Home / Recenzje / Gry dla graczy / Alchemicy – Co alchemicy mają za uszami?

Alchemicy – Co alchemicy mają za uszami?

AlchemicyOd premiery Alchemików już trochę czasu minęło i kilka recenzji popełniono. Między innymi pisał o nich już na naszych łamach Ink. Ja postanowiłam skoncentrować się w swoim tekście na… mankamentach. Skąd to założenie? Ano stąd, że gra zbierała same pozytywne opinie, a przecież ideałów nie ma ;) Na pewno po bliższym przyjrzeniu się wyjdą jakieś kwiatki. I o tym, co z takiego przyglądania wyszło mnie, traktuje niniejszy tekst. Nie jest więc on typową recenzją, pomijam szczegóły zasad (kto zainteresowany miał różnorakie okazje już się z nimi zaznajomić) oraz zagłębianie się w takie kwestie jak skalowalność. Ja chcę udowodnić, że genialna zagadka niekoniecznie jest grą pozbawioną wad.

Przede wszystkich chcę powiedzieć, że gdyby przyznawano planszowe nagrody Nobla, to autor Alchemików powinien takowego dostać.

Za to, co stanowi oś mechaniki gry. I nie chodzi mi tutaj o eklektyzm formy, czyli konieczność gry ze specjalną aplikacją. Spodziewam się, że coraz więcej gier będzie wymagało do pełnej i satysfakcjonującej rozgrywki udziału multimediów – takie czasy. Nobel należy się za mechanizm dedukcyjny, który jest czymś więcej niż tylko zasadą „skoro coś jest tu, to nie ma tego gdzie indziej” na której to pseudo-dedukcyjnej zasadzie oparto już trochę gier emocjonujących inaczej. Alchemicy pod tym względem wymiatają. Ale i wymagają, jak się okazało! Wydaje wam się, że z niejednego pieca chleb jedliście i niejedną instrukcję pokonaliście? Jesteście herosami świata reguł? I tak możecie polec w konfrontacji z systemem wymyślonym przez sprytnego Słowaka. Grałam w Alchemików w różnym gronie, z ludźmi, którzy łykali wiele skomplikowanych gier, ale niektórym i tak nie udało się w pełni pojąć zależności tkwiących w alchemii stworzonej na potrzeby tej gry. A osobom mającym trudności z abstrakcyjnym myśleniem – nie udało się to wcale.

Warsztat alchemika gotowy do pracy

Warsztat alchemika gotowy do pracy

Alchemicy są zdecydowanie grą nie dla wszystkich.

I nie tylko zdolność zrozumienia zasad stoi tu na przeszkodzie, ale także stopień zaangażowania szarych komórek, gdy wszystko już  pojmiemy. Praca, jaką wykonuje nasz mózg w trakcie rozgrywki bywa męcząca. Aczkolwiek, bez zbędnej skromności zauważę, że mnie osobiście ten sposób kombinowania bardzo, ale to bardzo przypadł do gustu i przy Alchemikach wręcz… odpoczywam. Dla odmiany tracę dużo energii przy grach z wieloma wyborami (ostatnio Troyes z dodatkiem – przecież ja tam wszystko muszę zrobić naraz!) No dobrze, a jeśli już z zadowoleniem zasiedliśmy do planszy, raz, drugi i kolejny. Co nas czeka? Czy wciąż te same powtarzalne sekwencje ruchów, czy jednak elastyczność strategii, ciekawe wybory, różne źródła punktów?

Gdyby gra polegała na samej tylko dedukcji, byłaby poniekąd grą szczęścia.

Bo oto mamy 8 alchemicznych składników, m.in. jakiś korzeń, jakąś roślinkę, jakiś kwiatek, jakieś piórko, ropuchę (jakąś) itd. W sumie – składniki na średnio smaczna zupę ;) I każdy z tych składników ma swój wzór chemiczny, uproszczony, bo składający się jedynie z trzech kulek. Tylko że te kulki mogą być różnych kolorów (do wyboru są trzy), różnych wielkości (duża / mała) i różnych znaków (+ / -). 8 wzorów jest graczom znanych jako ogólna pula, natomiast ich przydział w każdej rozgrywce do poszczególnych składników już nie. (Przydziałem tym zajmuje się właśnie aplikacja). Gracze dowiadują się stopniowo o kolorach, wielkości i znaku kółek we wzorach różnych składników, skrupulatnie notują wyniki eksperymentów w notesie alchemika i starają się dociec, który wzór został przypisany do którego składnika. Kwestia szczęścia polega na tym, że nawet wykonując wiele eksperymentów (nad których regułami nie będę się tutaj rozwodzić) możemy pechowo trafiać na powtarzające się wyniki i dublować posiadane już informacje, podczas gdy przeciwnik co rusz może skrobać w notesie nowe wnioski. Gdyby więc ograniczyć grę do eksperymentów, Alchemicy byliby fajną zagadką, ale nie byliby fajną grą.

