kostek pigmentu zmieszanego (pomarańczowego, zielonego lub fioletowego) pozyskiwanego przy akcji mieszania barw. Pędzel to ilość pigmentu jaką można nanieść na obraz podczas akcji malowania. Wszystkie te trzy cechy będziemy rozwijać w trakcie gry – oczywiście poprzez wybór odpowiednich akcji.

Tak odbywa się malowanie obrazu

Jedną z akcji jest również pozyskanie obrazu, który będziemy malować. Każdy obraz ma 9 pól, na które będziemy przekładać owe kolorowe kostki – koniecznie tak, by zgadzały się kolory. Gdy ktoś namaluje, czyli wypełni kostkami, swój drugi obraz gra dobiega końca. Może się skończyć również wtedy, gdy ktoś z was pozyska piąty (czyli ostatni dostępny) czarny pigment. Czarny pigment nie służy do malowania (to nie CMYK ;)) – czarny pigment uzyskuje się ze zmieszania trzech pochodnych kolorów (pomarańczowego, zielonego i fioletowego) i przynosi właścicielowi na koniec gry 6 punktów zwycięstwa. Możecie go uznać za taki mini-obraz, choć nie jestem przekonana, czy trud włożony w pozyskanie tych wszystkich barw jest tego wart. W tej grze każdą barwę pozyskuje się osobno, każdą barwę też miesza się osobno – a więc oznacza to 6 akcji + akcja pozyskania czerni, przy czym pozyskiwanie czerni nie jest akcją mieszania, za każdym razem otrzymujemy tylko jeden czarny znacznik. A ponieważ tylko raz na rundę da się ją wykonać (o ile jest dostępna), albo skopiować (przy odrobinie szczęścia – czyt. bycia pierwszym graczem, który zachłannie rzuci się na akcję kopiowania) to strategia na pozyskiwanie czarnego pigmentu może być dość ryzykowna – acz niewątpliwie oryginalna

Ale wracając do mięska gry – w ciekawy sposób został zastosowany tutaj rondel (a przynajmniej takie było moje pierwsze skojarzenie). Plansza jest ruchoma. Co rundę wykonujemy obrót jej górną częścią i dzięki temu za każdym razem inne pola będą łatwiej / trudniej  dostępne, albo wręcz niedostępne. Drugi ciekawy aspekt to zostawianie jednego swojego meepla na planszy. Niby nic (na pierwszy rzut oka)… ale skoro plansza się kręci, to nagle może się okazać, że postawienie ludzika w tym a nie innym miejscu było genialnym posunięciem strategicznym, bo w kolejnej rundzie plansza sama „przyjdzie do niego” i znajdzie się on na potrzebnym polu mimo, że jesteśmy ostatnim graczem. Albo zablokuje jakąś akcję (która w tej rundzie będzie miała pojedyncze pole). „Coś pięknego i niedrogo” jak mawia babcia moich dzieci. Ja tego co prawda nie ogarniam, niezmiernie trudno mi uwzględniać to, co się będzie działo za chwilę (pod tym względem trochę przypomina to Fotosyntezę – te drzewka, które rosnąc będą zasłaniały innym słońce w następnych turach). Ale i tak mi się podoba. Branie pod uwagę tego co będzie dostępne w przyszłych rundach jest w tej grze jedną z ważniejszych umiejętności.

Plansza główna z rozstawionymi meeplami (jesteśmy w trakcie rozgrywania rundy – niektóre już leżą, to te, które wykonały swoją pracę)

