Home / Recenzje / Escape Room / Wyjście Awaryjne: Nautilus – podwodna przygoda

Wyjście Awaryjne: Nautilus – podwodna przygoda Recenzja

Któż z nas nie czytał 20.000 mil podmorskiej żeglugi Juliusza Verne’a? Kto nie marzył o tym, by znaleźć się na pokładzie Nautilusa?  A tak przy okazji – wiecie, że 20.000 mil podmorskiej żeglugi to nie jedyna książka w której możecie spotkać Kapitana Nemo?

Wracając do naszych baranów: Jeśli postanowicie odwiedzić Wyjście Awaryjne na warszawskim Mordorze (jak trafić czytaj tutaj) to macie szansę wraz z Kapitanem Nemo pójść na dno…. 60 minut zanim skończy się powietrze. Czy zdążycie dotrzeć do kapsuły ratunkowej?

Wyjście Awaryjne

Pingwin

Pingwin: Na dzień dzisiejszy w warszawskim Wyjściu Awaryjnym są dostępne cztery pokoje: W cieniu piramid, Nautilus: podmorska przygoda, Legenda miecza oraz Cela nr 4. Ta ostatnia występuje w dwóch wariantach: jako zwykły pokój (2-5 graczy, choć optimum, które ja polecam to raczej 4) oraz wyścig, w którym dwa zespoły rywalizują ze sobą – nie tylko kto pierwszy wyjdzie z celi. Cały smaczek polega na tym, że można sobie wzajemnie podkładać świnki i opóźniać postęp przeciwników – zdecydowanie polecam graczom zaawansowanym. Ja swojego czasu byłam w Celi jako gość mojej córki (prezent urodzinowy) i wcale nie był nam łatwo się wydostać, a nikt nam przy tym świń nie podkładał.

Skoro już rozpisałałam się o tym, co można zakosztować w Wyjściu Awaryjnym, to wspomnę jeszcze o Piramidach (W cieniu piramid) – to najnowszy pokój i rzeczywiście czuć to. Ani jednej kłódki. Mega klimat. I jest to coś, to „wow”, co zaskakuje. I choć sam pokój wydawał mi się niespecjalnie trudny (a nawet łatwiejszy niż Cela nr 4) to jednak – paradoksalnie – zabrakło nam czasu i wyszliśmy z cienia piramid odrobinę po czasie.

Ale wracając do naszych baranów. Dziś opowiemy wam o tym, co może was spotkać na pokładzie Nautilusa, na dnie oceanu….

Nautilus: podmorska przygoda

Pingwin

Pingwin: Nautilus to pokój, który mnie zaskoczył. Spodziewałam się mniej klimatu niż w Legendzie Miecza. Choć wszystkie pokoje Wyjścia Awaryjnego stoją mega wysoko, bo na pierwszych miejscach w rankingu Lockme.pl (to taka strona, na której można sobie poczytać o wszystkich Escape Roomach w naszej miejscowości oraz przejrzeć recenzje użytkowników, a nawet zarezerwować wybrany pokoj), to jednak Legenda Miecza stoi wyżej i w wielu recenzjach przewija się motyw, że jest ona lepsza niż Nautilus. Otóz – ja, proszę państwa, jestem innego zdania. Legenda Miecza bylą super. Same wyżyny. Ale Nautilus podobał mi się jeszcze bardziej.

Przede wszystkim nie ma tu wielu kłódek. Czuć postęp – większość zagadek polegała już na czymś innym niż na znalezieniu kodu do kłódki. Druga rzecz, która rzucila mnie na kolana, a którą bardzo cenię w Escape Roomach – to konieczność współpracy.

I tu mała dygresja

W zasadzie w każdym Escape Roomie współpraca jest wymagana. Przede wszystkim wiele z nich jest nieliniowych, a to oznacza, że ktos z was może skupić się na jednym zadaniu, podczas gdy ktoś inny rozwiązuje inny problem. Jest to zdecydowana oszczędność czasu – a przecież o ten czas chodzi. To nie jest planszówka, w ktorej decydujecie się przejść wszystko od A do Z kosztem czasu. Tu się liczy wynik. Podział zadań jest jak najbardziej wskazany.Można je zrobić solo, ale jak się podzielicie będzie szybciej.