Tymczasem Alchemicy są konglomeratem kilku części osnutych wokół głównej osi, jaką stanowi alchemiczna dedukcja.

Gracze konkurują na planszy o składniki do eksperymentów, o artefakty ułatwiające różne poczynania, o pieniążki, bez których nie można wiele zdziałać, o pomocników zapewniających mocne bonusy i przede wszystkim starają się wyniki swoich alchemicznych mieszanin przekuć na głoszenie teorii i zyskiwanie reputacji w środowisku ludzi chodzących w śmiesznych kapeluszach.

Na logikę rzecz biorąc, najwięcej punktów możemy zyskać na tych ostatnich, czyli na głoszeniu teorii. Teorie to nasze przypuszczenia (lub wręcz pewność, zależy od informacji w naszym notesie) co do wzorów danych składników. Przecież o to w grze chodzi – o odgadnięcie, który wzór został przydzielony któremu składnikowi. Ale ciężar zdobywania punktów rozkłada się też dosyć mocno na punktowane artefakty i punktowane stypendia. Możemy więc nie mieć szczęścia w dedukcji, ale w zamian posiadać środki do ciułania punkcików bocznymi torami.

I niby wszystko byłoby w porządku, różne możliwości zdobywania punktów rekompensowałyby braki w zakresie wiele-wnoszących wyników eksperymentów przy równoczesnym zachowaniu środka ciężkości na poprawnych teoriach (wartych najwięcej punktów), gdyby nie drobne minusy. Czyli jednak Alchemicy mają COŚ za uszami!

ARTEFAKTY

Nie jest prawdą, a przynajmniej ja nie mam takich doświadczeń, aby zakup artefaktu na początku gry był niezbędny do uzyskania dobrego wyniku na koniec gry. Potrafiłam wygrać posiadając jeden późniejszy artefakt i to nie z tych najsilniejszych. Ale potrafił też wygrać kolega, który inwestował co rusz w nowe artefakty (co przy mocno ograniczonej puli artefaktów oznacza, że przeciwnicy mu po prostu na to pozwolili), łącznie z takim skarbem, który na koniec punktował same artefakty. Czyli stworzył sobie taki mały kombosik nie troszcząc się zbytnio o teorie i wzory. I nawet, jeśli pozostali gracze konsekwentnie realizowali inne założenia, to amator artefaktów wygrał.

TEORIE

Strategii na artefakty sprzyjają reguły rządzące ogłaszaniem teorii, które są na tyle restrykcyjne, że czasem nawet mając pewność co do jakiegoś wzoru nie możemy go ogłosić, gdyż albo wzór jest już zajęty (jego żeton leży błędnie przy innym składniku), albo zajęty jest składnik (leży przy nim błędny wzór). Bardzo trudno jest także zmienić swoje zdanie co do prawidłowości teorii, czy obstawić teorię inną pieczęcią (pieczęcie działają poniekąd jak zakłady, są te bardziej i te mniej wartościowe). Oczywiście można niepoprawne teorie obalać, ale nie jest to proste (w wariancie bardziej zaawansowanym bywa czasem wręcz niemożliwe), czas ucieka, znaczników akcji mało, a czasem wręcz takim obaleniem sami na siebie ukręcimy bicz, jeśli przy teorii mieliśmy swoją pieczątkę… Zagmatwana sprawa, oj zagmatwana. Jednym słowem, zdarzają się klincze, które powodują, że nawet mając wiedzę nie możemy na niej zarobić punktów.

