Home / Rzut okiem / Gry RPG / Zew Cthulhu: Samotnie przeciwko ciemności – Zniweczenie triumfu lodu

Zew Cthulhu: Samotnie przeciwko ciemności – Zniweczenie triumfu lodu

Pod koniec roku pisałam o grze tematycznie związanej z mitologią Cthulhu. Dlaczego by więc z początkiem nowego nie powrócić do tematu, ponownie spojrzeć w paszczę szaleństwa i  stoczyć walkę z Przedwiecznymi. Tym razem nie będę jednak pisać o grze planszowej, a jednoosobowej przygodzie RPG: Samotnie przeciwko ciemności opartej o znany system Zew Cthulhu.

W nasze ręce trafia ponad 90 stronicowa księga w twardej oprawie, wydrukowana na błyszczącym papierze i stylizowana na stary notatnik pełen grafik, map i rysunków. W środku poza właściwą przygodą podzieloną na prawie 600 paragrafów znajdziemy krótki wstęp i kilka podstawowych zasad. W pierwszym momencie Samotnie przeciwko ciemności może kojarzyć się z grą paragrafową. Nie jest to jednak do końca prawda. Jako papierowy RPG gra wymaga przynajmniej podstawowej znajomości mechaniki systemu Zew Cthulhu. Nie wystarczy skakanie od paragrafu do paragrafu. Musimy wiedzieć jakie są zasady walki (zarówno wręcz, jak i z użyciem broni palnej), czekają nas rzuty kośćmi i zdawanie testów na powodzenie wykonywanych akcji. Podczas całej przygody przyda się zestaw kości do RPG, notes i długopis (do zorganizowania we własnym zakresie). Z zasadami pomoże nam kilkunastostronicowa książeczka dostępna do ściągnięcia wraz z innymi materiałami pomocniczymi na stronie wydawcy. Dla osób, które znają ten system mechanika gry nie stanowi raczej żadnego problemu. Dla kogoś, kto miał wcześniej do czynienia z innymi RPGami, szybka lektura powinna wyjaśnić zasady na tyle by dało się grać (choć ja mimo znajomości innego systemu miałam czasem wątpliwości jak coś powinno działać). Natomiast gracze, którzy nigdy nie zetknęli się z papierowymi RPGami lub tylko liznęli minimalne podstawy mogą się początkowo od zasad odbić.

Życie Badacza jest pełen trudów i niebezpieczeństw

Jest jesień 1931 roku. Początkowo wcielamy się w profesora Uniwersytetu Miskatonic Louisa Grunewalda, który dostaje niepokojący telegram od swojego przyjaciela Tibora Gliere, który został właśnie aresztowany w Grecji za kradzież antyków. Postanawiasz mu pomóc i wyjaśnić sprawę, nie przeczuwając jeszcze, że gra toczy się o o wiele większą stawkę.

Bohaterowie w trakcie gry będą się zmieniać. Do naszej dyspozycji zostają oddane cztery zdefiniowane karty postaci (Badaczy), których statystyki możemy modyfikować o określoną liczbę punktów zgodnie z naszą wolą i stylem gry. Jeśli uważamy, że potrzebne nam będzie wyszukiwanie informacji możemy  poszerzyć umiejętności korzystania z bibliotek, a może chcemy naszą postać nauczyć jakiegoś języka obcego, prowadzenia samochodu czy poprawić celność przy strzelaniu z broni palnej? Sprawić by była bardziej czarująca, albo wręcz przeciwnie, posługiwała się nie dyplomacją, a argumentami siłowymi? Również nic nie stoi na przeszkodzie byśmy stworzyli naszego Badacza sami od początku do końca. Wybór należy do nas.

Jedna rada, do postaci raczej nie należy się przywiązywać bowiem giną często. Czasem przez nasze przeoczenie, czasem po prostu przegrywają z losem. Poza śmiercią naszego bohatera może czekać postradanie zmysłów. Pół biedy kiedy jest tylko chwilowe. Całkowite szaleństwo kończy grę równie skutecznie jak śmiertelna rana postrzałowa. Gdy tak się stanie dobieramy kolejnego bohatera i zaczynamy przygodę od wskazanego miejsca. Tutaj pojawia się lekki zgrzyt. Brakuje mi jakiejś mechaniki, która pozwalałaby na szybsze wbicie się w fabułę nowej postaci. Niestety część kroków poprzednika musimy powtórzyć i momentami jest to po prostu nudne. Z drugiej strony możemy odkryć wcześniej przeoczoną wskazówkę lub w niektórych wypadkach pójść zupełnie inną ścieżką.

