Z serią Aeon’s End zetknęłam się od strony, od której teoretycznie zaczynać nie powinnam. Wygnańcy mieli być mało gościnni dla nowych graczy. A jednak okazali się dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę. Gdy nadarzyła się okazja ogrania pierwszej odsłony serii, długo się nie zastanawiałam.
Pierwsze spotkanie… tylko że drugie
Pod koniec ubiegłego roku trafiłam do źródeł Aeon’s End, czyli gry, od której wszystko się zaczęło. Jeśli szukacie opisu zasad, zapraszam was do lektury tekstu, w którym zostały już bardzo dobrze omówione. Zamiast tego opowiem o emocjach z rozgrywek, ale i podzielę się kilkoma wrażeniami, które nasunęły mi się jako porównanie ze wspomnianą grą Aeon’s End: Wygnańcy.
Bezimienni, czyli dlaczego Aeon’s End nie nudzi
Podczas mojej pierwszej wyprawy do świata Aeon’s End pozytywnie zaskoczyła mnie różnorodność Nemezis. Każdy Bezimienny był inny, prowadził walkę na własnych zasadach i zmuszał do zastosowania odmiennej strategii. W tej podstawce jest dokładnie tak samo.
Każdy Nemezis posiada zupełnie inną mechanikę działania i to w dwóch wariantach trudności. W tej podstawce mamy do wyboru Gnieworodnego, Królową Roju, Maskę Kłamstw i Książę Pożeraczy. Każdy z nich to poczwara z koszmarów – obsypuje nas obrażeniami, insektami, wali w nas kartami Zepsucia, albo niszczy nasze zasoby. Do każdego pojedynku trzeba podejść inaczej. Wejście na luzie może skończyć się porażką, szczególnie przy mocniejszych Bezimiennych.


Oczywiście doświadczeni gracze zauważą, że o ile Książę Pożeraczy wymaga pełnego skupienia, to Gnieworodnego można pokonać stosunkowo spokojnie. Nawet on jednak potrafi brutalnie przypomnieć, że to gra, w której lekceważenie przeciwnika bywa kosztowne. Dzięki temu każda walka w Aeon’s End jest na swój sposób emocjonująca i nieprzewidywalna. Zwłaszcza, że umiejętnościami różnią się nie tylko Bezimienni, ale i Magowie, którzy się z nimi ścierają.
Klimat
W Wygnańcach nastrój zagrożenia i niepokój wylewający się spomiędzy kart dosłownie zmiótł mnie z planszy. Tu jest go odrobinę mniej, między innymi z powodu braku Broszury opowieści. Mimo to, świat Aeon’s End żyje. Opisy magów na planszetkach budują postacie, a fabularne wprowadzenia Nemezis sprawiają, że nie walczymy z zupełnie nieznanym monstrum, tylko z konkretnym zagrożeniem.
Atmosfera obrony ostatniego bastionu ludzkości jest wciąż wyczuwalna. Może nieco mniej, niż w późniejszej odsłonie, ale jednak. Opisywana przeze mnie część Aeon’s End to fundament, na którym zbudowano kolejne części serii, w tym absolutnie epickich Wygnańców. I ja to szanuję.





Błyszczące czy wytrzymalsze?
W pierwszej podstawce Aeon’s End zaskoczeniem okazały się dla mnie planszetki magów i Bezimiennych. Są on cieńsze, ale błyszczące, a co za tym idzie, bardzo estetyczne i przyjemne w odbiorze. W Wygnańcach miałam do czynienia z grubszymi, matowymi wersjami. Które lepsze? Trudny wybór. Gdybym musiała wskazać jedną opcję, postawiłabym jednak na grubość kosztem świetlistości. Wrażenie solidności wygrywa minimalnie z efektem wizualnym. Poza tym jakość wykonania kart, znaczników i całej reszty komponentów gry wydawnictwa Portal Games pozostaje na bardzo wysokim poziomie.
Czy warto wracać?
Skoro zaczęłam od Wygnańców, naturalnie pojawiło się pytanie: czy cofanie się do pierwszego Aeon’s End ma sens? Mechanicznie gra jest właściwie identyczna (choć nie ma tu kopert z ukrytą zawartością). Jeśli chodzi o poziom skomplikowania magów i Nemezis – prostsza.
Rzeczywiście pierwsza z serii podstawka Aeon’s End jest idealna do tego, aby poznać ten świat. Nawet jeśli gra jest dla mnie w pewnym sensie krokiem w tył, to świat, w którym jest ona osadzona, nadal mnie pociąga. Rozgrywki sprawiły mi mnóstwo frajdy, a prostsza forma? Pozwoliła jeszcze bardziej docenić, jak dobrze zaprojektowany jest cały system i nieco mocniej popracować np. na nietasowaną talią (no, chyba że Maska Kłamstw akrat wjedzie ze swoim efektem).





Aeon’s End żyje i ma się dobrze
Jedną z rzeczy, która podoba mi się w Aeon’s End jest to, że nie jest to pojedyncza gra karciana, a rozbudowany, wciąż rozwijany cykl. Pierwsza część otwiera linię, w której właściwie co roku pojawiają się nowe dodatki i samodzielne odsłony. Każda z nich dorzuca kolejnych bohaterów, nowe potwory i kolejne historie. Możliwe jest zresztą łączenie postaci z różnych pudełek i stawianie ich naprzeciwko dowolnych Nemezis. A to przekłada się na właściwie nieograniczoną regrywalność.
Podsumowanie
Aeon’s End w swojej pierwszej odsłonie broni się znakomicie. Widać, że to początek drogi, ale również solidna baza, na której zbudowano całą serię. Choć Wygnańcy ulokowali się w moim sercu nieco wyżej, powrót do źródeł okazał się bardzo przyjemny. A co będzie dalej? Ja na pewno sięgnę po kolejne odsłony gry wydawnictwa Portal Games. Każdy kolejny mag i poczwara do pokonania to nowa historia, którą chcę poznać.
Jeśli lubicie kooperacyjne gry karciane, walkę z bezlitosnymi bossami i świat, który intryguje, przez co chce się go poznawać dalej, Aeon’s End zdecydowanie zasługuje na Waszą uwagę.
Ogólna ocena
(8/10):









Złożoność gry
(6/10):









Oprawa wizualna
(8/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Bardzo dobry przedstawiciel swojego gatunku, godny polecania. Wady mało znaczące, nie przesłaniające mocno pozytywnego odbioru całości. Gra daje dużo satysfakcji.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony






