Home / Artykuły / Cotygodnik / Cotygodnik Redakcyjny GF nr 16/16, czyli ten, w którym stare walczy z nowym

Cotygodnik Redakcyjny GF nr 16/16, czyli ten, w którym stare walczy z nowym

cotygodnik_kwiecien_19Dzisiejszy Cotygodnik jest dłuższy niż niejedna nasza recenzja. Najwyraźniej mieliśmy za dużo wolnego czasu, choć każdy z nas poświęcił go na co innego. AnKa zdecydowała się na odkurzanie (starych tytułów), a MCI coś kazało spływać (z Lewisem i Clarkiem). Veridiana myślała, że jedzie na wycieczkę w góry, a okazało się, że wylądowała w samym środku srogiego eurolandu. Pingwin zanurzyła się w grach rodzinnych i mimochodem wygrała turniej w Zgranym Wawrze. Kuba natomiast… Cóż, Kuba zakochał się w ameritrashu. Prosimy o nieskładanie kondolencji.

AnKa

Nareszcie! Udało mi się wygospodarować w minionym tygodniu nieco więcej czasu na planszówki! Całe szczęście, bo bez gier już zaczynałam się czuć jak narkoman na głodzie. Grałam sporo, więc wspomnę tylko o niektórych pozycjach, na szczęście same dobre tytuły mi się trafiły.

gra-wojownicy-podziemi.61599.800x0Wojownicy Podziemi. To słownikowy przykład gry, która jest tak głupia, że aż fajna :). Wszyscy gracze wcielają się w bohaterów, którzy jako jedna drużyna wyruszają na wyprawę po mrocznych korytarzach, aby stawić czoła przeróżnym potworom, a wreszcie pokonać strasznego Władcę Podziemi! Walczymy przy pomocy kości. Ja z reguły nie cierpię losowych gier kościanych. No chyba że mam trafić kostką w planszę, rzucając nią spod nogi :P. Albo spod stołu. Albo z nosa. A najlepiej ze wszystkiego na raz – o ile to w ogóle możliwe! Jeśli jeszcze dodamy do tego świetny klimat (parodia fantasy), przezabawne ilustracje i hasła na kartach, otrzymujemy grę tak głupią, że aż chce się w nią grać i grać i grać :D. A jeszcze te komentarze przy stole : „no co, kostką w planszę nie trafisz?!” – lodzio miodzio, panowie!

Puerto Rico. To jeden z nielicznych tytułów, w które wolę grać na BGA niż normalnie, na planszy. Nie chce mi siępuerto-rico-pudelko-3d.122024.800x0 jej rozkładać, pamiętać o przydzielaniu odpowiedniej liczby pracowników, itd. Wolę, gdy komputer robi to za mnie. A poza tym gra nie podoba mi się wizualnie. Wolę, kiedy na stole leży coś, co cieszy oko. Tym razem zagrałam jednak w wersję planszową. Znakomita gra – dużo kombinowania, ale sama rozgrywka jest dość szybka i dynamiczna. Nie ma przestojów, nie ma paraliżów decyzyjnych (przynajmniej mi się to nie zdarza). Bardzo lubię ten mechanizm, gdzie jeden gracz wybiera akcję i wykonują ją wszyscy gracze, ale ten pierwszy ma jakiś bonus. Dzięki temu cały czas coś robimy, nie trzeba czekać w nieskończoność, aż ktoś skończy swoją turę. Lubię tę grę, daje sporo możliwości, ale… wciąż nie mogę znaleźć swojej strategii. Grałam w Puerto Rico nie raz, nie dwa i wciąż mam wrażenie, że działam trochę chaotycznie, na oślep, bez długofalowego planu. Jedynym stałym punktem każdej rozgrywki jest zdobycie Nabrzeża – w swojej pierwszej partii nie doceniłam tej płytki i od tamtej pory zawsze staram się ją mieć. Ostatnio pogrążyło mnie zwlekanie – kiedy chciałam przetrzymać Kapitana, to zawsze ktoś mi go wcześniej podwędził… I to jeszcze w takim momencie, kiedy już praktycznie nie miałam zasobów do załadowania. No cóż, nie pozostaje nic innego, jak tylko poczekać na rewanż.

