Home / Wiadomości / Patronaty / Trzy dni z życia konwentowicza, czyli słowo o Coperniconie

Trzy dni z życia konwentowicza, czyli słowo o Coperniconie Relacja. Patronat GF.

Copernicon – święto fanów fantastyki, literatury i popkultury odbywające się w samym centrum magicznej, toruńskiej starówki. W tym roku Festiwal odbywał się w dniach 13-15 września.  I było nas naprawdę dużo.

Dzień 1. – piątek: do biegu, gotowi, start!

Rozpoczynamy naszą przygodę o godzinie 16:00. Pod względem planszówkowym piątek na takich imprezach zwykle jest dość ubogi, ale tutaj udało mi się zacząć z grubej rury: nauczyłam się podstaw legendy gier karcianych, potem wpadłam prosto w przesiąkniętą mrocznym fantasy grę karcianą, której zasady prezentował sam autor aby następnie wysłuchać mrożącej krew w żyłach prelekcji o tym co paskudnego potrafią sobie zrobić kobiety. Na koniec ukoiłam nerwy przy pięknej muzyce i mieniącej się kolorami fontannie. Niezły start :)

Magic: The Gathering

Kolekcjonerska gra karciana, w podstawowej wersji dwuosobowa. Istotą gry jest zadawanie sobie obrażeń poprzez zagrywanie kart. Te zaś dzielą się na lądy (które – choć same zagrywane za darmo – dostarczają manę – energię potrzebną do zagrywania pozostałych kart) oraz stworzenia i działania. To za ich pomocą atakujemy przeciwnika oraz bronimy się przed jego atakami. Koniec gry najczęściej następuje wtedy, gdy jeden z graczy straci wszystkie 20 punktów życia.

Elekt

Gra karciana, w której próbujemy zdobyć karty wpływów z trzech różnych obszarów. Dwie z nich wzbogacą nas o tytuły. Czy one szlacheckie – to już insza inszość. W każðym razie – całkiem nieźle brzmiące (zupełnie jak telewizyjne piwo bezalkoholowe w czasach, gdy zakazano reklamowania napojów wyskokowych ;)). Zwłaszcza wtedy, gdy trzeba je odczytać na głos graczowi, który wygrał grę (poprzez zdobycie piątego tytułu).

W swojej turze zagrywamy kartę do jednego z trzech obszarów (takich tur będzie pięć). Na koniec sprawdzamy przewagi każdego z czterech symboli obecnych w grze. Trzy pierwsze pozwalają na manipulację kartami i symbolami, ostatni (korona) explicite zdobywa kartę.

Gra o niesamowitym potencjale i przepięknych ilustracjach. Jeśli ktoś lubi mechanikę zdobywania przewag i powiązanych efektów (jedna przewaga potrafi wygenerować kolejną), powinien się nią zainteresować.

„Chcę być piękna, więc zrobię sobie krzywdę”

Elżbieta I Tudor (fot. Wikipedia)

To już tytuł prelekcji bloku popularnonaukowego. O tym jak poprzez wieki kształtowało się postrzeganie piękna w kobiecie, ale przede wszystkim co kobiety czyniły, by stać się pięknymi i jakie to miało skutki. A więc wszystko o gorsetach i co one wyrabiały z naszymi wnętrznościami, o maleńkich stópkach Chinek, za które płaciły one połamanym śródstopiem, gangreną i bólem do końca życia, o tasiemcach i ich jajach, które niekoniecznie trafiają do jelit a także o toksycznych kosmetykach zawierających ołów i rtęć, dzięki którym wypadające zęby i utrata włosów to najmniejsze zmartwienie jakie możesz zarobić. Choć prelekcja zaczynała się niewinnie, to pod koniec – przyznam bez bicia – czułam się na granicy omdlenia. I nie, na pewno nie z powodu tych drastycznych zdjęć, skądże znowu! Po prostu było tłoczno i gorąco na tym – skądinąd – zabójczym wykładzie ;)

Fontanna Cosmopolis

A w trakcie prelekcji słyszałam muzykę… wychodząc zaś (było już ciemno) natknęłam się na przepiękne widowisko. Mowa oczywiście o fontannie –  a więc wodzie, muzyce i grze kolorów. Codziennie, po zapadnięciu zmroku (od kwietnia do października) można podziwiać jedyny w swoim rodzaju spektakl światła i dźwięku. Co tu dużo mówić – więcej o tym niezwykłym projekcie możecie przeczytać na stronie miasta Torunia.

