Home / Artykuły / Cotygodnik / Cotygodnik Redakcyjny GF nr 27/17, czyli ten, w którym większość redaktorów wyjechała na wakacje

Cotygodnik Redakcyjny GF nr 27/17, czyli ten, w którym większość redaktorów wyjechała na wakacje

Deszczowe upalne lato, które kusi wyjazdami w plener nie sprzyja siedzeniu w domu. Wakacje to piękny czas – czas urlopów. Ale pisać o tym, w co graliśmy na wyjeździe można dopiero po powrocie. A dziś zapraszamy na wyjątkowo krótki Cotygodnik dyżurnego redaktora ;)

Pingwin

Egizia, czyli Dolina Królów. To tytuł, w który wreszcie (po wielu latach) udało mi się zagrać. 8 letnia gra, która ma się całkiem dobrze. W zasadzie nie zestarzała się ani na jotę. Bardzo dobry worker placement, w którym trzeba podejmować decyzję, czy pójść dalej z biegiem Nilu i pozbawić się części akcji (bo wrócić już nie będzie można) czy raczej stąpać powoli i … też pozbawić się części akcji (bo przeciwnik zgarnie tę lepszą choć dalszą). Decyzje są na każdym kroku a kołderka krótka.


Chang Cheng
– to z kolei gra o budowaniu chińskiego muru i obronie chińskich prowincji przed Mongołami. Typowa mechanika kontroli terytorium, gdzie czynimy to za pomocą wstawiania swoich kafelków muru. Twist polega na tym, że prowincje chińskie nie do końca odpowiadają terytoriom okupowanym przez Mongołów – a na terytoriach chińskich gracz mający przewagę zdobywa punkty, zaś na terytoriach mongolskich je traci. Gdyby były one tożsame – piłeczka byłaby prosta. Suma (ew. różnica – jak kto zwał). A ponieważ granice przebiegają odrobinę inaczej, a na dodatek gracze dysponują podwójnymi klockami i wieżami – to układ sił bywa dość szczególny. I właśnie o to chodzi, by dobrze wykombinować – zyskać, ale nie stracić. Może niekoniecznie jest to gra typu must have, ale na pewno warto w nią zagrać, gdy będziecie mieć taką możliwość. No i te klocki… taka ciekawa perełka w kolekcji :)

Warhammer Quest: Karciana Gra Przygodowa. Mam ostatnio wenę na ogrywanie tytułów, w które wypada zagrać choć raz w życiu, by nie wylądować na ścianie wstydu. Takim tytułem dla mnie jest nie tylko Egizia (której już sprostałam), ale również Warhammer. Zdaję sobie sprawę z tego, że Warhammer to świat, a nie gra. RPG, bitewniaki, karcianki… kiedyś próbowałam RPG w świecie Warhammera, ale skończyło się na wyekwipowaniu postaci mojego ukochanego Elfa. Tym razem udało mi się zagrać w kooperacyjną karciankę przygodową. Oczywiście znowu Elfem. No cóż…. na własnej skórze przekonałam się, że Warhammer to gra, w której miarą sukcesu jest poziom na którym zginiecie… Nam udało się przejść dwa poziomy (na trzy możliwe). Wykończyli nas w ostatniej komnacie II poziomu. Postać po postaci. Równo i z przytupem. Kurtyna….

A na koniec przyznam się: nie mam zadatków na sapera. FUSE – gra, która mnie wciągnęła ale nie pozwoliła wygrać ze sobą ani razu. Każdy ma przed sobą dwie bomby (karty z polami odpowiadającymi pewnym wartościom i/lub kolorom kostek), wyciągamy z woreczka tyleż kostek ilu graczy, rzucamy i … każdy zabiera jedną dokładając ją do swojej bomby. Jak nie może, bo nie pasuje…. to właśnie zaczynają się schody, bo taką kostkę trzeba przerzucić a następnie każda osoba musi odrzucić (o ile to możliwe) pasującą do niej kostkę z jednej ze swoich bomb. I tak się gra toczy – po rozpatrzeniu rundy, dociągamy kolejne bomby (mamy ich całkiem niezły stosik do rozbrojenia) w zamian za te, które udało nam się rozbroić – i znowu rzucamy kostkami. I tak przez 10 minut.

Wbrew pozorom w tej grze trzeba myśleć, trzeba dogadywać się z innymi (kto którą kostkę zabierze), trzeba też kombinować które niewybrane kostki w jakiej kolejności przerzucać i co odrzucić żeby zminimalizować straty. Przede wszystkim trzeba jednak myśleć jaką następną bombę dobrać, żeby mieć duże pole do manewru kostkami (wybieramy z pięciu odkrytych). Niestety, poza kombinowaniem potrzeba też dużo szczęścia. Jak nie podchodzą odpowiednie kolory, jak się nie wyrzucają odpowiednie wartości – to i tak nie da rady. Saper bez łutu szczęścia to martwy saper. Dla mnie te 10 minut to wyjątkowo mało czasu. Graliśmy kilka partii we 3 osoby, zrobiłam też parę podejść do rozgrywki solo. Wszystko na poziomie najprostszym, szkoleniowym. I ani razu się nie udało. Często zostawała tylko jedna bomba – ale jednak zostawała. Fuse wymaga wprawy, szybkich decyzji i jednoczesnego ogarniania wielu elementów.

 

Odpowiedz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.Pola wymagane są oznaczone *

*