Home / Recenzje / Gry imprezowe / Limits – czyli jak pokochałem wariant gliwicki

Limits – czyli jak pokochałem wariant gliwicki

W gliwickim środowisku graczy przyjęte jest, by odrzucać sugestie autorów reguł o ukrywaniu tych informacji, które są powszechnie dostępne. Zamiast bawić się w memo można się wówczas skupić na poważnym graniu.

Przykładem niech będzie Eufrat i Tygrys. Kafle tajnie losowane są nadal tajne. Natomiast kostki jawnie zdobywane też powinny być – po gliwicku – jawne, bo przecież można sobie notować, kto i ile ich zdobył.

Pierwszy kontakt z takim stylem grania jest szokujący – jakże to mam ujawniać swoje tajne zasoby? – ale po chwili zastanowienia i grania, można przyznać rację gliwiczanom.

Nie tylko Agricola

Limity to dość stara już gra autorstwa niejakiego Uwe Rosenberga. Niektórym to nazwisko może coś mówi ;) Grę wydał dobrych naście lat temu, na początku XXI wieku. Jakoś wielkiej sympatii sobie nie zdobyła, a moim zdaniem niesłusznie.

Gra w pełnej krasie

Gra w pełnej krasie (fot. oopsiak, BGG)

Jest to karcianka z banalnymi kartami – 60 kart w pięciu kolorach. I nimi właśnie gramy. Do tego karty punktowe oraz karty tytułowych limitów. Każda taka karta zawiera symbol X oznaczający brak limitu zagrywanych w tym kolorze kart albo wartość od 0 do 9 ograniczającą liczbę takich kart w rozgrywce. W swojej kolejce gracz może dołożyć do stosu jedną kartę, w wersji oficjalnej zakrywa w tym momencie poprzednio dołożone karty, albo oskarżyć któregoś przeciwnika o przekroczenie limitu.

Oczywiście takie zasady byłyby żałosne i nie różniłyby się wiele od prostackich gier wciskanych dzieciom…

Autor dodał jednak kilka przypraw czyniąc całość smakowitym kąskiem. Na rękę dostajemy pięć kart. Z tych jedną odkładamy zakrytą zwiększając w ten sposób limit w tym właśnie kolorze! I tu się zaczyna najfajniejszy element rozgrywki – nikt nie wie na pewno, ile owe limity wynoszą. We dwójkę będzie to jedna nieznana karta, w większym gronie znacznie więcej. I może się okazać, że kolor nominalnie zakazany (limit zero) dzięki odłożonym kartom zmieści w stosie i 6 kart! (przy pełnym składzie i zgodnym zagraniu). Gramy zatem pozostałymi czterema kartami.

Emocje w górę

Gracz w swojej kolejce może rzucić oskarżenie o przekroczenie limitu. Łatwo można odłożyć karty innych graczy z wierzchu stosu i sprawdzić – po ujawnieniu odłożonych kart graczy – czy oskarżenie było słuszne. Do zdobycia jest karta +1 (za udowodnione oskarżenie albo niewinność) oraz karta limitu mająca na rewersie -2 pkty. Są emocje! Czy limit zero na zielone i właśnie zagrana zielona karta (gdy wiem, że ja takiej nie odłożyłem) oznacza, że przeciwnik takąż zieloną odłożył? A może na bezczelnego zagrywa kartę licząc, że nikt go jeszcze nie sprawdzi?

Co zagrać samemu? Pewniaki, czy może zagrywać karty z niskich limitów? A może właśnie już sprawdzać?

urzekająca prostota

urzekająca prostota

Oczywiście im dalej, tym trudniej, bo karty dochodzą jednak losowo.

I tu druga przyprawa – błysk geniuszu autora planszówkowych hitów. Mając na ręce wszystkie karty w jednym kolorze możemy je ujawnić, dwie dodać do stosu – co często oznacza przekroczenie limitu! Jednak w ramach rekompensaty za taki układ kart dostajemy +1 punkt. Przy wyrównanej stawce takie bonusy mogą przesądzać o końcowym wyniku.