Quadropolis.  Początkowo nie zwróciłam na ten tytuł większej uwagi. Nawet w eurosucharach cenię ciekawą i nietuzinkową tematykę, natomiast budowanie miastaquadropolic cover 3d.4169572.800x0 jakoś mnie nie pociągało. Jednak pierwsze przejrzenie instrukcji sprawiło, że zapragnęłam zagrać. Zapachniało mi nieco Five Tribesem (którego uwielbiam) pod względem ilości kombinowania. Nie zawiodłam się! Bardzo proste zasady, krótki czas gry, ale sporo przyjemnego móżdżenia. Do tego dwa warianty – prostszy (Classic) nie daje aż takiej satysfakcji, ale będzie świetny w gronie rodzinnym i wśród początkujących. Za to wariant Expert to już kawałek porządnej partii, która powinna zadowolić nawet tych nieco bardziej wymagających. Takie gry ostatnio lubię najbardziej – porządne, średniej ciężkości euro (niestety brak czasu skutecznie uniemożliwia granie w ciężkie i długie eurosuchary).

Podczas gry stawiamy na swoich planszach budynki, które dostarczają jednych zasobów, a innych potrzebują do aktywacji. Każdy budynek ma swoje określone zasady punktowania na koniec gry. Mamy tu spore pole do popisu – w które budynki iść, gdzie i jak je zbudować, jak zablokować przeciwnika. W pierwszych dwóch partiach postawiłam na budynki mieszkalne i sklepy. Te pierwsze dają punkty w zależności od tego, ile mają kondygnacji i dostarczają meeple, a drugie przynoszą punkty za klientów, którzy je odwiedzili. A zatem domy dają ludzi, a sklepy ich potrzebują – idealne połączenie. Mój przeciwnik (bo grałam tylko na dwie osoby) szybko zwietrzył, że to dobra strategia i rozpoczęła się rywalizacja o te same kafle. W kolejnej partii stwierdziłam, że tym razem postawię na płytki, których wcześniej nie doceniłam – budynki służb publicznych i porty. Wycisnęłam z nich maksymalną ilość punktów i wygrałam. Za to nie do końca udało mi się uzyskać satysfakcjonujący wynik z biurowców (obecne tylko w wariancie zaawansowanym), choć początkowo wydawało mi się, że to czyste maszynki do robienia punktów. Trzeba jeszcze jakoś nad nimi popracować. W ostatniej partii pogrążyło mnie niestety nieopaczne ustawienie fabryki obok pomnika (-5 punktów). Na takie błędy nie można sobie pozwolić. Ja jestem grą oczarowana – od jakości wydania (fantastyczna wypraska!) po przebieg rozgrywki. Na razie więcej zdradzać nie będę – recenzja już wkrótce na łamach Games Fanatic!

syllaUdało mi się też odkopać Syllę, która od dawna zalegała gdzieś na dnie szafy i czekała cierpliwie, aż w końcu ktoś ją wyjmie i łaskawie rozłoży na stole. I dobrze, że w końcu znalazło się na nią trochę czasu, bo wrażenia po pierwszej partii mam całkiem pozytywne. Akcja osadzona jest w starożytnym Rzymie po czasie panowania konsula Sulli (lub Sylli). Jako rzymscy senatorowie dążymy do rozwoju kraju, zadowolenia mieszkańców, gromadzimy punkty prestiżu, aby na końcu – wraz z nastaniem chrześcijaństwa – zdobyć władzę nad Rzymem. Trochę licytacji, trochę planowania i przewidywania posunięć innych graczy – wydaje się to dość porządnym euro. Niestety zagrałam na razie tylko na dwie osoby i czuję, że gra nie pokazała całego swojego potencjału. Czekam z niecierpliwością na partię w większych gronie, bo wizualnie, tematycznie i mechanicznie mnie przekonuje. Wygląda na to, że odkopanie starocia było dobrym pomysłem.

I jako wisienka na torcie… Red7! Ta gra ma coś w sobie. Do karcianek mam ograniczone zaufanie – często mi niered7-okc582adka.31381.800x0 podchodzą, wolę jednak potyczki na planszy. Ale za tą grą wprost przepadam. Potrafię grać w nią cały wieczór i wcale nie czuję znużenia. Proste zasady – 7 kolorów, w każdym kolorze karty od 1 do 7, 7 kart na ręce i jedna zasada wygrywająca na środku stołu. W swojej turze muszę albo wygrać, albo odpadam. Jeśli nie mogę wyłożyć karty spełniającej obecną zasadę i wyższej od pozostałych graczy, to zmieniam zasadę. Lubię takie gry, w których co i rusz zmienia się główna reguła. Red7 ma w sobie jakąś oryginalność i świeżość oraz niemal idealną równowagę między kombinowaniem a szczęściem w dociągu kart (choć i tak za każdym razem, gdy przegrywam, twierdzę, że to po prostu głupia losowa gra :P).

