Home / Recenzje / Gry rodzinne / Port Royal – czy szczęście sprzyja piratom?

Port Royal – czy szczęście sprzyja piratom?

Ponownie zaglądamy do Kącika Gier Najwyraźniej Nieznanych. W kącie tym znajdujemy dziś przepaskę na oko (lewe), szablę, trójkątną czapkę, czarną bandanę, kilka map i worek na złoto – wszystkie akcesoria szanującego się pirata. Brakuje tylko wesoło brzęczących monet… skąd wziąć takie skarby? Czas użyć zdobytej na szkoleniu dla piratów wiedzy i ruszyć w świat, by grabić, plądrować i deprawować, przy odrobinie szczęścia unikając szkorbutu i innych popularnych, pirackich przypadłości. Ahoj, przygodo!

Harrr, harrr, harrr, gotuj broń, szczurze lądowy!

Tematyka piracka eksplorowana jest w grach względnie często, zarówno w tytułach cięższych (Kupcy i Maruderzy, Maracaibo), tych nieco przystępniejszych (Wyspa Skarbów, Dead Men Tell No Tales, Tiny Epic Pirates), jak i tych zupełnie lekkich (Munchkin z Karaibów, Piraci 7 Mórz, The Curse Of The Black Dice). Jeśli więc ktoś chce spróbować swoich sił na zdradzieckich wodach – może bez problemu wybrać poziom trudności adekwatny do swoich zdolności pirackich. Port Royal to w tym względzie gra dla piratów internetowych, bardziej zaznajomionych z torrentami niż z fechtunkiem i najnowszymi technikami grabieży. Co nie znaczy, że stare wygi o drewnianych nogach nie mają tu czego szukać – wręcz przeciwnie!

Fregata i galeon kuszą łatwodostępnym zyskiem

Jedno cięcie – od ucha do ucha

Zaznaczę może zawczasu, że jestem Port Royal zachwycony. Grę nabyłem w czasach radosnego kupowania tytułów, które zainteresowały mnie tematyką, bez wgłębiania się w mechaniki, autorów czy tym bardziej ilustratorów. Jakoś jednak trafiłem na to pudełko i w cenie 40zł nabyłem grę, która wbrew moim chęciom i zamiarom miała się stać najczęściej ogrywanym tytułem w mojej kolekcji. Nie Viticulture, nie Gloomhaven, nawet nie Brzdęk, tylko niepozorne Port Royal. Jak to się stało, do diaska?!

Zwykle wykładanie kart nie wygląda tak estetycznie…

Gdzie jest rum?

Port Royal to karciana gra o pirackim zabarwieniu. Celem jest tu zdobycie określonej liczby punktów zwycięstwa, uzyskiwanych m.in. za werbowanie postaci do swojej kompanii oraz wysyłanie ich na ekspedycje do odległych i zapewne malowniczych krain. W swojej kolejce gracz odkrywa karty z zakrytego stosu tak długo, jak sprzyja mu szczęście lub tak długo, jak sam uzna za konieczne. Jeśli będzie zbyt zuchwały i w odkrytych kartach pojawią się dwa statki tego samego koloru, których ataku nie jest w stanie odeprzeć przy pomocy swej załogi – jego tura kończy się. Jeśli jednak czuwał nad nim pirat stróż i przerwał dobieranie w odpowiednim momencie, zyskuje prawo zakupu jednej z kart bądź pozyskania pieniędzy z jednego ze statków. Następnie to samo prawo zyskują współgracze – płacąc jednakowoż skromny haracz graczowi aktywnemu – i tura kończy się.

W talii występują karty statków w pięciu kolorach (dające pieniądze, ale i stanowiące zagrożenie), żeglarzy (broniących nas przed rzeczonymi statkami), postaci pomocniczych, karty ekspedycji oraz postaci „funkcyjnych”, których jedynym celem jest realizacja owych ekspedycji. Raz na jakiś czas zdarzy się też karta opodatkowania, która karze najbogatszych redukując ich majątek o połowę, jednocześnie nagradzając najlepiej uzbrojonych lub najmniej zasobnych w punkty zwycięstwa graczy. Karty funkcjonują tu dwustronnie – ich rewersy służą jako waluta w grze.

Ekspedycje czekają na rzutkich śmiałków

Gdzie mój spróchniały kulas?

W czym tkwi więc haczyk, by nie powiedzieć – hak? Port Royal to kwintesencja mechaniki push your luck. Gracze odkrywają karty, licząc na rosnące zyski (im więcej na stole statków w różnych kolorach, tym więcej kart do kupienia/wykorzystania w drugiej fazie), a jednocześnie stale zwiększając szansę, że operacja skończy się spektakularną klęską. I ten właśnie element hazardu sprawia, że ma się ochotę ryzykować raz za razem, przy zachęcających głosach współgraczy i z wizją pokaźnego skarbu na wyciągnięcie drewnianej ręki.

Skarb był blisko, ale zabójcza fregata była bliżej

Gdzie mój przeżarty szkorbutem ząb?