Blef i radość grania

Limits to nie jest oczywiście jakaś wielka gra. Kapitalny filler, który może urozmaicić podróż, spotkanie w pubie czy czekanie na zajętego współgracza.

rozgrywka

rozgrywka

Blef od zawsze był ceniony w grach, stąd popularność pokera i takich karcianek jak Blefuj! Dla mnie wynik końcowy w tej grze jest drugorzędny, choć wygrana jest miła jak zawsze. Emocje związane z wyczuciem przeciwników, umiejętnością zamaskowania własnych zagrań są najciekawsze. I ta satysfakcja, gdy jestem sprawdzany a tu się okazuje, że jeszcze w granicach się zmieściłem. O! to jest właśnie piękno małej, sprytnej gry. W większym składzie gra jest bardziej chaotyczna. Trudno przewidzieć – ale znając przeciwników można się starać – które kolory mają podniesione limity. Ale tym więcej radości z pomyłek i wzajemnego wkręcania. I gra w pełnym składzie daje niesamowitą satysfakcję z samego przebiegu rozgrywki – wynik jest mniej istotny. W pojedynku można się już starać o wynik końcowy, bo zmiennych jest znacznie mniej – tylko jedna zakryta karta przeciwnika.

Lepsze wrogiem dobrego

Ci, którzy znają grę Mamma Mia! być może poczuli déjà vu. I zapewne słusznie, bo w tej odnowionej wersji Limitów w sumie chodzi o to samo. Wyłapać ten moment, gdy w stosie zebrała się odpowiednia liczba kart danego rodzaju. Ta odnowiona wersja ma jakiś temat – tworzenie pizzy – oraz znacznie bardziej rozbudowane zasady. Jak dla mnie sytuacja jest podobna do Coloretto i Zooloretto – o ile ta pierwsza zachwyca prostotą i pozwala się świetnie bawić nawet przy ograniczonym czasie, o tyle Zooloretto jakoś nigdy nie podbiło mojego serca. Znając Mamma Mia! mogę spokojnie polecić powrót do źródeł. Limity są proste i nieprzekombinowane. A radość z gry wciąż niemała.

O Gliwicach raz jeszcze…

Ale wracając do wariantu gliwickiego. Pierwsze partie graliśmy jak instrukcja przykazała. Zapamiętanie liczby kart w pięciu kolorach niby trudne nie jest, ale jednak… Oczywiście śmiechu jest sporo, gdy po sprawdzeniu zamiast 5 kart jest zaledwie 1-2. Podobnie odkrycie tajnych kart zmienia pewną siebie minę na grymas rozczarowania. A jednak… spróbowaliśmy zagrywać karty w pełni widoczny, kontrolowany stos. I okazało się, że gra nabrała dodatkowego smaku. Zamiast liczyć w pamięci można się było skupić na odczytywaniu mowy ciała i emocji przeciwnika. Tak, teraz już nie wystarczyło liczyć na czyjąś pomyłkę w rachunkach, teraz gramy z radością!

przykładowa rozgrywka

przykładowa rozgrywka

Polecam Limits jako bardzo prostą karciankę do raczej szybkiego zagrania. Dajcie jednak szansę wariantowi gliwickiemu, a podkręcicie emocje z gry na całkiem wysoki poziom. Szkoda, by taka zacna gra pozostała zapomniana. Polecam w ogóle wariant gliwicki, bo pozwala czerpać satysfakcję z gry na innym poziomie.

+ łatwe zasady
+ blef i dedukcja!
+ wygrana nie jest prosta
+ emocjonująca zwłaszcza we dwójkę

– w smętnym towarzystwie się nie uda
– im więcej osób, tym bardziej imprezowa i chaotyczna

Pierwotnie tekst miał się ukazać na łamach: http://www.untoldboardgames.pl

Ogólna ocena (8/10):

Złożoność gry (2/10):

Oprawa wizualna (7/10):

Dziękujemy firmie AMIGO Spiel + Freizeit GmbH, z polskim tłumaczeniem G3 za przekazanie gry do recenzji.

One comment

  1. asiok

    Chciałem podkreślić – reguły gliwickie to nie hołmrule tylko usuwanie błędów, o których autorzy zapomnieli :)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

sklep z grami planszowymi planszomania.pl
x

Check Also

Kingdom Rush: Rift in Time – Smartfon z tektury

Chciałem zacząć tekst od zdania w stylu: “Planszówki na licencji gier z przeglądarki to śliska sprawa”, ale dotarło do mnie, że w Kingdom Rush grałem już bardzo dużo lat temu. Na tyle dużo, że zdążyła przeskoczyć na telefony z dotykowym ekranem i bez klapki. Ech, jak ten czas leci. Tak czy siak, sprawa nadal jest odrobinę śliska, bo przeszczepienie rozgrywki z medium cyfrowego w analogowe potrafi być problematyczne. Trzeba spojrzeć na projekt trzeźwym okiem i zdecydować, co trzeba wyrzucić (bo komputer tego za nas już nie policzy) a co zachować, żeby duch rozgrywki pozostał niezmieniony. Bo przecież jeśli duch rozgrywki miałby się zmienić, to na co nam ta licencja?  Udostępnij: Facebook Twitter LinkedIn More

Share via
Copy link
Powered by Social Snap