MCI

Dzisiaj znowu wracam do grania w dobrze znaną pozycję, która ma już swoje lata. Tym razem trafił mi się do ogrania Lewis & Clark.

LC3d.1558013.800x0Nie mam pojęcia dlaczego, ale gdy pierwszy raz zobaczyłem tę grę w internecie, to natychmiast poczułem potrzebę zagrania w nią. Oczywiście jak większość z nas, zacząłem od przeczytania i obejrzenia absolutnie każdej możliwej recenzji w sieci, komentarzy i opisów. To była planszowa obsesja. W końcu na jednym z cotygodniowych spotkań planszówkowych udało się zebrać skład, jak i samą grę w jednym miejscu.

Zacznę od tego, że gra jest przepiękna. Kolorowe znaczniki, spora plansza pełna rysunków i świetne ilustracje na kartach. Moją pierwszą myślą było „wow, to będzie świetna gra familijna!”. Następnie nadeszła pora tłumaczenia zasad. Po recenzjach wiedziałem, że nie jest to lekka gra, którą można wytłumaczyć w 5 minut. Ale liczba tych wszystkich reguł i zasad trochę mnie na początku przytłoczyła. Nadeszła moja kolejka i kompletnie nie miałem pojęcia, co mogę zrobić. Bardzo powoli się to rozkręcało i dopiero po kilku rundach zrozumiałem, jak to działa. Ta gra ma to do siebie, że oferuje bardzo dużo możliwości kombinowania i łączenia ruchów, co niestety początkujących graczy doprowadza do kompletnego paraliżu decyzyjnego. Raczej nie jest to typ gry, w którego uczymy się grać 3 minuty, a potem możemy grać na równi z ludźmi, którzy poznali ją wcześniej. W Lewisa & Clarka trzeba zagrać kilka razy, aby w pełni zrozumieć zależności pomiędzy elementami, jak i to, w co warto inwestować i jak budować długie łańcuchy wydarzeń, co jest potrzebne, a co można odpuścić. Dodatkowo ta gra nie wybacza błędów.

To, co doceniam w tej pozycji, to przede wszystkim ciekawe wymieszanie mechanik różnego typu (bo mamy tutaj i deckbuilding, jak i swego rodzaju worker placement) jak i to, że gra jest wymagająca. Urzekła mnie również spójność pomiędzy tematem a mechaniką. Nie ma tu żadnych punktów zwycięstwa ani niszczenia przeciwnika, jest zwyczajny wyścig w starym stylu: kto pierwszy, ten wygrywa. Pomimo cukierkowego wyglądu, zdecydowanie nie jest to pozycja dla początkujących graczy, bo może okazać się wręcz zniechęcająca. Polecam, jeśli lubisz bardziej złożone gry, w których optymalizacja i strategia to klucz do zwycięstwa.

Veridiana

Weekend w górach. Świeże górskie powietrze, grill, parzeniczki, stara nastrojowa chata i kilka siatek gier, z których ograliśmy ledwie małą część. Ale równowaga ruchu, jedzenia i grania została zachowana. Tylko z wyborem zawsze był kłopot, bo tyle gier, a tak mało czasu…

Kolejne podejście do Wyścigu do Renu i zdecydowana poprawa. Co prawda wizualnie nadal będę marudzić, ale toREN_cover.1121762.800x0 tylko kwestia gustu ;). Merytorycznie wszystko w porządku. Jako miłośnik koloru czerwonego, ogrywam lewą stronę planszy, gram Montym. I zaczynają mi się klarować konkretniejsze strategie. Tylko wciąż gramy długo, wciąż nikt nie dotarł do Renu i wciąż końcówka szwankuje, gdy pokonani Niemcy wracają do puli. Doszło nawet do takiej paradoksalnej sytuacji, że aby wygrać, musiałam pokonać Niemców, ale równocześnie wydłużałam wtedy grę o jedną rundę i wygrać nie mogłam. Wrażenia jednak jak najbardziej pozytywne. Gdyby ktoś mi jeszcze podpowiedział, po co mam zajmować Le Havre? :)

kingsportfestiwssssalpl1.351812.800x0Z nieznanych mi tytułów poznałam Kingsport Festival. Trochę byłam do tego zmuszona (jako eurodziewczynka sama bym nie zaproponowała tego tytułu), nie jestem bowiem miłośniczką takich klimatów, ani prostych kulanek, ani zbieractwa kosteczek, ale nie było tak źle. Jeśli co grę wychodzą inne wydarzenia, inni badacze do pokonania i inny scenariusz, to jestem w stanie sobie wyobrazić całkiem przyjemną zabawę.