Obrazy Paryża oferują kilka różnych wariantów gry. Podstawowa rozgrywka jest dość prosta i zawiera wszystko (albo tylko) to co opisałam powyżej – pozyskiwanie pigmentów, mieszanie barw i malowanie obrazów. Oraz rozwój trzech narzędzi – ale to jest konieczne, aby móc w skończonym tempie pozyskać pigment i wymalować obrazy. Kicając średnio po dwie kosteczki się nie da. W rozgrywce zaawansowanej możemy dołożyć jeden lub dwa moduły. Po pierwsze każdy z nas może się wcielić w konkretnego malarza (albo malarkę – ale o tym jeszcze parę słów za momencik) i zdobyć tym samym unikalne zdolności. Claude Monet lubi szybko malować kolorem żółtym (pozyskując go od razu przenosi go na obraz), Paul Cezanne uwielbia ulepszać narzędzia (wykonując tę akcję może ją wykonać jeszcze raz choć jest to kosztowne), Henri de Toulouse-Lautrec myli czasem kolory (może od czasu do czasu użyć kosteczki innego pigmentu) a Vincent Van Gogh tak dobrze dba o farby, że może przechowywać do następnej rundy więcej kostek niż pozostali malarze. Malarzy jest ośmiu. Każdy gracz dostaje losowo dwóch i wybiera sobie jednego. Regrywalność zapewniona.

A co z malarkami? Trochę popłynęłam. Malarek w instrukcji nie ma. To mini-dodatek, który był dołączany w przedsprzedaży – choć jeśli się postaracie to jeszcze w niektórych sklepach można dostać grę z tym dodatkiem. Samodzielnie w sprzedaży nie występuje. A malarki wprowadzają negatywną interakcję!

Malarki

Drugi moduł to karty akcji (zwane w instrukcji kartami premii), które można zakupić za biały pigment. No i teraz wreszcie wiadomo, po co jest biel! Co prawda w podstawowej rozgrywce można było po pierwsze biały pigment przeznaczyć na rozwój, a po drugie odstawić fuszerkę i użyć (maksymalnie dwie kosteczki na kartę) w zastępstwie innej barwy. Traciło się punkty (-2PZ za każdą białą kostkę na obrazie) ale jednak lepiej stracić trochę punktów i skończyć obraz, niż zostać z ręką… z obrazem niedomalowanym. Bo taki niedokończony obraz nie przynosi punktów w ogóle.

No więc, wracając do naszych baranów, białe kosteczki teraz mocno zyskują na wartości. Karty premii, które można za nie nabyć to nic innego jak akcje: malowanie, kopiowanie meepla, mieszanie barw, ulepszanie narzędzi ale też nowa akcja w postaci wymiany kostek pigmentu. Zdecydowanie gra nabiera – nomen omen – kolorów.

Jeden z modułów rozszerzających: karty premii (drugi moduł to malarze). Od lewej: ulepszenie narzędzia (dwie akcje), mieszanie barw, malowanie, imitacja, wymiana pigmentu (z zachowaniem grupy – podstawowa / zmieszane)

Plansza gracza. Po lewej Vincent van Gogh (moduł rozszerzający), na planszetce trzy narzędzia, które rozwijamy w trakcie gry, po prawej miejsce na pigment (i jednocześnie przypominajka jak mieszać barwy)

Obrazy Paryża bardzo mi się podobają. Choć nie oznacza to, że umiem w nie grać. Nie umiem. Nie dość, że trzeba wymyślić sobie strategię, potem ogarnąć co się chce wykonać w danej rundzie, ewentualnie zmienić plany krótkiego zasięgu jak nam się przeciwnik wbije w ostatnie a upragnione pole – to jeszcze trzeba to ogarniać co najmniej na jedną rundę do przodu, bo koło za chwilę się przekręci i może się okazać, że:
– nie mamy żadnego meepla w żadnym strategicznym (czyt. potrzebnym nam) miejscu, a jakiegoś meepla zostawić na planszy musimy
– zaplanowaliśmy sobie mieszanie barw a tu wszystkie mieszania są…niedostępne.
– zaplanowaliśmy zdobycie sporej ilości pigmentu i wymalowanie obrazu, a tu…. quano, bo jedyna akcja malowania jest niedostępna (i nawet nie da się jej skopiować nie wspominając już o tym, że skopiowanie może nie zadziałać nawet wtedy gdyby była dostępna, bo przeciwnik wykonałby tę akcję zanim będziemy do kopiowania gotowi).
– i tak dalej…

A takie obrazy przyjdzie nam malować

A tak wyglądają te obrazy po stronie roboczej…. jak widać barwy dominujące nie są zachowane, mówiąc inaczej – wymagane barwy nijak nie są skorelowane z obrazem, który malujemy.

