Millennia: Tracks Of Time od Karma Games.
Co wychodzi z połączenia Cywilizacji: Poprzez Wieki z Rzuć Na Tacę? Jeśli nigdy nie myśleliście o takiej hybrydzie – doskonale Was rozumiem. I z tym większym zaciekawieniem rzuciłem się w świat Millennia: Tracks Of Time; gry, która porywa się na trudny temat i dowozi go bez kropli potu. OK, potu trochę w tej recenzji będzie – ale będzie to ten dobry, mózgowy pot, którego wszyscy czasem pożądamy. Zapraszam Was do świata torów, symboli i nieubłagalnie upływającego czasu!
Lekcja planszowej historii
Cywilizacyjne gry to zwykle niezłe molochy. Pełne zasad, bogate w talie kart i znaczniki zasobów, najczęściej długie i nieco mozolne. Twilight Imperium, Cywilizacja: Poprzez Wieki, Terra Mystica czy ostatnio Civolution to dobre przykłady. Jeśli więc komuś marzy się prowadzenie własnej cywilizacji przez historię – musi przygotować się na sporą inwestycję czasu i cierpliwości.
A gdyby tak istniała alternatywa? Gdyby dało się w ~45 minut na gracza przejść od udomowienia zwierząt i metalurgii aż do pływających miast, baz na Księżycu i dronów?
Millennia: Tracks Of Time zabiera nas w taką właśnie, nieco zabstraktowaną podróż. Od 1 do 4 graczy może tu sprawdzić, jak zdobycze technologii i imponujące budynki stawiają opór kolejnym wiekom – i jak pozwalają cywilizacji trwać, rozwijać się… i zdobywać punkty. Nie mogę zagwarantować, że będzie to podróż silnie zabarwiona tematycznie, ale obiecuję, że na tej lekcji historii nie będzie nudy.
Karty, tory i kłódki
Niech Was nie zwiedzie marketing i narzekania dyletantów. Millennia: Tracks Of Time to przede wszystkim combogenna zabawa w podróż po siedmiu torach – na przestrzeni ośmiu epok.
Epoki znakować będą zmieniające się karty technologii, budynków oraz cudów, które możemy wznieść. W praktyce – będziemy draftować te pierwsze, by wykorzystać przedstawione na nich symbole do przesuwania się po torach i uruchamiania rozmaitych akcji i efektów. Można o kartach pomyśleć jako pewnego rodzaju surowcach, o ograniczonej dacie przydatności do spożycia. Technologie i budynki „trwają” przy nas zwykle od jednej do trzech epok. Potem należy je czule pożegnać i otworzyć drzwi przed nowościami.
Oczywiście te mityczne „tory” są usłane bonusami – mieszanką stałych i randomizowanych – i prowadzą niezmiennie do punktowania. W najlepszym możliwym wydaniu. Nie ma prostych decyzji. Surowców zawsze jest za mało. Tory są zbyt kuszące. Bonusy na wyciągnięcie ręki – ale również dla przeciwników. Wizja totalnej wygranej wciąż majaczy na horyzoncie, potykamy się jednak o trywialną codzienność. Technologie przemijają. Przychody maleją. Wciąż czegoś nam brak, ale też wciąż czujemy, że w kolejnej rundzie to zdobędziemy.
Ciekawie zresztą rozwiązane są przychody. Zależą m.in. od rzędów, z których draftujemy technologie. Ten najbardziej wartościowy jest jednak zablokowany – wymaga pozyskania specjalnej karty z kłódką. Czy tej karty akurat potrzebujemy? Czy jesteśmy gotowi poświęcić jedną z czterech akcji na jej zdobycie? I czy 5 monet jest ważniejsze niż jakaś inna akcja?
Słodkie, och słodkie są to rozkminy. A do końca gry czeka ich nas… najmarniej ze 32!
Niezwykłe cuda, zwykłe budowle
Wspomagającą funkcję pełnią w Millennia budynki i cuda. Te ostatnie będą źródłem punktów na koniec gry – o ile spełnimy warunek. Ten najczęściej dotyczy rozwoju na określonych torach lub ich kombinacji. Na cuda możemy zresztą polować z lekkim wyprzedzeniem: w każdej epoce możemy podejrzeć, które z nich pojawią się w kolejnej.