Najwięcej czasu zabrały nam partie w Grand Austria Hotel i Mombasę, czyli dwa tytuły, które ogrywamy ostatnio namiętnie. W Hotel poszło mi fatalnie, jakbym nie kombinowała wszyscy mi zawsze odfruwają na torze punktów. Na dodatek pokłóciliśmy pic2728138_lg.430989.800x0się o interpretację zasady zwiększania o 1 liczby kości na polu akcji i przez całą rozgrywkę monitorowaliśmy postęp dyskusji na BGG, gdzie zadałam to pytanie. Ostatecznie wyszło na moje, choć nie jest to odautorska wersja oficjalna. Emocji było więc co niemiara, choć nie do końca takich, jakie bym sobie życzyła (taką emocją byłaby euforia pierwszego zwycięstwa ;). Przeżywała ją za to koleżanka, która dotychczas też zaliczała zazwyczaj tylne rejony listwy Kramera, ale przeżywała niestety tylko przez chwilę, bo kolega przypomniał sobie, że nie doliczył jeszcze kosmetycznych punktów za pozostałą gotówkę i przysmaki i ją w ostatecznym rozrachunku o 2 punkty przegonił.

af94fecb-87a9-476e-8824-58cb7a563e94.42533.800x0Mombasa natomiast kolejny raz dała mi okazję do pociągnięcia rozgrywki księgowym, który skończył swój tor i ogólnie poprowadził moje interesy do zwycięstwa. Tylko że grając zazwyczaj na trzy osoby, daje się zauważyć tendencję, że osoba samotnie prąca do przodu na torze wybranej firmy zostanie w ciemnej…, jeśli pozostałe dwie razem będą pchać inną firmę. Na szczęście obaliliśmy inną niebezpieczną tezę, że wygrywa się firmami, olewając księgowego. Bo to nieprawda była!

Odświeżyliśmy też dwa stare sucharki. Pierwszym z nich był Taj Mahal Reinera Knizii. Reiner, który ostatnio przerzucił się na gry dla młodszych, w czasach świetnościtajmahal.208861.800x0 zaprojektował kilka perełek, w tym wspomniany TM. Była to moja druga partia w ten tytuł, ale jestem nim zauroczona. Niby klasyczny Knizia – zdobywamy żetony, zajmujemy pola na ścieżkach i wszystko jakoś punktuje. Ale ta gra daje mi poczucie elegancji i pole manewru do pomyślunku. Pomimo kart, których losowości nie da się ukryć, ale nie jest ona znów aż tak dokuczliwa. Gdy pogram (jeśli pogram) jeszcze kilka razy, pokuszę się o recenzję do Starej Półki.

Ostatnią grą, której pudełko należało mocno odkurzyć, był Steam. Dzień wcześniej poznałam zasady w czasie pic392515_mdpierwszej zapoznawczej rozgrywki, więc do weekendowej partii zasiadłam już z malutką torebką doświadczeń (no bo nie bagażem). Wallace to dla mnie Brass. I Aeroplany. Steam też mi się spodobał, choć trzeba przyznać, że 10 rund (graliśmy na 3 osoby) trwały strasznie długo. No i graliśmy w wariant podstawowy, bez licytacji, bez szacowania jednej wielkiej pożyczki i bez opłacania parowozu. Ale i tak było nad czym kombinować. Współgracze marudzili na oczopląs w późniejszych rundach gry i zwycięstwo przyszło mi w zasadzie z tytułu niedopatrzenia jednego z przeciwników. Mnie jakoś galimatias torów i połączeń na planszy nie przeszkadzał (wyjątkowo) i sama gra, gdyby ja trochę skrócić, byłaby superaśna. Dla kolegów okazała się jednak za ciężka i zmęczyli się rozgrywką srodze. Może to kwestia trudności z rozróżnianiem kolorów u mężczyzn? Nie zanosi się więc na kolejne partie…

Weekend uważam zatem za bardzo udany. Pogoda dopisała, pieski się wyhasały, grill wyszedł przesmacznie, a widoki górskich szczytów były bardzo budujące. Czegóż chcieć więcej? Tak, wiem, kasy na nowe gry…

Pingwin

Wiosenne turnieje Haru Ichiban są dobre, bo są wiosenne i z Haru Ichiban ;). A na poważnie – dzięki temu, że w ostatni piątek były w Wawrze, czyli rzut beretem od mojego miejsca zamieszkania, spędziłam nad tą grą praktycznie cały wieczór (5 partii z rzędu). I co ciekawe – nie mam dość. Haru Ichiban to wspaniała i przepięknie wydana (a dzięki temu klimatyczna) dwuosobowa gra logiczna. Chodzi o to, by uzyskać odpowiedni wzór z własnych, najczęściej czterech nenufarów – ale nie jest to proste, bo albo jesteśmy starszym ogrodnikiem i wtedy, co prawda, możemy sobie wybrać, który nenufar zakwitnie, ale za to młodszy ogrodnik, którego nenufar zakwita, zdeterminowany wyborem starszego ogrodnika z wcześniejszej tury, może poprzesuwać nenufary i popsuć nam układ planszy. Po trzykroć wspaniałe. Jest sporo kombinowania, a jednocześnie to wciąż gra rodzinna, nawet dzieci są w stanie załapać zasady.

Śliwka. Tzn. Gra ze śliwką. Gra ze śliwką w tle i liczbą Pi… Nie, wróć.  Gra ze śliwką na okładce i liczbą Pi w tle, czyli Pi mal Pflaumen. Szczerze mówiąc, wpadłam jak śliwka w kompot. Spodobała mi się już na zjAvie, a teraz podoba mi się jeszcze bardziej. Woda na młyn każdego karciarza. Niby zagrywamy karty jak zwykle, ale nie bierzemy lew, tylko rozdzielamy je między siebie w kolejności starszeństwa zagranych kart. A wszystko po to, by pozbierać najlepsze sety i zdobyć punkty zwycięstwa. Proste, ale ile przy tym frajdy. I morze interakcji negatywnej, nie tylko tej polegającej na zabraniu najlepszej karty. A gdzie to π ? Ano w tle – to karty, które można zdobyć, zabierając odpowiednie karty ze stołu, a służą temu, by podwyższyć wartość zagrywanych przez ciebie kart. Nietrywialne i fajne. Jeszcze wiele wieczorów przede mną, ale już teraz przeczuwam, że to będzie kolejna faworyzowana przeze mnie karcianka od Lucrum Games – po Red7 i Intrygantach.

Hexx. Fantastyczna gra na spostrzegawczość i refleks. W pewnym sensie Dooble-podobna. Przywołuje również skojarzenia z Prawem dżungli. Ale, choć moje dzieci za Dooble nie przepadają (przepadają za to za Jungle speed), w Hexxie się zakochały. Chodzi o to, by pozbyć się kart, dokładając je symultanicznie wraz z innymi graczami do kart leżących już na stole, ale tak, by przynajmniej dwa kolory się zgadzały. Jeśli będzie się zgadzać więcej, to jeszcze lepiej, bo możecie wtedy wcisnąć część swoich kart przeciwnikom. Świetna zabawa. Jak dla mnie przebija zarówno Dooble, jak i Jungle speed.

Gra o Tor. Nie będę opisywać, jak się gra, bo parę miesięcy temu Łukasz recenzował Game of Trains, zadając przewrotne (i jak się okazuje wpadające u ucho) pytanie: „czy wszystkie gry o pociągach muszą być fajne?” Otóż ja nie lubię gier o pociągach. A w tej grze klimat jest dość luźno związany z mechaniką (choć patrząc na to z innej strony, to z uwagi na sortowanie wagoników wstrzelony jest bardzo pomysłowo). Może to dlatego tak mi się spodobała? A może po prostu to bardzo fajna gra? Tak, bo jest fajna! Jest oszałamiająco losowa, ale… przeciwnicy nie dadzą skorzystać na uśmiechu losu. Coś się prawidłowo układa? To zaraz ktoś wyrzuci ci ten idealnie dopasowany wagonik i zaczynasz się biedzić od nowa. Dużo szczęścia, ale też dużo sprytu tu potrzeba. Filler jak się patrzy. Aha, i jeszcze jedno: jak się okazuje z powodzeniem można grać nawet w 5 osób.

