Andromeda’s Edge: Na Krawędzi Galaktyki od Lucky Duck Games.
Mało która gra bywa tak wyczekiwana i hype’owana i mało który wydawca jest tak zamęczany przez fanów o datę premiery. Lucky Duck Games Polska zapowiedziało i dostarczyło rodzimym graczom prawdziwy prezent. Grę z TOP 203 i oceną 8.3 na BGG, od razu w pakiecie z dodatkami i opcjonalnymi komponentami deluxe. Świąteczny prezent już w listopadzie! Zajrzyjmy pod maskę naszego kosmicznego statku i sprawdźmy, na co tylu z nas czekało z zauważalną niecierpliwością!
Dwellings of Andromavale
Andromeda’s Edge powstało na bazie mechanizmów z Dwellings Of Eldervale – gry, która pojawiła mi się na horyzoncie świadomości, ale nic poza tym. Nie wiem, może to było zbyt generyczne fantasy, może przeważyly głosy, że tam jednak w tej grze coś nie działało (zbytnia komplikacja zasad, chaotyczna prezencja stołowa) – grunt, że finalnie nie wylądowała ani na stole, ani w kolekcji. Może po prostu potrzebowałem generycznego sci-fi, odrobinę wygładzonych zasad i imponującej, ale bardzo ekspansywnej prezencji stołowej?
Postanowiłem spróbować.
Teraz zamiast magicznego, heksagonalnego świata odwiedzamy heksagonalne planety, a zamiast smoków zwalczamy międzyplanetarne straszydła. OK, nie jest to może specjalnie wymyślny temat, ale można na to przymknąć oko. Bo Andromeda z werwą dowozi temat mechanicznie, oferując ciężką, silnie cerebralną rozrywkę, rozbitą na dwie części. W jednej – będziemy rozbudowywać swoją flotę i zaplecze technologiczne, wzmacniające nasze akcje i zwiększające skalę działań. W drugiej – będziemy panoszyć się między Mgławicami a bezkresną, kosmiczną pustką, by tymi działaniami kolonizować planety, eksploatować złoża na ich księżycach i walczyć… ze wszystkim co popadnie.
Z mojej perspektywy wygląda to na świetną zabawę!
Przed wyruszeniem w drogę należy…
Rozbijmy to na połówki.
Nasza planszetka to centrum dowodzenia. Magazyn surowców. Mapa modułów technologicznych w czterech smakach. I statki transportowo-ofensywne, również w czterech gatunkach. Te ostatnie to nasi, powiedzmy, workerzy. Będziemy ich placementować na planetach, których księżyce – małe, okrągłe żetoniki – stanowić będą jednorazowe wzmocnienia (najczęściej: zasoby i punkty, rzadziej akcje) lub trwałe usprawnienia naszych modułów. Gdy zaś statki wrócą do centrum dowodzenia, posłużą do aktywacji modułów. Kombinacje mogą być bardzo frywolne, ale żeby w ogóle myśleć o ich odpalaniu, trzeba przynajmniej ten pierwszy uruchomić powracającym statkiem – resztę można załatwić zasobami energii.
Mapa Wszechświata to skupisko baz, planet i Mgławic. Każda niesie jakąś możliwość. Budowa na wcześniej pozostawionym tam transportowcu, akcje naprawy czy wytwarzania statków, wymiana surowców, pozyskiwanie technologii + niezliczona ilość pomysłów na kwazarach i wirach, których efekt zależy np. od rzutu kością czy sąsiedztwa innych odkrytych planet.
Nad wszystkim górują jednak TORY.
Pobiegajmy po nich przez chwilę.
Skaczące Czapeczki
Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tory rozwoju są w Andromeda’s Edge kluczowe. Tu odblokowujemy rozmaite bonusy, zwiększamy wartość wznoszonych budowli czy zachowanych na koniec gry zasobów, a pozycja na nich bywa okresowo punktowana przez karty Wydarzeń. Naczelna zasada jest prosta: zdobądź technologię danego typu, porusz się w górę na torze. Ale gra umożliwia odchodzenie i od tej zasady, przy użyciu np. kart Dyplomacji. Te funkcjonują tu jak Karty Intrygi w Diunie: Imperium. Zagrywane są przed bitwami, umożliwiają strategiczne odwroty i taktyczne wzmocnienia przenoszeniem statków, ale też pozwalają kontrolować Łowców (nasze kosmiczne potworki) czy wpływać właśnie na takie elementy gry jak wspinanie po jednym torze, zamiast innego czy pozyskiwanie dodatkowych modułów.