Budynki to natomiast tapowalne i ciągłe wzmocnienia. Tu podwoją przesunięcie na torze, tam zapunktują za aktualną pozycję na jednym z nich lub zapewnią inny benefit.
W gąszczu cywilizacyjnych dylematów, te karty działają jak latarnie morskie. Kierunkują naszą podróż, wyznaczają krótkie i dalekie cele, utrzymując nas na powierzchni dzięki odpalanym co epokę boostom. Nie mam głowy, by policzyć ile jest tu kombinacji i możliwości. Dość wiedzieć, że w żadnej rozgrywce nie zobaczymy wszystkich kart. Ich sytuacyjność sprawia, że w każdej partii odkryjemy je na nowo.
Millennia: Tracks Of Time może sprawiać wrażenie pstrokatej, przepełnionej symbolami kadzi. To jednak prawdziwy róg obfitości – a każdy symbol, każdy bonus i każdy żeton na planszy to dla nas kolejna opcja, kolejna trampolina, sprężynująca nas ku prowadzeniu. Nawigowanie po tej mapie jest niesamowicie przyjemne. Bo dzięki prostym zasadom jedyne, na czym musimy się skupić, to szukanie najoptymalniejszej dla siebie drogi.
Nauka, kmiocie, nauka!
Zgromadzone technologie możemy spożytkować w dole planszy, by wyczarować trochę punktów i funduszy. Możemy tu zdobyć technologię-jokera, albo odblokować jedno z pasywnych wzmocnień. Te, niestety, nie zawsze są ekscytujące, a część z nich jest po prostu nieopłacalna – zdobycie jest droższe niż ewentualny benefit. Myślę, że można pozwolić sobie na home rule i nie wybierać ich całkiem losowo tylko tak, żeby faktycznie chciało się o nie zabiegać – bo nie są tanie.
Na szczęście, są też nieco tańsze karty Dyplomacji, które umożliwiają silne, mniej sytuacyjne skoki naprzód. Różnorodność akcji jest spora, a same karty da się zdobyć na torach – lub za dwie technologie.
Millennia: Tracks Of Time pełne jest ciekawych rozwiązań, które jeszcze bardziej wciągają nas w to wielotorowe szaleństwo. Część z nich to hopki, dające nam rozpęd – część to śpiący policjanci upewniający się, że za bardzo się nie rozpędzimy. Nawet sam przebieg rundy jest skonstruowany tak, by sekwencjonować nasze starania. Np. ruch po torze Dobrobytu odbywa się (nie licząc bonusów) dzięki posiadaniu określonych par technologii. I te pary sprawdzane są po drafcie… ale zanim możemy kupić uniwersalną kartę technologii i się nią podeprzeć.
Przebieg rundy jest sam w sobie świetny, gdzie na końcu rozpatruje się dopiero konflikt militarny. To jedyny tor, na którym będziemy bowiem podliczać pozycje i cofnać wszystkich w lewo, zgodnie z bardzo skomplikowanymi wyliczeniami.
I tu pojawia się najdziwniejszy aspekt gry. Bo z jakiegoś powodu autorzy i developerzy gry uznali, że akurat fazę akcji – tę, w której „wydajemy” technologie na progres po torach – warto byłoby rozegrać… symultanicznie.
Pomińmy nawet ściganie się po żetony bonusów czy dopasowanie swoich działań do ruchów innych graczy. Mówimy tu przede wszystkim o torze militarnym, który może być źródłem miażdżącej przewagi punktowej. Dobrze ustawieni, w kolejnej rundzie możemy zamienić go w maszynkę do punktów. Ale inni mogą nasze starania kontrować na bieżąco. Sytuacja jest więc patowa. Nikt nie chce się ruszyć pierwszy. Każdy chce być ostatni i zachować możliwość manewru do samego końca.
Jak niby ma tu zadziałać symultaniczność, szczególnie przy 3 czy 4 graczach?