No więc nie umiem grać, ale gram, i będę grać, bo Obrazy Paryża mnie urzekły.

Jest w tej grze bardzo dużo kombinowania, ale jednocześnie nie jest to gra wymagająca od nas nieustannego przeliczania i analizowania wielu hipotetycznych ścieżek. Idealnie średnie euro. Niestety nie udało się autorowi ustrzec przed pewnymi niedociągnięciami. Na planszy jest ciasno. I jakkolwiek sama ciasnota nie jest zła (gdyby zawsze można było wszystko wykonać gra byłaby albo nudna, albo rozgrywaniem solowego pasjansa – a może jednym i drugim?) to jednak gdy przychodzi moment, że zostają ci w ręku dwa meeple i nie masz gdzie ich postawić, bo kompletnie nic ci to nie daje – to zastanawiasz się, co jest z tobą (albo z grą) nie tak. I wlaśnie owo „nie tak” najbardziej dochodzi do głosu pod koniec gry, gdy wiadomo już, że będzie to ostatnia runda (bo ktoś wymaluje swój drugi obraz) i w zasadzie możemy swoich ludzików postawić gdziekolwiek, bo i tak nie ma to większego znaczenia co z nimi zrobimy.

Gra w calej okazalości. Plansza główna, karty premii, obrazy na sztalugach, na dalszym planie planszetka jednego z graczy.

Ale – czy mówiłam już, że gra mi się podoba? Tak, mimo to, gra mi się podoba. Wiem już, że nie zawsze dobrym pomysłem jest inwestowanie we wszystkie możliwe do zdobycia meeple (mimo, że sztuka gry w rasowego euraska ze zmienną liczbą akcji w rundzie powiada, że im więcej masz akcji do wykonania tym szybciej przesz do zwycięstwa) – no więc w Obrazach Paryża co za dużo to nie zdrowo, bo przecież na planszy jest ciasno. A zamiast ludzika można wziąć 6PZ.

Na szczęście gra zadbała o to, by nie faworyzować lidera – i jeśli ktoś jest pierwszym graczem, to nie wolno mu postawić ludzika na polu odbierającym pierwszeństwo. Zapewnia to przepływ pierwszeństwa pomiędzy graczami (przynajmniej tymi, którzy się na tyle rozwinęli by zainwestować w pracowników) – bo bez pierwszeństwa cienko się gra, oj cienko.

Czy będzie przegięciem, jeśli jeszcze raz podkreślę jak bardzo Obrazy Paryża mi się podobają? Mimo tej ułomności w fazie zakończenia gry? Mimo tego, że – choć gra jest prosta, to aby wygrać, trzeba mieć już na swoim koncie kilka rozgrywek aby poznać gdzie i w co warto inwestować? Mimo tego, że tak często zapominam pomyśleć o tym, co się stanie w najbliższej rundzie? No to powiem ten jeden, ostatni raz – podoba mi się. I z radością przegram w nią znowu. Może kiedyś wygram. Malowanie obrazów sprawia mi niesamowitą frajdę.

Obrazy Paryża :)

Ginet

Ginet (6,5/10): Z pozoru prosty worker placement – kompletowanie i przerabianie kosteczek, których odpowiednie sety zmieniamy na obrazy dające punkty zwycięstwa. Ale gra ma też dwa zaskakująco świeże pomysły –  obrotowe koło akcji i pozostawiania jednego z robotników na następną rundę. To daje niespodziewanie duże możliwości taktyczne, bo grając z rozmysłem planujemy nie tylko obecne działania, ale też akcje na przyszła rundę. Kapitalne rozwiązanie. Do tego dochodzi bardzo dobry tryb zaawansowany, który znacznie wzbogaca rozgrywkę. Niestety słabo wypada końcówka. Źródeł punktów zwycięstwa jest bardzo mało – obrazy i czarna farba (której u nas nigdy nikt nie zrobił). Nie punktują ani kości innych farb w naszych zasobach, ani poziom na torze rozwoju. Przez to czasem w ostatniej (lub nawet ostatnich rundach), kiedy widzimy, że inny gracz już kończy, a my nie mamy w jaki sposób podbić naszego wyniku punktowego, kilka naszych ostatnich ruchów może nie mieć żadnego znaczenia, co potrafi spowodować sporą frustrację. To niestety mocno wpływa na moją końcową ocenę, bo gdyby nie ten „problem” byłaby ona zdecydowanie wyższa (można go spróbować naprawić jakimś home rules).