To, czym Andromeda’s Edge od początku wali graczy w czoło, to ogrom możliwości. Początkowo nie wiadomo nawet, jak pozyskiwać surowce. Z czasem jednak widać, na jak ogromną elastyczność i jakie wygibasy pozwalają wszystkie mechanizmy gry. Niemal wszystko da się tu załatwić na kilka sposobów: jak nie kartą, to modułem albo planetą. Albo zdolnością frakcji, których to mamy tu istne zatrzęsienie (18 z obecnymi dodatkami, +3 z nadchodzącym Genesis). I każda łamie grę na swój unikatowy sposób. Jedna zyskuje zasoby przy okazji określonych akcji, inna wykorzystuje jakiś zasób jako uniwersalny, jeszcze inna ignoruje uszkodzenia modułów, może przyspieszać nadchodzenie wydarzeń (połączone tu z odkrywaniem planet) czy wzmacniać swoją celność w bitwie.
Jest tu naprawdę, naprawdę dużo ruchomych elementów, mechanizmów i ścieżek do wygranej. Po odejściu od stołu głowa brzęczy od wysiłku mentalnego – ale to objaw jak najbardziej poprawny.
Syndrom Andromedy
Rozumiem zarzut, że w Andromeda’s Edge brakuje jakiejś jednej, unikatowej i niespotykanej nigdzie mechaniki. Ja również jej tutaj nie znalazłem. To zbiór rzeczy sprawdzonych i lubianych. Oprawionych w bezpieczną i nikomu nieszkodzącą tematykę. Ubranych w przyjemne dla oka ilustracje i bardzo czytelną ikonografię. Wszystko ma tu swoje logiczne miejsce i nie licząc naszych planszetek – które z czasem dokonają znaczącej ekspansji na naszym stole.
Kosmiczny diabeł tkwi nie w szczególe, a w ogóle.
Bo to gra naszpikowania mechanizmami, torami, kartami, żetonami i znacznikami. A jednak – pochłania się ją w wielkich gryzach, nie dławiąc się drobnymi kosteczkami. Owszem, mamy tu 25 stron instrukcji i drugie tyle „suplementu”, tłumaczącego karty. Ale gry nie spędzimy wertując instrukcje. Wszystko tu oparte jest na spójnej, wewnętrznej logice, która odciąża graczy, pozwalając im skupić się na torowaniu sobie ścieżki ku wygranej. Dziesiątki małych mechanik i patencików splata się tu po to, by między nimi utkać coś dla siebie. Mały silniczek produkcyjny w modułach, serię technologii punktujących na koniec gry, warsztat budowlano-naprawczy, armada zabójczo skutecznych statków? Proszę bardzo, wszystko jest do wzięcia! Proszę kształtować tę galaktykę na swój obraz – na koniec podsumujemy, co z tego wyszło!
W kosmosie nikt nie słyszy jak brzęczy Twój mózg
Jestem graczem raczej wagi średniej. Umiem w gry ciężkie, ale takich prawdziwych kolosów mam w domu może trzy.
Andromeda’s Edge dołącza do tej części mojej półki.
Przyciąga mnie w zasadzie właśnie tym specyficznym rodzajem ciężkości. Bo tu nie musimy pamiętać o milionie zasad – ale musimy rozważyć bardzo wiele zmiennych. Te zmienne wirują, przesuwają się po torach, latają po przestrzeni kosmicznej w tę i we w tę, niszczą nasze statki, dają się niszczyć naszym wrogom, produkują się i są wydawane, dołączają do naszego ekosystemu, niszczą się po Wydarzeniach i odbudowują w turze powrotu. W grze jest wciąż coś tajemniczego do zrobienia, wciąż widzimy sprytną niteczkę do pociągnięcia lub jakiś mały biznesik, który – doprowadzony do końca w tej czy kolejnej turze – da nam awans na torze, który potem mocno zachęci nas do rozbudowy albo podróży w nowy zakątek galaktyki.
Gra karmi graczy możliwościami, wciąż zmieniającymi kształt jak w prawdziwym, gigantycznym kalejdoskopie. Przytłacza mnie ta gra i pociąga jednocześnie. Mam tu wciąż poczucie pełnej kontroli nad własnym losem i plastyczności tego, co mogę tu zbudować. A jednocześnie: wciąż nowe technologie i ścieżki kuszą mnie na tyle, by od pierwotnego planu co i rusz skręcać w nowe kierunki. Nie mam tu poczucia dominującej strategii, przegiętego toru czy OP frakcji. Mam uczucie olbrzymiej swobody działania, ale i dużego ciężaru odpowiedzialności. Tworzony przeze mnie układ to nie malarstwo abstrakcyjne – to, koniec końców, maszynka do drukowania punktów.
