Wrzosowiska Dartmoor to miejsce, gdzie natura rządzi się własnymi prawami. Między falującymi połaciami fioletowego wrzosu, wśród menhirów i mgieł snujących się tuż nad ziemią, toczy się ciche, lecz nieustanne życie. Owady krążą nad roślinami, jaszczurki wygrzewają się na kamieniach, węże znikają w gęstwinie, a gdy zapada zmrok, niebo przejmują nietoperze. To ekosystem delikatny, zależny od równowagi i wzajemnych powiązań — dokładnie taki, jaki próbujemy odtworzyć w najnowszej odsłonie Leśnego Rozdania.
Natura zmienną jest
Dartmoor nie jest po prostu kolejnym dodatkiem, który bez problemu połączymy z wcześniejszą zawartością. To osobna gra oparta na zupełnie nowym zestawie kart i kilku świeżych mechanikach, zaprojektowana jako samodzielne doświadczenie osadzone w innym ekosystemie. Wydane dotąd rozszerzenia nie mają tu zastosowania.
Nie miałam okazji zagrać w poprzednią część, więc pełne porównanie pozostawiam innym, jednak już na pierwszy rzut oka Dartmoor wyraźnie różni się klimatem. Szata graficzna jest znacznie spokojniejsza, momentami wręcz stłumiona, z przygaszoną paletą barw, która idealnie oddaje charakter bagien i wrzosowisk.
Na poziomie rozgrywki nowości pojawiają się od samego początku. Asymetryczne ustawienia startowe, zależne od kart jaskini, sprawiają, że każdy gracz zaczyna z innym punktem wyjścia i innymi możliwościami rozwoju swojego ekosystemu. Do znanych drzew dołączają karty wrzosowisk, które zmuszają do zmiany przyzwyczajeń. Nie da się rozbudowywać ich na boki, za to oferują więcej miejsca u góry i dołu, co wpływa na sposób planowania i sprawia, że nasz układ rośnie w nieco innym kierunku niż dotychczas.
Podobne korzenie
Mimo zmiany środowiska nie zostajemy wrzuceni w kompletnie inny świat. Obie gry łączy ten sam fundament. Sednem rozgrywki pozostaje budowanie własnego ekosystemu poprzez dokładanie kart w przestrzeni, planowanie zależności między roślinami i zwierzętami. Nadal liczy się tu umiejętność przewidywania, elastyczne reagowanie na dostępne karty i szukanie synergii zamiast pojedynczych, punktujących zagrań.
Kolejnym wspólnym mianownikiem obu tytułów jest to, jak bezlitośnie pożerają przestrzeń na stole. Drzewa, krzewy czy wrzosowiska mają tendencję do rozrastania się w różnych kierunkach, zajmując z każdą turą coraz więcej miejsca. Oczywiście można próbować grać “ciaśniej”, skupiając się na niewielkim obszarze, ale jest to strategia raczej… nieopłacalna.
Wrzosowiska odgrywają w tym układzie kluczową rolę i wiele kart wprost odwołuje się do ich obecności. To zresztą naturalne — skoro są nowością, trudno byłoby traktować je jedynie jako marginalny dodatek. Część kart można umieszczać wyłącznie na wrzosowiskach, inne z kolei sensownie punktują dopiero wtedy, gdy mamy ich najwięcej. Nic więc dziwnego, że pojawiają się na stole jak grzyby po deszczu i wciąż wydaje się, że jest ich za mało, bo oferują wartości punktowe, których nie sposób beztrosko zignorować. Dodatkowo losowość dociągu, ograniczona liczba kart dzielonych poziomo oraz brak możliwości dokładania kart dzielonych pionowo sprawiają, że w układzie — choćby sporadycznie — zaczynają pojawiać się drzewa, co z kolei napędza dalszy rozrost.
Różnorodna punktacja sprawia, że na a kartach upchnięto naprawdę sporo informacji, tekstu i ikonografii, a drobny druk nie zawsze ułatwia ich szybkie odczytanie. Gdy pojawiają się wątpliwości, naturalnym odruchem jest sięgnięcie do instrukcji. Problem w tym, że nie znajdziemy w niej pełnego opisu kart. Zamiast tego otrzymujemy kod QR prowadzący do osobnego pliku z wyjaśnieniami. To rozwiązanie mało eleganckie i niezbyt wygodne, zwłaszcza gdy co chwilę trzeba sięgać po telefon, by rozwiać wątpliwości przy stole.
Bagienna stagnacja
Na początku Dartmoor wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Kilka zastosowanych rozwiązań jest naprawdę pomysłowych. Dzielenie kart w pionie i poziomie, konieczność wyboru, którą stronę zagramy, czy drobne bonusy za opłacanie kart w odpowiednich kolorach wprowadzają coś nowego i intrygującego. Na plus wypada także sposób, w jaki część punktacji i synergii między kartami znajduje swoje uzasadnienie w naturze. Relacje między roślinami i zwierzętami nie są tu czysto abstrakcyjne.
Z czasem jednak na wrzosowiskach pojawia się uczucie zastoju. Rozgrywka sprowadza się głównie do sprawnego mielenia kart, przy minimalnej interakcji między graczami. Kombinacje, które można budować, okazują się mało ekscytujące, a po kilku partiach zaczynają wyłaniać się “jedynie słuszne” strategie. Jeśli zdecydujemy się na konkretny kierunek, gra rzadko pozwala na gwałtowną zmianę planów. Zamiast elastyczności mamy raczej konieczność nadbudowywania tego, co już leży na stole. Dodatkowo losowość dociągu potrafi dać się we znaki. Dobrym przykładem jest sytuacja, w której przy dużej liczbie wrzosowisk brakuje kart dzielonych poziomo, co potrafi skutecznie zablokować rozwój.
Nie pomaga też tempo. Jak na to, czym gra faktycznie jest, całość nieco się dłuży, a końcowe liczenie punktów zajmuje sporo czasu. Mnie osobiście to nie przeszkadzało, ale wiem, że dla części graczy może to być istotny minus. Jak zwykle nie do końca przekonuje mnie nagłe zakończenie gry, które następuje natychmiast wraz z dociągnięciem trzeciej karty zimy. Z jednej strony uniemożliwia dokładne wyliczenie wszystkiego, z drugiej potrafi zostawić poczucie, że zabrakło tego jednego, decydującego ruchu.
Ostatecznie Dartmoor to gra poprawna, momentami interesująca, ale bez większych emocji. Kilka dobrych pomysłów nie wystarczyło, by utrzymać moją uwagę na dłużej, a monotonia, która z czasem wkrada się do rozgrywki, skutecznie studzi początkowy entuzjazm.
Ogólna ocena
(6,5/10):









Złożoność gry
(4/10):









Oprawa wizualna
(6/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Do tej gry mamy konkretne zarzuty. Może być fajna i dawać satysfakcję, ale… ale jest jakieś zasadnicze „ale”. Ostatecznie warto się jej jednak bliżej przyjrzeć, bo ma dużą szansę spodobać się pewnej grupie odbiorców.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony











