Everdell Silverfrost od Starling Games / Tycoon Games.
Nie ukrywam – do Everdell szedłem trasą bardzo okrężną. Skreśliłem ją szybko z listy zainteresowań: za bardzo urocza, za dużo dodatków, za duże drzewo. Uniosłem się dziwnym honorem myśląc, że to taka rodzinna, mass-marketowa gra o zwierzątkach.
Gdy jednak nadeszły zwierzątka przykryte śniegiem… w końcu uległem. Everdell Silverfrost przemówił do mnie z nową siłą, być może przez ten mróz. Dobre gry z ujemną temperaturą w tle to rzadkość. Nie przeszkadza fakt, że Silverfrost jest bez wątpienia najpiękniejszą grą z serii. Jak się okazuje, pod śnieżną pierzynką kryje się rozgrzewająca mózg mechanika. Zapraszam do mojej śnieżnej chatki!
W Everdell sypie śnieg
Zaznaczmy od razu – nie mam zbyt dobrego pojęcia o poprzednich częściach. Wiem o Everdell tyle, ile zobaczyłem w Silverfrost. Dla mnie wszystkie mechanizmy to nowości – wybaczcie więc brak odniesienia do innych części i dodatków z cyklu.
Wiem natomiast, że nad doliną Everdell zebrały się ciemnoszare chmury, ukrywając szczyty gór Spirecrest. Naszym zadaniem jest zbudowanie miasta, które przetrwa w tych mroźnych warunkach. Mamy na to całe cztery pory roku, ale przed nami sporo pracy. Przy pomocy dzielnych robotników będziemy pozyskiwać zasoby, wznosić budowle i zapraszać do naszej osady rozmaitych gości, dzięki którym przygotujemy się na nadejście zimy.
Everdell Silverfrost to świetny przykład gry, która bazując na sprawdzonych mechanizmach, bez reszty wciąga graczy do magicznego świata. Nie jest to jednak, jak pierwotnie sądziłem, na wskroś rodzinna gra. Pełno tu okazji do popisowych kombinacji i intensywnych rund wyrastających z pojedynczej akcji, a różnorodne karty i pola na planszy oferują graczom wiele dróg do budowania własnych silniczków, napędzających rozwojowe działania. Silverfrost zupełnie bez kompleksów stoi obok innych gier jak Viticulture, które może i emanują ciepłem i sielskością, ale robią się bardzo zacięte, gdy przychodzi do walki o zasoby, karty i miejsca na planszy.
Tym, co podobno nowe, to mechanika zaśnieżania i późniejszego odśnieżania – i kominy.
Wychodzi na to, że w Dolinie zapowiada się mroźna zima!
Winter… is… coming…
A więc o sceptycyzmie miało być. Tak, Everdell przeszedł mi poza radarem, bo wydawał się zbyt miałki i oparty na gadżecie – wielkim, kartonowym drzewie. Teraz jednak wracam do tej gry, ale już za sprawą wielkiej, kartonowej góry.
Nie jestem stały w uczuciach, jak widać.
Silverfrost ma wszystko, co lubię. Powolny start. Pierwszą rundę, która mija zaskakująco szybko. I atomowe przyspieszenie z każdą kolejną turą. Podobnie jest z niemal imiennikiem, Evenfall – po pierwszej rundzie wydaje się, że gra potrwa 30 minut, po czym następuje eksplozja.
W zasadzie na każdy problem jest tu rozwiązanie – lub trzy. Brak Ci surowca? Stań se na polu. Miejsce zajęte? Idź tam swoim Strażnikiem, a nie zwykłym workerem. Nie masz nic ciekawego na ręce? „Zbuduj” sobie kartę z ryneczku. Na ryneczku posucha? To idź na pole z dobieraniem kart. Nie chce Ci się chodzić daleko? Skorzystaj z wybudowanych kart Destynacji w swoim mieście… lub u innego gracza! Everdell Silverfrost to gra pełna rozwiązań, za którymi czasem trzeba się trochę rozejrzeć.
Nowości mechaniczne są „okej”. Nie wiem, czy całość bez nich dużo by straciła, ale skoro są – niech będą ;) Śnieg to po prostu przeszkadzajka. Spada na rynek, pola na planszy, karty w naszych miastach i gdzie nie tylko – wyłączając je z użytku do czasu odśnieżenia (ogniem, najwyraźniej w postaci miotacza). „Duże” zwierzaki to nowa talia sojuszników, których możemy prosić o jednorazowe wsparcie. A kominy to rzadkie zasoby (dwa na grę), pozwalające wybudować kartę niemal gratis. Bajer polega na tym, że raz użyty komin daje się „reaktywować”. Jest to więc konkretna pomoc w rozbudowie, zwłaszcza w tak ciasnej ekonomii, jaką tu spotkamy.
Bo choć „opcji” jest w Silverfrost wiele, to o zasoby jest tu ciężko. Trzeba się nagłowić, żeby zbudować mocniejsze karty – i jest to piękne głowienie.
Miasto pełne zwierzątek
Cute factor w Everdell Silverfrost jest poza skalą. Gra jest piękna, karty są wydrukowane na świetnym papierze i całość sprawia wrażenie produktu premium. Kocham papcie (ok, „rakiety”), które noszą Strażnicy. Owszem, jest ta dziwaczna góra, na szczęście można ją zastąpić płaską planszetką – czego nie zrobiłem. Ostatecznie uznałem, że nawet jako ułomna góra (żetony ani znaczniki śniegu nie mają tam łatwego życia) i tak robi ona spore wrażenie. I została.
Po dopełnienie wrażeń wzrokowych ruszyłem do Cubic Robin.
CubicRobin to artystka w swoim fachu. Tam, gdzie oryginalny wydawca zaoferował jedynie mało ekscytujące żetony, Robin oferuje trójwymiarową ekstrawagancję. Zamiast kartonowej płaskości – zmysłową teksturę i kuszące wypukłości. Bo trzeba tutaj wyraźnie zaznaczyć: Everdell to ciągła manipulacja zasobami i kartami. Nie ma tury, żeby ktoś za coś nie płacił lub skądś nie pobierał surowców. No to skoro już tyle mamy majtać tymi zasobami, to niech nam to sprawia maksymalną radość, prawda?
Propozycje Robin to wielokolorowe, precyzyjnie drukowane i pełne detali cudeńka. Ale w zestawie znajdziemy nie tylko zasoby, ale też… latarnie! I tym razem, w przeciwieństwie do kartonowego pierwowzoru, naprawdę świecą! To świetny przykład tego, jak malutka dioda potrafi ożywić całą wielką górę. Na takiej latarni aż miło jest stawać, prawda?
Całości dopełniają znaczniki śniegu. W grze pełnią również funkcję punktującą – będziemy je więc zbierać. W wersji 3D mają kilka odcieni, jeśli więc ktoś jest bardzo wybredny – może zbierać tylko swój ulubiony z nich.
Czy można grać w Everdell bez komponentów 3D? Można. Można również jeść banany ze skórką. Pytanie – po co? Everdell Silverfrost to gra z gatunku „cute and cozy” – warto więc urokliwość i przytulność podkręcić do maksimum. I od tego mamy CubicRobin.