Tory i tableau
Pomijając dość dziwną i raczej domyślnie homerulowaną zasadę symultaniczności, Millennia: Tracks Of Time to produkt wysokiej rangi. Rotujące, tymczasowe tableau kart, które zazębiają się między sobą w różnych epokach – to rzecz mistrzowska. Pozostajemy w ciągłym ruchu, wciąż poszukując nowych technologii, wciąż patrząc raczej w przyszłość, niż przeszłość. Kombotastyczne skakanie po torach to wysokoprężny silnik tej gry. I często miałem wrażenie, że torów powinno być jeszcze więcej, WINCY TORÓW, DAJCIE MI WIENCY! Bo tak przyjemnie jest tu przeskakiwać, zdobywać, odblokowywać, punktować… Jest to świetnie, świetnie zrobiona torowa epopeja, jaka nie ma żadnego odpowiednika w znanych mi grach. Może ktoś, kto ograł już np. wykreślanego Twilighta czy gry typu The Anarchy powie, jak się mają tamte torowe pingpongi do Millennia?
Oczywiście, nie jest to gra bez wad. Jest relatywnie długa, a nasza sprawczość – cztery znaczniki na turę – nie zwiększa się z czasem. Wkrada się więc pewna powtarzalność, a przy 3 lub 4 graczach – silna ciasnota na akcjach specjalnych (. Pojawia się problem z rotacją pierwszego gracza. Znacznik można zdobyć, draftując konkretną kartę – jedną na epokę. To znaczy, że pierwszy gracz może bez wysiłku pozostać pierwszym nawet i przez całą grę, jeśli tak zechce. I tak np. może łatwiej przesuwać się na torze Dobrobytu, odbierając innym szansę na draft niezbędnych kart.
Zresztą, nie licząc niszowych zapaleńców, dla większości będzie to (podobnie jak Innowacje) gra dwuosobowa. Raz, że przy 45 minutach na – sprawnego! – gracza, partie mogą się ciągnąć. Dwa, że im więcej graczy, tym mniej tu planowania, a więcej reagowania. I trzy, że gra i tak nie jest silnie interaktywna, więc kolejni gracze nie zmieniają aż tak naszych odczuć znad stołu. A gdyby ktoś chciał jednak działać solo – dostępna jest świetna automa. Do obsługi wystarczy malutka talia kart, które w prosty sposób symulują znikanie kart z rynku.
Powrót na właściwe tory
Millennia: Track Of Time przywołuje wiele sympatycznych skojarzeń. Wirtualność surowców z 7 Cudów Świata, nieco abstrakcyjne ujęcie cywilizacji z Innowacji, potencjał do combosów znany z wielu roll-and-write’ów… Mimo to, gra stoi na silnych i co najważniejsze – własnych nogach. Nie jest może najpiękniejsza, ale jest czytelna, co przy takiej ilości informacji jest cnotą.
Nie jest to gra na każdą okazję i nie jest to gra dla każdego – ale to również się chwali. Na rynku pełnym bezpiecznych tytułów, które prowadzą graczy za rękę, starają się podobać każdemu i nikomu nie podpaść – Millennia robi coś innego. Może czasami potyka się o swoje ambicje, ale mimo to wytycza własną ścieżkę po piaskach historii. I choć znajdą się tacy, których te piaski odrzucą, inni przepadną w nich na długie godziny.
Zalety:
+ kombosy, kombosy i jeszcze raz kombosy!
+ zmienny układ torów + dwustronna plansza dla większej różnorodności
+ świetny pomysł zanikającego tableau kart o ograniczonej długowieczności
+ względnie szybki setup dzięki organizerom
Wady:
– dziwny pomysł z symultaniczną fazą akcji
– niezbalansowane, momentami nieciekawe karty badań
– problem „wiecznego pierwszego gracza”
– sążny czas gry i dotkliwy downtime w końcowych jej fazach
– niska interakcja między graczami
Personalizowana playmata dzięki uprzejmości Playmaty.pl
Ogólna ocena
(7.5/10):









Złożoność gry
(7/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Dobry, solidny produkt. Gra może nie wybitnie oryginalna, ale wciąż zapewnia satysfakcjonującą rozgrywkę. Na pewno warto ją przynajmniej wypróbować. Do ulubionych gier jednak nie będzie należała.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony





