STYPENDIA

A tymczasem ktoś inny punktuje sobie stypendia. Walka o stypendia jest trochę nie fair. Płytki zapewniające punkty i pieniądze zdobywa ten, kto ogłosił konkretny zestaw teorii (np. ogłosiłam wzory dla żaby, kwiatka i piórka). Problem w tym, że teorie te nie muszą być prawidłowe. Muszą po prostu BYĆ. Można więc usiać planszę teorii bzdurami wyssanymi z palca, pozbierać stypendia, a na dodatek doładować konto punktowe bonusem, który na koniec rundy przyznawany jest graczowi o największej liczbie teorii. Taki gracz, co prawda, odpuszcza sobie w konsekwencji punkty z prawidłowych teorii, ale też bardzo utrudnia ogłaszanie ich innym (poprzez zajmowanie składników i wzorów) i może nawet wygrać! Dość powiedzieć, że i ja raz tak właśnie wygrałam. Zupełnie pominęłam dochodzenie do prawdy, podczas gdy kolega mozolnie eksperymentował, mieszał w swoim kociołku śmierdzące wywary i mógł sobie uzyskaną wiedzą wytapetować co najwyżej ścianę nad łóżkiem.

KWESTIA PIENIĘDZY

Pieniądze w grze potrzebne są do dwóch rzeczy: zakupu artefaktów i głoszenia (lub popierania już ogłoszonych) teorii. Gracze pragnący realizować swoje cele w tych dwóch aspektach są mamieni wizją sporego zysku w akcji sprzedaży mikstur. Jest to wyjątkowa akcja, która regulują zupełnie inne zasady niż pozostałe pola. O ile wszędzie indziej gracze rywalizują co najwyżej o pierwszeństwo wykonywania akcji ze świadomym i wyliczalnym ryzykiem jej ewentualnego niewykonania (np. na planszy zostały tylko 2 artefakty, a ja ustawiam się po nie jako ostatnia w kolejce licząc, że gracze przede mną zrezygnują z akcji), o tyle przy akcji sprzedaży zdarzyć się może wszystko. Nawkładano do niej bowiem i licytację i duże koszty i niepewne wyniki, że suma summarum, w naszych rozgrywkach na akcję reflektował co rundę tylko jeden gracz i to gracz pierwszy w kolejności (gracze deklarują akcje, jakie chcą wykonać w kolejności odwrotnej do kolejności rozgrywania, więc pierwszy gracz deklaruje je jako ostatni i ma już ogląd sytuacji na planszy). Po prostu nikomu nie opłacało się ryzykować aż 2 znaczników na niepewną akcję. Ogólnie rzecz biorąc, jaki by cel autorom nie przyświecał, sprzedaż kuleje i sprawia wrażenie mocno i niepotrzebnie przekombinowanej. W konsekwencji, zbieraliśmy mniej, ale pewniejszych pieniążków z innych źródeł.

Podsumowując

Więcej grzeszków w Alchemikach (na szczęście) nie znalazłam. Czy są to wady przysłaniające pozytywne walory rozgrywki? Dla niektórych moich współgraczy – bardzo. Denerwowała ich przede wszystkim niemożność przekucia wiedzy na punkty wynikająca ze wspomnianych komplikacji z głoszeniem i obalaniem teorii. Frustrowała sytuacja, gdy gracz niezainteresowany prawdziwymi teoriami publikował byle co, byle publikować i zbijał na tym punkty. Irytowała loteria przy akcji sprzedaży.

Czy przeszkadzało to mnie? Nie aż tak bardzo jak im. Jestem na tyle zauroczona głównym pomysłem na tę grę, podekscytowana robieniem eksperymentów i wyciąganiem z nich wniosków, że cała reszta jest dla mnie mniej ważna. Mniej ważna, ale nie niewidoczna. Przekombinowanie pewnych elementów daje się mocno odczuć. Gdy spojrzymy na to przepiękne pudełko z przecudną dla oka zawartością jak na grę o wielu strategiach, to faktycznie niektóre z nich obarczone są błędami. I tych błędów młodemu debiutującemu Słowakowi nie podaruję. Choćby dlatego, aby kolejna jego gra była ich pozbawiona i oparta już li tylko na czystym geniuszu pokroju Alchemicznej alchemii :)

Mój odpoczynek...

Mój odpoczynek…

Ogólna ocena (7.5/10):

Złożoność gry (7/10):

Oprawa wizualna (10/10):

Dziękujemy firmie Rebel.pl za przekazanie gry do recenzji.


3 komentarze

  1. Jak zwykle bardzo interesująco, Veridiano, dzięki!

  2. Świetna analiza, czekałem na coś takiego ;).

  3. Wow, dzięki. Bardzo interesujący wpis:)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*