Burzowe chmury
Przy całej swojej widowiskowości, Everdell Silverfrost cierpi na mało użyteczny insert, którego z miejsca się pozbyłem, bo nie nadawał się ani do kartonowych, ani trójwymiarowych skarbów.
Rozumiem krytyków tej części, dla których ekonomia zasobów jest zbyt ciasna, a mechanizm zaśnieżania – zbyt brutalny. Owszem, z czasem odśnieżanie drożeje do 2 Ogni per 1 Śnieg. Ale nie musimy od razu usuwać całego śniegu – można to robić w miarę potrzeb. A cały usunięty puch daje nam przecież punkty. Owszem, gra jest ciasna i miejscami duszna, ale można złapać w niej rytm i z jednej akcji przechodzić do całego wachlarza działań. Tu idziemy na pole, tam budujemy kartę, ta aktywuje inną kartę i nagle obrodziło nam zasobami, jakby już były święta.
Jestem natomiast trochę rozczarowany osobistymi i publicznymi celami. Duża część z nich jest trudna do osiągnięcia na początku gry, przez co blokują rynek. Część z kolei jest podejrzanie prosta – typu 5 nieunikatowych kart w tableau czy 3 karty określonego typu. A 2-3 punkty różnicy między nimi sprawiają, że człowieka aż ciągnie do realizacji tych prostszych, ignorując te trudniejsze.