Liczebność poszczególnych rodzajów kart jest tak zbalansowana, że nawet przy bardzo, bardzo dokładnym tasowaniu o przegranej mogą zadecydować dwie pierwsze odkryte karty. Tak samo prawdopodobne jest to, że odkryjemy ich w swojej turze kilkanaście, po czym zrabujemy kilka szkunerów, zatrudnimy Admirała i paru żeglarzy, a następnie oddalimy się niespiesznym krokiem dobrze prosperującego pirata.

Losowość jest kręgosłupem tej gry, jeśli więc cenisz sobie tytuły, w których daje się precyzyjnie policzyć i dokładnie zaplanować kilka ruchów naprzód – zawiedziesz się bardziej, niż płetwal błękitny wyrzucony na bałtyckią plażę. Port Royal męczy, wnerwia i frustruje swoją zmienną fortuną i gracze mniej odporni na uroki losowości będą nad stołem krzyczeć, rwać włosy z głów i sypać drzazgami z kończyn dolnych. Jeśli jednak czynnik ryzyka przyjemnie trąca Twoją żyłkę hazardzisty – Port Royal może stać się mocnym akcentem każdego wieczoru planszowego, a każda kolejna runda będzie dostarczać tak bardzo potrzebnej Ci adrenaliny. W końcu z ryzykiem da się żyć w dobrych stosunkach.

Przygotowanie do gry – 30 sekund, licząc fotogeniczne układanie pudełek

Do stu tysięcy zdechłych kaszalotów!

Ustaliliśmy już, że Port Royal to gra niezbyt skomplikowana i na wskroś losowa, a zaraz potwierdzimy, że jest przy okazji brzydka. W czym więc można się tu zakochać? Otóż piracka frajda bierze się tu z dwóch aspektów: świetnie pomyślanych kart, wchodzących ze sobą w interakcje i tworzących ciekawe zależności, a także dynamicznej i humorystycznej gry nad stołem, do której wcale nie trzeba wiele grogu.

Postaci, które można zatrudnić w Port Royal, dodają rozgrywce ciekawy aspekt strategiczny. Pozwalają nam m.in. uzyskiwać złoto lub kupować dodatkowe karty w zależności od tego, ile odkrytych kart pozostanie na stole w fazie zakupów. Jedna postać daje nam złoto ilekroć nasi przeciwnicy nie są w stanie odeprzeć atakującego statku. Jeszcze inna sama kosztuje sporo, ale obniża cenę przyszłych zakupów. Możemy też zatrudnić handlarzy, którzy zwiększą zysk ze statków o określonym kolorze. Co najciekawsze – wszystkie te efekty nakładają się na siebie, jeśli zakupimy więcej kart jednego rodzaju. Mamy tu więc szerokie pole do budowy własnego silniczka i kilka interesujących ścieżek do wyboru, w zależności od tego, w jakie postacie będziemy inwestować najmocniej.

Kolekcja pomocnych postaci, do naszych usług

Drugim elementem, który wynosi Port Royal na wyższy poziom to atmosfera panująca przy stole. Wzajemne podsycanie się do dobierania kolejnych kart, kupowania określonych postaci i chronienia swojego majątku przed niechybnym opodatkowaniem to stała i ekscytująca część rozgrywki. Sama gra to ciągłe balansowanie własnego silnika – czyli zatrudnionych wcześniej żeglarzy i postaci – z wiarą we własne szczęście. Jedna karta więcej potrafi decydować tu o tym, czy zrealizujemy nasz tajny plan, jako pierwsi wyślemy ludzi na intratną ekspedycję bądź zdobędziemy złoto niezbędne do dalszych inwestycji. Ta sama karta może jednak kosztować nas kolejkę, jednocześnie wzbogacając naszych przeciwników. I z tym samym dylematem mierzyć będziemy się w każdej kolejnej rundzie…

W odpowiednim towarzystwie gra nad stołem przypomina wizytę w kasynie – głośny doping, okrzyki podniecenia i zawiedzione westchnienia towarzyszą jej na równi z nerwowym zerkaniem, ile punktów uzbierali współgracze. A skoro już mowa o punktach…

Przykład bardzo szczęśliwego i bardzo rzadkiego rozkładu kart

Na ciemną rzyć Krakena!

Największą bolączką gry jest czas jej trwania. W swojej domyślnej, instrukcyjnej postaci, Port Royal kończy się w momencie zebrania przez jednego z graczy 12 punktów zwycięstwa. Wystarczy jednak trochę poznać grę by osiągać ten wynik w mgnieniu oka. Jeśli lubisz naprawdę sprawne i szybkie fillery to taki obrót spraw może być zupełnie preferowany. Jeśli jednak chcesz mieć chwilę na zbudowanie i przetestowanie w boju swojego karcianego silnika, konieczne są domowe zasady wydłużające rozgrywkę poprzez zwiększenie limitu punktowego.