I owszem, zdarza mi się, że jakieś punkty zdobywam.
Niewielkie. Często przypadkiem. Brakuje mi skupienia, za dużo improwizuję, nie widzę jeszcze wszystkich synergii. Ale nie przeszkadza mi to w proponowaniu krótko potem kolejnej partii.
Gorycz na Mgławicy numer 6
Nie patrzę na Andromeda’s Edge: Na Krawędzi Galaktyki przez różowe okulary. Widzę, że to naprawdę napakowana sterydami gra – i że często jej mięśnie nie unoszą jej ciężaru.
Weźmy choćby zagrożenie. Łowcy pojawiają się w losowych miejscach i lgną do graczy w swoim zasięgu. Jeśli kolega Adam zacznie grę po przeciwnej ode mnie stronie planszy, a Łowcy urodzą się obok niego – mogą mu, za przeproszenie, usrać kilka tur. Zjadą się w dwójkę i będą co turę atakować, bez większych szans na obronę. W pierwszych rundach mamy słabe statki o krótkim zasięgu – łatwy cel dla silnych wrogów.
Walka zresztą jest piętą achillesową Andromedy. Rzut kostkami, porównanie najwyższych wartości, przerzut tych najniższych. Prosta, ale mało emocjonująca mechanika, bez momentów finezji czy taktycznych przebłysków. Możliwości wzmacniania statków są ograniczone do jednego upgrade’u per statek. Gdyby nie niektóre karty Dyplomacji, byłoby kiepsko.
Odkrywanie planet, i tak stosunkowo rzadkie, to mały ziew. Te najbardziej dla nas znaczące są w grze od początku. Kolejne spełniają swoją funkcję, dając nam kolejne zasoby i może kilka ciekawych akcji, ale nie jest to nic, dla czego warto wstrzymywać oddech.
Temat jest tu raczej estetyczny, mechanicznie to mogłaby być gra o wszystkim. Bo jak wytłumaczyć tematycznie „przypisywanie” księżyców do slotów w modułach?
Gra jest wybitnie stołożerna nawet przy dwóch graczach. Niektóre komponenty są wprost brzydkie (liderzy), inne mało dopracowane, jak na grę w tej cenie (drewniane dyski bez oznaczeń, karty i planszetki na cienkim papierze). W pudełku w zasadzie nie ma insertu, poza dwoma przegródkami. Poza nimi – woreczkowe szaleństwo na 300 znaczników, 250 kart i kilkadziesiąt płytek. A setup gry to 30-minutowy slalom między tymi komponentami.
A skoro o setupie mowa…
Ile galaktyk mieści pudełko?
Po drugim rozłożeniu i spakowaniu gry doszedłem do wniosku, że czas na profesjonalną pomoc.
Znalazłem na Etsy produkt autorstwa 3DKiwi – i zakochałem się z miejsca. Dobrze przygotowany insert to dla gry takiej, jak Andromeda’s Edge praktycznie drugie życie. I nie przesadzam. Gdybym miał nadal korzystać z woreczków, nie wracałbym do tej gry prawie wcale, bo jej przygotowanie i złożenie czynią z niej jedyne danie planszowego wieczoru. Insert od 3DKiwi zmienia zupełnie postać rzeczy. Andromeda’s Edge nadal wymaga pracy podczas setupu, ale teraz czas tej pracy skrócił się niemal 3-krotnie. Dla osób znających grę – to lekka bryza. Dla osób dopiero zaczynających – kolejne jego części są czytelnie podpisane. Zmieścimy tu grę i oba dostępne do niej dodatki.
Połyskujący kolor odległego Kosmosu
Brokatowy, nieco kosmiczno-mgławicowy kolor filamentu wygląda świetnie, chociaż przyznam uczciwie – insert wymaga oszczotkowania z „pajęczyn”. Ale to w zasadzie jego jedyny mankament. Jest przemyślany w sposób, który ułatwia organizację, przechowywanie, setup i składanie gry. Nie wymaga pokrywek, a mimo to komponenty nie uciekają z przegródek. Wszystko ma swoje miejsce, w części z zapasem (m.in. na koszulki do 80 mikronów), a gracze otrzymują własne organizery, gotowe do gry. Nie mówiąc o holderach na karty, podajnikach do technologii czy zmyślnych puzderkach na budynki i ich karty – 2w1! Schowane za warstwą plastiku komponenty są też bezpieczeniejsze w transporcie. Gdyby jeszcze do insertu była dołączona instrukcja umieszczania go w pudełku… byłoby cudnie. Chwilowo muszę się zadowolić zerkaniem na stronę Etsy, gdzie widać kolejne jego warstwy.