Dzień 2. – sobota, czyli kostiumy, erpeżki i turniejowa adrenalina

Cosplay’e w ten weekend po Toruniu paradowały dosłownie wszędzie i przez cały czas. I w piątek, i w sobotę, i w niedzielę. Ale sobota szczególnie do nich należała. O 10:00 spod Dworu Artusa ruszyła barwna parada w kierunku rynku nowomiejskiego. Na ten dzień zaplanowane były też pokazy i konkurs. Z powodu braku daru bilokacji niestety nie mogłam być wszędzie, ale parę barwnych fotek na toruńskim rynku z rana uczyniłam ;)

Dungeon & Dragons

Wracając jednak do naszych baranów zajmiemy się planszówkami i ich krewnymi. Na pierwszy ogień tego dnia poszła kolejna legenda, czyli D&D. Dungeon & Dragons, który przeżywa renesans na naszym rynku dzięki wydawnictwu Rebel.pl.

Bardzo lubię historie, w których jestem bohaterem. Lubię paragrafówki. Lubię gry z klimatem. I lubię chodzić po drzewie opowieści (matematycy pewnie wiedzą o co chodzi), nawet jeśli to drzewo przestaje być drzewem i okazuje się zwykłym grafem. Ale w RPGowej piaskownicy sobie nie radzę. To uczucie, kiedy nie masz kompletnie pojęcia co będzie dalej, czekasz na rozwinięcie historii, a Mistrz Gry patrząc ci głęboko w oczy pyta: „i co robisz?”.  Nie wiem jak wy, ale ja mam wtedy ochotę poprosić o telefon do przyjaciela….

D&D w zasadzie sprowadza się do jednego. Bicia w potwory. No tak, na początku musicie zinwestygować problem, gdzieś pójść, napić się być może piwa, z kimś pogadać, etc, ale koniec końców traficie na gobliny, czarodziejów, tudzież inne bestie, które trzeba będzie po prostu zwyciężyć. No i oczywiście będziecie rzucać kostkami, bo przecież wynik starcia bądź łut szczęścia podczas skradania się nie weźmie się z powietrza. Fajnie, że można było spróbować co to jest D&D i z czym to się je. Dziękuję Mistrzowi Gry (a w zasadzie Mistrzyni :)) za prawie dwie godziny świetnej zabawy.

A potem wybrałam się na turnieje w moje ulubione gry… I bum! Od razu zderzenie z brutalną rzeczywistością: na Azula się nie dostałam z powodu olbrzymiego zainteresowania (a cóżem myślała, przychodząc  za pięć dwunasta? że będą na mnie czekać i grzać fotel?). Na następne wiec turnieje popędziłam do Games Roomu, gdzie były wyłożone listy, aby wpisać moje skromne imię na słuszną kartkę i nie pocałować klamki tym razem. A na otarcie łez po Azulu zagrałam w Lochy i Kwoki, szybką grę karcianą od Black Monk bazującą na spostrzegawczości i refleksie.