Ktoś ewidentnie szykuje się do ekspedycji…

Nie da się też ukryć, że gra nie wyląduje w muzeum jako arcydzieło sztuki malarskiej. Klemens Franz jest tu w swoim żywiole, zarówno pod względem archaicznej palety barw, jak i fikuśnej fizjonomii postaci, charakterystycznej dla jego prac. Nie można powiedzieć, żeby gra była wprost odpychająca, ale na pewno nie jest to przykład nowoczesnej szkoły ilustracji. Ograniczona paleta kolorów, zdominowana przez brązy i bardzo nieświeżą żółć, daje raczej ponure wrażenie, a klemensowa kreska sugeruje, że gra przeznaczona jest dla raczej młodszych odbiorców. Gdyby zamiast tych piratów-paszczaków na kartach widniały rysunki jak z Wyprawy Do El Dorado albo Lewisa i Clarka – byłaby to zupełnie inna gra i z pewnością trafiłaby do szerszej grupy graczy. Rozumiem, że niska cena końcowa dyktowała niższy budżet – mam jednak nadzieję, że edycja Big Box zaskoczy nas odświeżonym wyglądem.

Spotyka się trzech handlarzy i pierwszy mówi…

Komu przyjdzie szorować tę krypę?

Port Royal ma w mojej kolekcji miejsce szczególne – gdziekolwiek ją zabieram, tam zyskuje pozytywne recenzje. Zerowy setup, szybka i dynamiczna rozgrywka, minimalny downtime dla nieaktywnych graczy i ogrom emocji sprawiają, że gra często wychodzi na pokład, zaś moja grupa na chwilę zapomina o chorobie morskiej i wybiera radosny żywot matrosa. Port Royal nie obiecuje złotych gór, ale dostarcza sporą porcję dobrze wycyzelowanej zabawy w kompaktowym pudełku – bez wielu mikroreguł, długich tłumaczeń i wiadra plastikowych figurek. Talię można wsadzić w kieszeń, zabrać ze sobą i rozegrać w zasadzie wszędzie, nawet w porcie, o ile bryza nie jest zbyt silna.

Instalacja artystyczna pt. „Bohaterowie Królewskiego Portu”

Jeśli jednak podstawowa gra to dla Ciebie za mało, dostępne jest rozszerzenie pt. „Jeszcze tylko jeden kontrakt”. W identycznym rozmiarowo pudełku zawarte są duże karty kontraktów, trochę drewnianych znaczników i niewielka talia kart. Kontrakty pozwalają graczom zdobyć dodatkowe punkty za mini-zadania realizowane przy okazji (np. zwalcz określone statki, zatrudnij kilka określonych postaci lub zapłać duży okup). Karty wprowadzają zaś do gry nowe postaci i nowe rodzaje statków, oferujących złoto nie tylko aktywnemu graczowi, ale też jednej, wskazanej przez niego osobie. Dodatek jest dobrze pomyślany i w logiczny sposób rozszerza wachlarz możliwości, nie wprowadzając wielu dodatkowych reguł. Kupiłem go i nie zamierzam się pozbywać, ale z kontraktów raczej w grze nie korzystam – psują mi wizję tej gry jako prostej talii kart. Nowe postaci i statki są natomiast świetnym dodatkiem i można ich używać niezależnie od kontraktów, wprowadzając jeszcze większą różnorodność i nowe ścieżki do zwycięstwa.

Jeszcze Jeden Kontrakt

Jeszcze Kilka Kontraktów

Jeszcze Kilka Kosteczek

Co tam na bocianim gnieździe, parszywy psubracie?

Morskie fale niosą wieść, iż planowany jest druk gry w formacie Big Box i jest to świetna informacja. Gra z niewiadomych przyczyn zniknęła z horyzontu i ze sklepów, a pojedyńcze jej egzemplarze osiągają ceny nieprzyzwoite nawet jak na pirackie standardy. Reedycja wzbogacona o dwa istniejące dodatki („Jeszcze jeden kontrakt” i niewydane w Polsce „The Adventure Begins” oferujące tryb kampanii) będzie więc niezłym kąskiem, a jeśli spełnią się obietnice o „dostosowaniu wyglądu gry do obecnych standardów” to z chęcią zaopatrzę się w drugi egzemplarz. Jeden zostanie do grania w domu, drugi do grania w podróżach – nie tylko morskich.

Zalety:

+ szybkie przygotowanie i dynamiczna, wciągająca rozgrywka

+ ekscytująca i rubaszna atmosfera nad stołem

+ proste zasady i ekonomiczna ikonografia

Wady:

– nieatrakcyjny, przestarzały wygląd

– duża losowość może frustrować

 

2-5 graczy w wieku 8+

ok. 25 minut na rozgrywkę



Grę Port Royal kupisz w sklepie

Ogólna ocena (9/10):

Złożoność gry (4/10):

Oprawa wizualna (4/10):


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

sklep z grami planszowymi planszomania.pl
x

Check Also

To ja go tnę – następca Odjechanych jednorożców

Jeśli urzekły Was Odjechane jednorożce, to na pewno zwróciliście również uwagę na To ja go tnę. Autorem, a zarazem ilustratorem, jest ta sama osoba – Ramy Badie. Przedstawione postaci są równie urocze co wspomniane koniowate, ale tym razem wydają się bardziej wojownicze. Czy rozgrywka również taka jest?  Udostępnij: Facebook Twitter LinkedIn More

Share via
Copy link
Powered by Social Snap