Wizard

Dawno, dawno temu była sobie szkoła czarodziejów. W przybytku tym młodzi akolici magii ćwiczyli umiejętność prekognicji w specjalnej grze. Ta gra to Wizard.

Wydawnictwo Amigo, znane z bardzo popularnej Bonhanzy, specjalizuje się w małych, sympatycznych grach karcianych (choć wydało też sporo planszówek np.: Elfenland). Do takich prościutkich, a cieszących gier należy też Wizard.

W pudełku formatu A6 znajdziemy: 60 kolorowych kart, notes do zapisywania wyników, radującą serce fana ulotkę reklamową oraz, oczywiście, instrukcję.
Gra jest stosunkowo prosta. Cała partia składa się z pewnej ilości rozdań (zależnej od liczby graczy). W pierwszej rozgrywce rozdaje się po jednej karcie, drugiej – po dwie itd. aż do sytuacji, gdy rozda się całą talię. Poza ostatnią rozgrywką, reszta kart pozostaje zakryta. Następnie gracze kolejno próbują przewidzieć, ile wezmą lew. Ci którym się później uda wziąć dokładnie tyle, ile zadeklarowali, dostają punkty dodatnie, reszta ujemne. Brzmi znajomo? Tak – to klasyczna gra karciana znana jako planowanie. Tak samo jak w tradycyjnej talii i tu mamy cztery kolory po trzynaście kart. Takie same są zasady rozgrywania kart – dokłada się do koloru, wyższa karta „bierze”, wistuje ten, kto wziął ostatnią lewę, atut zawsze jest silniejszy niż inny kolor. Jest jedna drobna różnica: czarodzieje i błazny. Ci pierwsi (z niemiecka Zauberer) to coś jak joker – „hiper-atut”. Taki czarodziej zawsze bierze. Błazen to jego przeciwieństwo – jest absolutnie najsłabszą kartą w talii.

Wizard to zwykła gra karciana i jako taka daje sporo radości. Przewidywanie ilości lew do wzięcia potrafi być diablo wciągające, szczególnie przy 4 – 5 graczach. Dużo się trzeba nakombinować przy samej grze, jest miejsce na nerwowe przeliczanie kart i na sporą dozę szczęścia bądź pecha (szczególnie w pierwszych rozdaniach). Zaubererzy i błazny wprowadzają sporo zamieszania, szczególnie dla graczy „otrzaskanych” z klasyczną talią kart. Moi tradycyjni gracze, ku mojemu zaskoczeniu, zakochali się w tej grze. Sprawiała przyjemność i wyjadaczom planszówkowym (powrót do źródeł), i sceptykom (znajomy system, a jednak posmak nowości). Gra zajmuje w sumie nieco ponad godzinę, więc może być miłym wypełniaczem wolnej chwili. Przeznaczona jest dla trzech do sześciu osób, ale przy maksymalnej ilości graczy robi się już zanadto losowa. Na wieczór we dwoje raczej się nie nadaje, za dużo wiemy o ręce przeciwnika, prawie wszystko zależy od rozkładu kart. Mimo to jest to całkiem dobra forma odprężenia nawet dla pary graczy.
Czas na kilka gorzkich słów, mianowicie odnośnie wydania. Pudełko jest całkiem obiecujące – twarde, poręczne, niebrzydkie. Karty są zbyt cienkie, ale z ładnymi, żywymi kolorami. I tu dochodzimy do ilustracji. Większość z nich jest niestety wyjątkowo paskudna. Elfy wyglądają jak topielce – mają zielone twarze i wodniste oczy. Krasnoludy są tak nieproporcjonalne, że czasem trzeba długo się zastanawiać, gdzie się zaczyna dana kończyna. Do tego rysownik (Franz Vohwinkel) chyba nienawidzi kobiet. Ich płeć na rysunkach najczęściej można rozpoznać tylko po wybrzuszeniu koszuli, bo rysy twarzy mają jak stary Wiking. Na pocieszenie trzeba dodać, że obrazki czarodziejów i błaznów są całkiem udane, a cały projekt graficzny jest ładny i przejrzysty.

Podsumowując, Wizard to wariacja na temat klasycznej gry karcianej. Wariacja sympatyczna, do tego w sosie fantasy. Może być całkiem niezłym wprowadzeniem dla uczulonych na gry inne niż poker i warcaby. Gwarantuje miłą zabawę w krótkim czasie dla ludzi w różnym wieku. Ma też dużą zaletę, która sprawia, że nie warto jej sobie kompletować ze zwykłych kart (potrzeba by dwóch talii – tak żeby z jokerów zrobić błaznów i czarodziejów). Ta zaleta to cena: 6 euro, czyli 24 złote. Jeżeli tylko pojawi się w Polsce – polecam.

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w serwisie Gry-Planszowe.pl.

4 komentarze

  1. Jak zobaczyłem czarodziejkę nr 11 to zwątpiłem w życie :)

    Co do samej gry, przypomina mi „3,5,8”, ale z pewnością musi być przyjemna, jeśli wyrzuci się czarodziejkę 11 :D

  2. Piotr Krzemiński

    Franz Vohwinkel robi paskudne grafiki, rysowal (rysuje?) dla Wizars of the Coast.

  3. 11 to chyba księżniczka :) a jako taka urody mieć nie musi, bo nadrabia pochodzeniem ;-)

    A całkiem serio – przy najbliższej okazji pewnie zafunduję sobie Wizarda razem z Bohnanzą. Recenzja tylko mnie w tym utwierdziła. Dzięki, wilczelyko.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*