Ale są też takie zagadki, których nijak nie uda się przejść w pojedynkę. Przedsmak tego mieliśmy już w Legendzie Miecza. Może tam na upartego dałoby się zrobić to w pojedynkę, ale zdedydowanie było to zadanie dedykowane na dwie osoby. W Nautilusie – żebyście pękli, nie dokonacie tego sami. I to nie o jedną zagadkę tutaj chodzi.

I za to właśnie kochamy Escape Roomy

Współpraca to podstawa. Dzięki ER i współpracy na którą – chcąc nie chcąc – jesteśmy skazani, zacieśniają się relacje, ćwiczą szare komórki, nasze ciało musi wykonywać dziesiątki skomplikowanych czynności (przysiad, skłon, nadepnięcie – niekoniecznie komuś na stopę ;)) – może brzmi zabawnie, ale to jednak zupełnie inny wymiar niż podjechać do centrum miasta i usiąść za stołkiem barowym zamawiając piwo. Nawet co innego jak usiąść za stołem, rozłożyć planszówkę i zadeklarować: wchodzę do podziemi ;)

Daria Chibner

DariaNautilus jest zdecydowanie trudniejszym pokojem, niż Legenda Miecza. Chociaż dziwaczne, podmorskie żeglugi nie są moim ulubionym „settingiem”, to od samego początku wsiąknęłam w klimat. Naprawdę poczułam się tak, jakbym rzeczywiście utknęła we wnętrzu łodzi podwodnej ;) Do wielkich plusów należy zaliczyć mniejszą liniowość całej przygody. Owszem w pewnym momencie nie ruszymy z miejsca, jeśli nie znajdziemy lub nie odgadniemy wszystkich potrzebnych elementów, ale na początku właściwie możemy zacząć….od czego tylko dusza zapragnie. Najważniejsze jednak, że w Nautilisie liczy się przede wszystkim praca szarych komórek. Nie jest to ten typ pokoju, gdzie coś tam powciskamy, coś tam powkładamy i jakoś to będzie. Recepta na wyjście jest prosta – trzeba się napracować ;). Fantastycznie, że postawiono nacisk na logikę, a nie tylko na spostrzegawczość bądź zbieractwo. Umysł się liczy, a nie dobre oko. Same zagadki były nie tylko trudne, lecz także różnorodne i świetnie przygotowane. Aż człowiek może się zdziwić, jak niewiele mu brakuje do dobrej odpowiedzi. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie – matematycy, humaniści, a nawet… artyści obdarzeni specjalnym talentem (niestety nic więcej zdradzić już nie mogę). Niemniej najbardziej przypadły mi do gustu te miejsca Nautilisua, których pokonanie wymagało od nas kooperacji. A zatem nikt nie mógł narzekać na nudę, kiedy wszyscy musieli skoncentrować się na poszukiwaniu oraz wykonaniu rozwiązania. Tylko jeden fragment rozgrywki nie za bardzo przypadł mi do gustu – tak ten, który wymagał wprawnego oka. To, co mieliśmy zobaczyć było zbyt niewyraźne, aby w pełni mogło cieszyć miłośników zagadek. Jednak nie jest to nawet wada, ale drobny minusik, toteż nawet nie ważcie się zniechęcać! Nautilus to fenomenalny pokój, który powinien odwiedzić każdy miłośnik escape roomów. W tym przypadku zawód nie jest nawet jedną z opcji ;).

Kashya

Kashya: Po pokonaniu pierwszego escape roomu (Legendy Miecza) przyszła pora na Nautilusa. Tym razem mając w pamięci pieczołowicie przygotowany poprzedni pokój, nie byłam aż tak zaskoczona tym, co znalazło się w środku. A wystrój jest oszałamiający, ściany, podłogi, rekwizyty wszystko tu do siebie pasuje, a momentami bezpośrednio nawiązuje do książek Juliusza Verne’a. Znów świetnie dopasowana oprawa dźwiękowa wprowadzała nas w klimat podmorskich głębin.