Lochy i Kwoki to nie jest gra, która pozwoliłaby mi przejść do kolejnego etapu, albo chociaż zadowolić się przedostatnim miejscem ;). Choć od czasu do czasu potrafię coś zauważyć w takim Dobble czy Jungle Speed, a nawet w Gorączce podziemnej mocy, to w Lochach i Kwokach kompletnie mi nie szło. W czasie tury wszyscy w tym samym momencie odsłaniamy po jednej karcie i szukamy którego z symboli występujących na kartach jest najwięcej. Kto pierwszy to zauważy zdobywa karty (a są to karty skarbu, czyli nasze punkty zwycięstwa). Ale… żeby nie było za łatwo – gdy na karcie znajduje się smok, zamiast zdobywać karty, trzeba przykryć dłonią kwokę, by ta obroniła nas przed tą bestią. Kto będzie ostatni, ten traci dwie karty skarbu. A smoki to prawdziwe smoczki… tak malutkie… tu nóżki fragment, tam ogonka. Dobrze chociaż, że zielone. Nie jest łatwo zauważyć smoka. Są jeszcze remisy i kuferek, zgaszone pochodnie, są kwoki, które nie przynoszą punktów, ale nie będę wnikać w szczegóły. Trochę to na początek może wydawać się skomplikowane. Jest też sporo niejasności – jak w wielu tego typu grach. A co jeśli razem krzykniemy? a co jak się pomylę, ale on też? a co jak się pomylę, ale się poprawię zanim ktoś to zrobi przede mną? a co jak będzie smok i zgaszona pochodnia? i tak dalej. Ale większość z nich da się rozstrzygnąć z pomocą instrukcji. Zabawa jest fajna, ale trzeba lubić tego typu gry. I jednak trochę sobie radzić z tym postrzeganiem. Trochę bardziej niż ja sobie radzę ;)

O Kingdomino ani o Reef pisać nie będę, bo pisałam już nie raz. Tak, to moje ulubione gry. Jeśli chodzi o Kingdomino, to odbyły się eliminacje do Mistrzostw Polski. Myślałam, że wynik czterdzieści parę punktów to niezły wynik. Myliłam się. Można wyciągnąć i 70, co (jeśli dobrze pamiętam) czynił za każdym razem lider tego turnieju. Reef za to był „zwykłym” turniejem, na którym można było wygrać nie tylko walutę konwentową ale również obiecywane przez FoxGames Rybki (unikatowy dodatek do Reefa). Rybki są super, Reef jest super, a że jeszcze sporo imprez przed nami, więc bierzcie udział w konkursach, bo warto. I koniecznie sprawcie sobie Reefa!

Dzień 3. – niedziela pełna niespodzianek

Oczko na sterydach

Wielką niespodzianką dla mnie okazał się Pazaak. Nie jestem fanem Star Wars, choć je lubię. Przyszłam jednak z niekłamaną ciekawością na pokaz gry. Nie znałam jej wcześniej, nie oglądałam też serialu, w którym ponoć namiętnie się w nią zagrywają. Pazaak, najsłynniejsza gra Starej Republiki, okazał się Oczkiem na sterydach. Tyle, że do 20 (a nie 21). Mój research po Coperniconie pokazał, że istnieją w sieci różne warianty. A my graliśmy w ten, w który też możecie w wolnej chwili pograć on line

Talia graczy składa się z kart od 1 do 6 (zarówno dodatnich i ujemnych ) oraz kart ze zmiennym znakiem (tj. takich, które mogą być zarówno dodatnie jak i ujemne – o znaku decyduje gracz w momencie zagrania). Z tych kart gracz wybiera 10 (wśród nich maksymalnie 4 ze zmiennym znakiem) a następnie z tych 10 losuje cztery karty. Te cztery karty muszą mu starczyć na całą rozgrywkę.

Podstawowe karty to karty od +1 do +10. Potasowane, leżące na środku stołu. Z tej talii, podobnie jak w Oczku, ciągniemy kartę i kładziemy ją przed sobą. Następnie możemy zagrać kartę z ręki. Teraz decydujemy, czy:
a) pasujemy, tj. zostajemy z takim wynikiem (suma wartości)
b) kończymy rundę (ale będziemy grać dalej, gdy wróci do nas kolejka – tzn. będziemy robić to samo, ciągnąć kartę…).
Po czym tura przechodzi na przeciwnika. Oczywiście, podobnie jak w Oczku, jeśli przekroczymy 20 automatycznie przegrywamy. Sztuka w tym, by zostać (spasować) z wynikiem najbliższym 20 (ale go nieprzekraczającym). Ideałem jest oczywiście 20.  Gramy tak do trzech zwycięstw.