Gra jest niestety dość stołożerna i to w mało seksowny sposób. Budowa własnego tableau zawsze jest… wymagająca. Tutaj, przy 15 kartach w szczytowym momencie rozbudowy, mamy przed sobą naprawdę sporo informacji, ułożonych w niekoniecznie piękny sposób.
Ponadto, przy całym pięknie planszy i kart – a jest to piękno naprawdę rozgrzewające serce i zmysły – to centralna część planszy, Dolina, jest zwyczajnie słabo czytelna. Osiem kart leży sobie tam i pstrokaci się, ilustracje gryzą się z tłem, karty się rozjeżdżają… jest to mało powabne, jak na grę, w której czytelność i szybkość pozyskiwania informacji są kluczowe w budowaniu strategii.

Tej zimy nocujemy w Everdell
OK, wiem, że zima już mija. Gdy to piszę, za oknem jest 17 stopni Celsjusza – to może nie być idealny czas na granie w zimowe gry. Ale Everdell Silverfrost ma w sobie taką dawkę ciepła i magii, że chyba wymyka się ograniczeniom pór roku.
Przytulność i przyjazność wyzierają tu z każdego komponentu i każdej ilustracji. Gra rozgrzewa serce i dłonie, podkręcając przy tym temperaturę w naszej czaszce – bo jest tu naprawdę dużo myślenia, szukania, przeliczania, agonizowania i narzekania. Liczba różnorodnych kart jest zatrważająca, a ich kombinacje w ramach naszego tableau – i w połączeniu z kartami na Górze – to przepis na świetną, choć wymagającą zabawę.
Nie wiem, czy wsiąknę w Everdella bez końca, ze wszystkimi dodatkami i drewnianym drzewem na środku stołu. Ale Silverfrost to bez wątpienia wybitna gra, chwilowo niewymagająca dodatków. Wymaga co najwyżej lekko przygaszonego światła, świeczki o zapachu Pumpkin Spice i ciepłego kocyka, zarzuconego na zzębnięte plecy.
I może pary grubych skarpet dla uzupełnienia idyllicznego obrazka.
Everdell Silverfrost pojawi się nad Wisłą jako Everdell Srebrnoszrony, nakładem wydawnictwa Rebel.
Plusy:
+ niepowtarzalny, sielski klimat
+ cudowne, pełne ciepła ilustracje
+ wciągająca mechanika budowy tableau, pełna dobrze zaprojektowanych kart
+ duży potencjał na kombinacje, kombosy i reakcje łańcuchowe
Minusy:
– mało praktyczny insert
– niezbalansowane karty Celów, często blokujące rynek
– nieco pstrokata plansza, obniżająca czytelność rynku kart w Dolinie
– koszmar dla graczy z paraliżem decyzyjnym
Personalizowana playmata dzięki uprzejmości Playmaty.pl
Dziękujemy firmie Tycoon Games za przekazanie gry do recenzji.
Ogólna ocena
(8.5/10):









Złożoność gry
(6/10):









Oprawa wizualna
(9.5/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Bardzo dobry przedstawiciel swojego gatunku, godny polecania. Wady mało znaczące, nie przesłaniające mocno pozytywnego odbioru całości. Gra daje dużo satysfakcji.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony





