Byle do pierwszego. Zabawna gra o spłacaniu kredytów. O pardon, rachunków. Tylko żeby spłacić te rachunki, niejeden z was będzie musiał zaciągnąć kredyt. Albo nawet kilka. Gra polega na uzyskiwaniu przewagi w konkretnych lokacjach po to, by spłacać przypisane do nich rachunki z bonifikatą. Do tego dochodzą karty akcji (niestety dobierane losowo), które mogą całkiem poważnie namieszać przeciwnikom. Powiem tak: graliśmy w maksymalnym składzie pięciu osób i było naprawdę nieźle. Gra nie rzuca na kolana, ale mimo to dała nam sporo frajdy. Nie spodziewaliśmy tego.

KubaP

star wars rebellionOto spotkało mnie jedno z największych zaskoczeń w świecie planszówek. Kilka dni temu nieco spontanicznie zajrzałem do serdecznego przyjaciela, mówiąc: zagrajmy, w co tylko chcesz (byle nie była to Agricola). On po krótkim namyśle ściągnął z półki gigantyczne pudło z napisem Star Wars: RebellionZe środka wysypał mnóstwo (naprawdę MNÓSTWO) figurek, kart, kości, podwójną planszę – słowem: wiele dobra. Przygotowałem się mentalnie na starcie z idiotycznym ameritrashem, zacząłem słuchać zasad i… nieco ponad pięć godzin później z wypiekami na twarzy powolutku wracałem do rzeczywistości. Wow. Dwuosobowa, asymetryczna gra taktyczno-strategiczna z ukrytymi celami. Przepięknie wykonana. Klimat wylewający się z każdego zakamarka. Zasady nie są bardzo złożone, a po jednej rundzie już wiemy mniej więcej wszystko. Jednoczenie ilość kombinowania, móżdżenia, prób przewidzenia ruchów przeciwnika jest naprawdę niemała. Złe siły próbują odnaleźć rebeliancką bazę, ukrytą na jednej z kilkudziesięciu planet na mapie, a jasna strona Mocy stara się za wszelką cenę do tego nie dopuścić, przyspieszając koniec gry. Jak pewnie wiecie, ameritrashe nie są moim ukochanym gatunkiem planszówek. Po partii w Rebellion będę musiał zrewidować moje nastawienie – chcę jeszcze, chcę więcej, chcę grać i… chcę mieć? Dla mnie to solidne 8/10, więc dla wielbicieli takich gier będzie to pewnie 13/10. Przykro mi, jeśli mieliście nadzieję, że odwiodę was tu od wydatków (a te są chyba niestety nie najmniejsze w przypadku tego megapudła). W ten tytuł po prostu trzeba zagrać (w odróżnieniu od Imperial Assault, które było moim zdaniem jedynie poprawne).

4 komentarze

  1. Avatar

    Le Havre to taki prawie pewny medal do zdobycia, tanim kosztem, bo blisko bazy zaopatrzenia. Zdobywasz, gdy grasz na małe punkty. Jak na automata, to szkoda czasu. :)

    • Firenski

      Hmm, tylko gdzie jest ten medal? Bo u nas na planszy nie ma żadnego medalu obok Le Havre. Czy ja czegoś nie rozumiem? Zaćmiło mnie? :)

  2. Avatar

    @Veridiana, też ogrywam ostatnio Wyścig do Renu i długo szukałem wyjaśnienia, po co ten Le Havre :D
    Właściwie wrażenia w dużej mierze mamy podobne, oprócz wyglądu (dla mnie świetnego) i wrażeń z końcówki… poprzednio pisałaś, że ciągnęła się w nieskonczoność przez powrót Niemcow do puli. A u nas to właśnie było najbardziej emocjonujące, bo nikt nie mógł wygrać z automatu w jednym ruchu, a koniec gry zagrażał nieustannie ;)
    @ozy, Monty i tak w medalach jest dla mnie bezkonkurencyjny, więc Le Havre potrzebny nie jest. Ale ja grałem tak, żeby jednak do Renu dotrzeć, choć mogłem zakończyć grę zwycięstwem wcześniej – tylko to nie to samo ;)

  3. Avatar

    @Grzesław – tak, to nie to samo. Prawdziwi mężczyźni grają na automata. ;)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*