Daria Chibner

Daria Chibner (8/10): Obrazy Paryża naprawdę mnie zaskoczyły. W ogóle nie miałam ich na radarze. Zagrałam przypadkowo, bo trzeba było ;). Sama z siebie na pewno bym do tego nie usiadła. A byłby to duży błąd. Gra jest ciasna, wymagająca i wymaga od nas sporo przewidywania i planowania. Kompletnie nie zgadzam się z Ginetem, że w ostatnich rundach nie mamy co robić. Po prostu Obrazy Paryża są… zadziorne. Na początku nie mamy problemu z surowcami, nie bijemy się o pola, możemy zrobić wszystko. A potem jest gorzej i trudniej ;) – nasz plan okazał się nienajlepszy, a reszta graczy pruje do przodu. Nie ma kłopotu przy ostatnich ruchach, kiedy obserwujemy, co też tam inni sobie zamierzyli. Wtedy nie zaskoczy nas nagłe zakończenie gry. Obrazy Paryża są szybkie, nie ma w nich czasu na nieprzemyślane ruchy. Bardzo podobała mi się zmienność dostępnych akcji wraz z koniecznością przewidywania na kole, co też tym razem będzie niedostępne. Fajnie tutaj łączy się długofalowe planowanie z dostosowywaniem się do warunków na planszy (ot, strategia i taktyka idą w parze). Kupiłam, gdyż naprawdę lubię ten typ gier – z krótką kołderką, których nie da się tak łatwo zmasterować, gdzie nie muszę martwić się o regrywalność (koło z akcjami + sporo obrazów do namalowania, a w trakcie gry nie wchodzi ich znowu aż tak dużo). Szkoda tylko, że malarskie arcydzieła na rewersach kart się powtarzają :( Wolałabym poznać ich więcej :D

 

Ogólna ocena (8/10):

Złożoność gry (5/10):

Oprawa wizualna (9/10):

Dziękujemy firmie Czacha Games za przekazanie gry do recenzji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

sklep z grami planszowymi planszomania.pl
x

Check Also

Obrazki – kalambury w nowym wydaniu

W ostatnim czasie utwierdziłem się w przekonaniu, że należy zachowywać otwartość na różne tytuły gier planszowych, gdyż nieraz możemy przegapić coś fajnego tylko dlatego, że z góry założyliśmy, że to nie będzie dla nas. Tak było m.in. z recenzowaną przeze mnie wcześniej małą, niepozorną grą Mozzaroller, w którą nadal gramy przy każdej okazji, a która cieszy równie bardzo jak na początku. Tak samo mało entuzjastycznie podchodziłem do prezentowanej tutaj gry Obrazki, będąc przekonanym, że gry rodzinne, imprezowe i dedukcyjne raczej nie rozgrzeją mojego serca. Skusił mnie jednak fakt, że ów tytuł zdobył w 2020 roku prestiżową nagrodę Spiel des Jahres, oraz to, że jestem na etapie uzupełniania kolekcji o gry lżejsze. Jak wiadomo nie wystarczy mieć kolekcji gier planszowych, trzeba jeszcze mieć z kim w nie grać. Czy zatem Obrazki zaparkowały na dłużej na półce tak jak uczynił to Mozzaroller, czy też moje obawy, że to nie dla mnie, okazały się być słuszne? Udostępnij: Facebook Twitter LinkedIn More

Share via
Copy link
Powered by Social Snap