Szkoda, że nikt nie wydał tej gry, jest naprawdę fajna. Ale zawsze możecie sobie zrobić takie talie kart i grać w domowym zaciszu.

Konkurs dla twardzieli

Kolejnym zaskoczeniem okazał się dla mnie Biblijny konkurs dla twardzieli. Oparty na Torze, czyli Pięcioksięgu Mojżeszowym. Pytania nie zawsze były klasy magnum 44, jak głosił tytuł, ale co najmniej połowa z nich była. Nie wiem czy ktoś (poza prymusami teologii) uczy się na pamięć nazw 4 rzek wypływających z Edenu, albo zna dokładne wymiary Arki Przymierza, ale gdzie było drzewo poznania dobra i zła wie chyba każdy. Zatem nie tylko wiedza, ale i łut szczęścia, by nie trafić na pytanie hardcore ;) Tak czy owak, konkurs choć może niekoniecznie turniejowy, sam w sobie był super. To uczucie, kiedy znasz odpowiedzi na cudze pytania, a na swoje własne nie..  ;) znacie je? no właśnie! Ciekawość, niecierpliwość, chęć sprawdzenia się, to wszystko było moim udziałem. I bawiłam się nadzwyczaj dobrze.

Toruńska piernikarka

Słów kilka o toruńskich piernikach.

Wiecie, że są pyszne? Ja nie wiedziałam.

Kolega pokazał gdzie kupić i uprzedził, że będą kolejki. A ja głupia myślałam…. w piątek po południu zachodzę: pusto. Ale co tam będę kupować, targać po całej starówce ze sobą w te i wewte. W sobotę rano zaglądam: pusto. Popatrzę sobie po asortymencie, pomyślę, ale też mi nie spieszno do zakupów, cały dzień przede mną, utykać się z tymi słodkościami chodząc od budynku do budynku. Kupię, jak będę wyjeżdżać. Niedziela: rano patrzę, kolejka na 3/4 sklepu… no cóż, za dwie godziny też będzie dzień. W południe zaglądam, kolejka na 4/4 sklepu. Zajrzę po południu, na pewno zelżeje. Po południu zaglądam – kolejka dalej jak cała nuta podzielona na 16-tki wypełniające takt: po same drzwi. A kolega uprzedzał… odstałam swoje (to było co najmniej pół godziny, naprawdę, dawno tyle nie stałam w kolejce, a czasy komuny pamiętam), kupiłam pierniczki, wróciłam do domu i… (dopiero wtedy) spróbowałam…. dobrze, że nie zrobiłam tego wcześniej, bo zostawiłabym w Toruniu moje ostatnie oszczędności. Polecam toruńskie pierniki.

Tak, tak, krewni-i-znajomi królika myślą teraz, czy wpaść na pierniczki ;)

Poznać  Toruń

Jadąc na Copernicon miałam mieszane uczucia. Chciałam tu być, ale większość planszówek wyniosła się w ten weekend do Katowic. Teraz uczucia mam już skrystalizowane: warto było tu przyjechać. Niesamowita atmosfera przepięknej starówki, Cosplay, świetne prelekcje, RPGi, turnieje, imprezy towarzyszące, perełki i ciekawostki, których w normalnym życiu nawet bym nie szukała. Jedyne co mogłabym zarzucić, to rozmach, który spowodował, że trzeba było kursować pomiędzy budynkami. Jedno przejście trwało czasem nawet do 10 minut. Szybkim krokiem. Ale dzięki temu poznałam toruńską starówkę a moje stare kości nie miały szansy się zastać i zasiedzieć, bo musiały dziarsko maszerować od jednego punktu do drugiego.

Ech, fajnie było.
Szkoda, że się skończyło!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*