W pierwszym momencie lataliśmy od miejsca do miejsca szukając punktu zaczepienia. Gdy udało się ruszyć z miejsca, wszystko potoczyło się bez większych przestojów spowodowanych sytuacją, w której nie wiadomo co robić. Ponownie mamy do czynienia z łamigłówkami raczej liniowymi, w których jedna prowadzi do drugiej. Pomieszczenia są wystarczająco obszerne i tylko przy jednej zagadce pod koniec stałam sobie z boku, bo zabrakło miejsca, żebyśmy wszyscy stanęli obok siebie.

Tym razem było zdecydowanie mniej kłódek, a więcej różnorakich mechanizmów i zadań. Nautilus wymaga konkretnej pracy zespołowej. Będą momenty, w których wszyscy gorączkowo szukają rozwiązania, albo sprawdzają kilka rzeczy naraz, krzycząc do siebie przez całą długość pokoju. W ogóle zadziwiające jest jak wiele różnych zdolności posiadają gracze. Nie mam zwykle problemu z łamigłówkami matematycznymi czy pamięciowymi, ale dajcie mi jakiś problem wykorzystujący wyobraźnię przestrzenną i mogę siedzieć nad nim do przyszłego roku. Na szczęście nasi redaktorzy świetnie się uzupełniali. Jedna z zagadek prawdopodobnie zatrzymałaby nas na długo, ale okazało się, że Pingwin posiada pewną bardzo przydatną w tym pokoju umiejętność. Pokój skończyliśmy (z jedną podpowiedzią, bo przeoczyliśmy bardzo prostą rzecz) 8 minut przed czasem.

Muszę przyznać, że w Legendzie Miecza bawiłam się ciut lepiej. Bynajmniej nie dlatego, że Nautilus jest źle przygotowany. Wręcz przeciwnie! Świetne, różnorodne zagadki i wspaniały wystrój stanęły na wysokości zadania. Zagadki były trudniejsze i chyba bardziej mi się podobały, ale na moją ocenę miał wpływ przede wszystkim klimat. Jest więc to całkowicie subiektywna opinia.  Nic na to nie poradzę, że średniowiecze i fantastyka pociągają mnie o wiele bardziej niż łodzie podwodne.

Marek: Klimat wylewa się strumieniami z przerdzewiałych ścian i miażdży niczym ciśnienie w głębinach rowu mariańskiego. Człowiek jest zdezorientowany, bo na początku w ogóle nie wie, co ma zrobić. Ale powoli wszystko zaczyna układać się w jedną, spójną całość. Zagadki może nie stanowiły wielkiego wyzwania, ale za to były zróżnicowane. Najwięcej emocji wzbudzały w nas chyba te z nich, które wymagały wspólnego zaangażowania wszystkich uczestników. I właśnie takich zagadek powinno być w escape roomach jak najwięcej, ponieważ nie ma problemu z tym, że jeden z uczestników będzie albo za bardzo polegał na „pracy” innych, albo po prostu będzie się nudził z braku zajęcia. Do plusów pokoju należy zaliczyć także profesjonalną oprawę audiowizualną zarówno budującą klimat, jak i stosowne napięcie. Czas spędzony w Nautilusie był nie tylko świetną zabawą, lecz także satysfakcjonującym wyzwaniem dla mózgu. Na koniec mogę powiedzieć tylko jedno – polecam, polecam i jeszcze raz polecam!

I znowu nam się udało! 8 minut przed czasem :)

Dziękujemy firmie Wyjście Awaryjne za zaproszenie. Wasze pokoje są super. Do zobaczenia w kwietniu!

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Encyklopedia statków Star Trek po raz drugi

Pierwszy tom omawiał jednostki z seriali Enterprise, Discovery oraz TOS (The Original Series). W obecnym tomie drugim znalazły się  opisy statków Gwiezdnej Floty z czasów ST:TNG (Następne Pokolenie), ST:DS9 (Deep Space Nine) oraz Voyager. Wszystkie zaprezentowane statki pojawiły się (choćby tylko na moment) w jednym z seriali telewizyjnych lub filmów Star Trek. Wszystkie pochodzą z głównej linii czasowej - nie ma jednostek, które można ujrzeć w filmach nakręconych po 2009 r., nie ma też statków, które wystąpiły jedynie w książkach, grach, kalendarzach albo w serialu animowanym, ani tych, które zostały jedynie  przelotnie wspomniane w dialogach bądź mignęły jako grafiki na ekranach komputerów.