Opcjonalnym komponentem jest nakładka na planszetkę gracza, w zamyśle zwiększająca stabilność. Pomysł jest cudny, bo porządkuje niesforne komponenty, żetony i kafelki. Niestety, planszetki wchodzą na wcisk, lekko się wybrzuszając – w kolejnych cyklach wkładania i wyjmowania z pewnością będą się niszczyć. Zagraliśmy, jak widać, partię z nimi, ale mam wrażenie, że produktowi przydałaby się wersja 1.5 z nieco lepszym dopaskowaniem.
Najbardziej boli jednak brak lewo- i praworęczności, którą oferują same planszetki. Możliwość wybrania strony znacząco ułatwiała organizacje na stole. Teraz wyboru nie ma, choć to pewnie kwestia popytu, by w ofercie pojawiły się warianty obustronne.
Poza tym, produkt od 3DKiwi to mistrzowska robota. Jeśli macie i ogrywacie Andromedę na bieżąco – taki insert zbliży Was do niej jeszcze bardziej.
I zrobi niemałe wrażenie na zazdrosnych znajomych!
Gdzie teraz, kapitanie?
A więc zgodziliśmy się, że Andromeda’s Edge: Na Krawędzi Galaktyki nie wymyśla galaktyki na nowo i nie przynosi kosmicznych innowacji. Że ma wady i nie ma insertu. I że męczy mózg i przeciąża zwoje.
Więc co teraz, do cholery – skąd taka wysoka ocena?
Otóż potrzeba czegoś naprawdę niesamowitego, by wyrwać mnie z komfortu gier w okolicach 2.50-2.80/5.00. I Andromeda tego dokonał, pogwizdując przy tym wesołą piosenkę. To dla mnie taka „ciężka gra dla ludzi, którzy nie lubią ciężkich gier”. Proszę się nie obruszać – to żaden pocisk. To bardzo udana, zgrabna pozycja, z ogromną różnorodnością „rozdań” początkowych i ogromem opcji do eksplorowania w grze. To jest „duża gra”, która dla mojego małego mózgu jest o wiele bardziej zjadliwa, niż duży Nieświadomy Umysł czy nawet duże SETI. W końcu to zaledwie dwie akcje: start lub powrót statków. A ile potem z nimi zabawy!
Jara mnie wsadowa asymetria frakcji i różne drogi, które przede mną otwiera. Andromeda’s Edge eksploduje dziesiątkami takich cichych fajerwerków, które chcę obejrzeć z bliska i sprawdzić. I wszelka dziwność i zmyślność, których mogę dopuścić się w modułach, przykuwa mnie do tej gry, nagabując o kolejną partię, o kolejny start w kosmos i kolejną potyczkę z własnym, strategicznym rozedrganiem.
Zalety:
+ ogrom możliwości przy zaledwie dwóch akcjach głównych
+ pudełko pełne jest różnorodności i regrywalności
+ wzmagająca strategiczne myślenie asymetria frakcji
+ niemal nieograniczone możliwości rozbudowy kolejnym modułów technologicznych we własnym silniczku
+ mimo ogromu ikon informacji, layout jest czytelny i schludny
+ zmyślne i pozwalające na brawurowe akcje karty Dyplomacji
Wady:
– prosty, niezbyt inspirujący i mało elastyczny system walki
– momentami trudne początki dla graczy osaczonych przez Łowców
– eksploracja planet rzadko bywa podniecająca
– brak organizacji komponentów w pudełku
Personalizowana playmata dzięki uprzejmości Playmaty.pl
Insert 3D dzięki uprzejmości 3DKiwi
Ogólna ocena
(9/10):









Złożoność gry
(8/10):









Oprawa wizualna
(8/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Gra tak dobra, że chce się ją polecać, zachwycać nią i głosić jej zalety. Jedna z najlepszych w swojej kategorii, której wstyd nie znać. Może mieć niewielkie wady, ale nic, co by realnie wpływało negatywnie na jej odbiór.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony



































