Home / Wiadomości / Cotygodnik Redakcyjny GF nr 11/17, czyli ten na dobranoc

Cotygodnik Redakcyjny GF nr 11/17, czyli ten na dobranoc


Jak mówi stare przysłowie: „lepiej późno niż wcale”. Tak więc w końcu, po licznych perypetiach i ciężkim dniu pracy, o godzinie 23.45 publikujemy wtorkowy Cotygodnik. Tylko tym razem do poczytania nie przy porannej kawie, ale do później kolacji lub nawet do poduszki. Życzymy miłej lektury i … kolorowych snów :)

Pingwin

 Imhotep. Nie będę opisywać zasad bo raptem tydzień temu Łukasz opisywał je w swojej recenzji. Bardzo przyjemne rodzinne euro. Nie wiedzieć czemu byłam przekonana, że to prawdziwy mózgożer i do tego w odpowiednich klimatach. A okazał się nieskomplikowanym eurosucharkiem – ale za to bardzo ładnie wydanym. Ach, te kosteczki. Nie, to nie kosteczki. To kostki. Kościska! Są takie duże zapewne dlatego, że inaczej trudno byłoby je układać jedne na drugich :) Tak czy owak – przyjemność obcowania z komponentami jest duża. Mechanika też jest niczego sobie – odwieczny dylemat: wstawić się do łodzi czy poświęcić swoją akcję na dopłynięcie (skorzystają na tym inni, ale to ja będę w plecy o jedną akcję). Dopłynąć tam gdzie dla mnie dobrze, czy tam, gdzie źle będzie przeciwnikowi. Prawdziwe dylematy w rewelacyjny sposób napędzające rozgrywkę. Nie ma w niej może nic takiego, co by zachwyciło, co by wywołało takie wielkie „WOW” – ale z drugiej strony wszystko działa sprawnie, jest nad czym pomyśleć, gra jest bardzo, ale to bardzo ładna. W zasadzie nic, tylko brać i grać :)

Slide Blast. Rodzinna ślizgawka. Trochę przypomina mi Labyrinth: path of the destiny. Tak samo jak tam mamy hexy i ścieżki na nich. Tylko tutaj budujemy zjeżdżalnię i chodzi nam o to, by nasza była najdłuższa. W trakcie gry będziemy czasem dociągać kafelki specjalne, ale to co jest ważne – zdarzy się też tak, że będziemy mogli pomóc przeciwnikowi. I to też się opłaca, bo płaci on żetonami, które – im więcej ich mamy, tym więcej (wykładniczo) przyniosą nam punktów. Jest więc nie tylko wyścig, ale też pozytywna interakcja. We dwie osoby dość drętwo, bo każdy zjeżdża sobie. W 6 powinna być szansa na masę interakcji, więc ważne kto komu pomaga i jak się na tym bogaci. Mnie nie zauroczyła, ale może być ciekawą propozycją dla niezaawansowanych rodzin.

Capital Lux. Gra, w której albo dokładamy agentów do stolicy, albo do własnego miasta. Agentów mamy 4 rodzaje – kiedy dokładamy do stolicy wykonujemy związane z nimi efekty np. dobieramy kartę, zmieniamy limity, przekładamy jakąś kartę ze stolicy na naszego miasta. Gdy dokładamy do miasta – po prostu ich tam gromadzimy. Sztuka w tym, by wartość agentów danego koloru w naszym mieście była wyższa od wartości innych graczy, ale nie przekraczała wartości agentów w stolicy – jeśli bowiem ją przekroczy – stracimy ich wszystkich. A tego nie chcemy, gdyż celem jest uzbieranie jak najwięcej agentów w swoim mieście. Gra wymagająca nie tylko pomyślunku i stargegii ale też wiecznego przeliczania – ile ja mam, ile ty masz, ile jest w mieście, kto z nas ma najwięcej… i choć idea jest przednia, to ten aspekt zdecydowanie mi się nie podoba.

Ginet

Ja w ostatnich tygodniach odświeżyłem lekkie, sprawdzone tytuły, które w nawale nowości uległy chwilowemu zapomnieniu.

Na początku na stół zawitało Takenoko. Ganianie misiem panda i ogrodnikiem po układanej w międzyczasie kafelkowej planszy oraz sadzenie i zjadanie bambusów, po to żeby wykonać określone zadania wyznaczone przez cesarza, wciąż wydaje mi się mega przyjemne. Ostatnio odważyłem się nawet na partię z 6-letnim synem i, mimo że początkowo nie do końca potrafił sobie obrać celów lub wytyczyć drogi do ich realizacji, to mechanikę załapał całkiem szybko, a i sama rozgrywka sprawiła nam obojgu bardzo dużo radości.

Takeneko ma wszystko co powinno charakteryzować dobrą grę rodzinną – wspaniałe wykonanie, przystępne zasady, ciekawą mechanikę, niemałą decyzyjność i losowość która wyrównuje nieco poziom wynikający z różnego wieku i doświadczenia graczy.

Podobnie zresztą można scharakteryzować CVlizacje. Gra, która nie ma w sobie za grosz klimatu gry cywilizacyjnej, posiada za to całe pokłady humoru, tryskającego z głównie z grafik Piotra Sochy. Tytuł ten oparty jest głównie na blefie i przewidywaniu ruchów przeciwników, ale można też w nim wypróbować kilka ścieżek związanych z właściwościami zakupywanych kart. W rozegranej ostatnio partii ja postawiłem np. na wykup kart ze zdolnościami pozwalającymi na pomniejszanie o 1 surowiec koszt zakupu kolejnych kart określonych technologii. Takie rozwiązanie pozwoliło mi zaoszczędzić w trakcie partii całkiem sporą liczbę surowców, a w konsekwencji podczas ostatniej ery zainwestować w najdroższe ale też dobrze punktujące kart.

W CVlizacje grałem tym razem w składzie czteroosobowym i wydaje mi się, że to jest wariant najlepiej pokazujący możliwości i niuanse gry.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

New Frontiers – o granicach, które nowe były kilkanaście lat temu

Nie wiem jak zacząć. Po prostu nie wiem. Dla kogo ma być ta recenzja? New Frontiers to gra, której genealogia jest pokręcona jak rodzinne zażyłości połowy bohaterów netfliksowego serialu Dark. Wspominać o Perto Rico? Mam zapomnieć, że mój licznik rozegranych partii w Race for the Galaxy przekroczył niedawno okrąglutki tysiąc? Odnoszę wrażenie, że to szczegół, który może mieć leciutki wpływ na moją perspektywę.