Ważnym elementem gry jest śledzenie upływu czasu. Mijające dni mają wpływ na grę, niektóre lokacje są zamknięte o określonych porach dnia. Może się nawet zdarzyć, że sama fabuła zmieni się w zależności od daty, w której przybędziemy do jakiegoś miejsca. Niby jest to ciekawe rozwiązanie, urozmaicające grę, ale jest to również dodatkowa rzecz, której trzeba pilnować. Kolejne wykreślanie godzin, zaznaczanie obowiązkowych pór snu i posiłków było dla mnie uciążliwe i rozpraszające. Odnotowywanie czasu podróży, przemieszczania się między lokacjami (co ciekawe przejście z jednego miejsca na drugie zawsze zajmuje godzinę, upraszcza to obliczenia, ale jest mimo wszystko dosyć nierealistyczne), czasu poświęconego na badania, odrywało mnie od całej przygody na tyle, że były momenty, w których miałam ochotę tę mechanikę porzucić.

Wiadomo, że tam gdzie pojawiają się kości, pojawia się również losowość. Bywają paragrafy, które przy jednej porażce od razu skutkują śmiercią postaci. Nieudane rzuty możemy modyfikować za pomocą punktów szczęścia. Jest to jednak skończona pula i jej nadmierne eksploatowanie prowadzi do szybkiego wyczerpania. Trzeba się więc zastanowić czy w danym momencie naprawdę potrzebujemy oszukać los. Jako gracz solo mamy utrudnione zadanie. Przy kilku osobach w standardowym party możemy podzielić się rolami, dostosować statystyki tak, by każdy był w czymś dobry i starać się korzystać ze swoich atutów w odpowiednich momentach. W Samotnie przeciw ciemności takiego luksusu nie mamy. Niemożliwością jest by jedna osoba była dobra we wszystkim. Siłą rzeczy część testów nie będzie nam wychodziła. Czasami po prostu musimy pogodzić się z bezsilnością wobec pechowych rzutów.

Zdarzały mi się chwile, w których się zacinałam. Czy to przez przeoczenie jakiejś ścieżki fabularnej, czy nieudane rzuty kośćmi. Są w grze takie momenty (na szczęście niewiele), które wymagają od nas udanego rzutu, aby popchnąć fabułę do przodu. Nie udało się? Przykro mi spróbuj jutro. I tak mija nam dzień za dniem, a cenny czas przecieka przez palce. Były takie miejsca w grze, gdy byłam gotowa zrobić wszystko byleby iść dalej, niejednokrotnie podejmując ryzykowne decyzje ze świadomością czyhającego zagrożenia. Zdarzyło mi się w ten sposób zabić postać, a takie bezsensowne śmierci bolą chyba najbardziej.

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat!

Grając w Samotnie Przeciwko Ciemności powinniśmy zarezerwować sobie trochę czasu. Usiąść wygodnie w ciszy i spokoju, pozwolić się ponieść historii. W tę grę nie da się grać “na kolanie”, na szybko, bez skupienia. Naprawdę polecam zebrać się w sobie i skończyć przygodę za jednym posiedzeniem. Każda przerwa i odkładanie gry na później skutkuje wybiciem z klimatu. Zaczynamy zapominać co wydarzyło się we wcześniejszych paragrafach, umykają nam wskazówki i de facto pozbawiamy się części przyjemności z grania. Z tego samego powodu dobrze jest uzbroić się w ołówek, kartkę i skrzętnie prowadzić notatki. Jeśli chcemy pełnej imersji możemy nawet przerysowywać dołączone wskazówki i mapy. Przy bardziej luźnym podejściu zanotujcie przynajmniej numer strony z grafiką, żeby potem gorączkowo nie wertować całej książki.

Samotnie przeciwko ciemności to gra w której oprócz wygranej ważna jest cała droga jaką pokonujemy by ją osiągnąć. Zanurzamy się w opowieść, przeżywamy ją razem z naszym bohaterem w oparach absurdu, grozy i horroru. Historia rzuca nas do różnych zakątków świata, stawia przed naszymi bohaterami wyzwania intelektualne i fizyczne. Wraz z rozwojem opowieści coraz bardziej zagłębiamy się w niezrozumiały, duszny, pełen koszmarów świat. Zaczynamy się utożsamiać, nawet można powiedzieć, że popadamy w postępującą paranoję. Czy mogę zaufać dopiero co napotkanej postaci? Dochodzimy do etapu, w którym przestajemy ufać komukolwiek i zostajemy sam na sam z szaleństwem. Braku klimatu tej grze nie można  zarzucić. Niektóre opisy są naprawdę obrazowe, niepokojące, niekiedy wręcz obrzydliwe (jeśli ktoś już miał okazję grać – moment z koszem utknął mi w pamięci na długo).

Samotnie przeciwko ciemności daje nam unikalne doświadczenie bycia jednocześnie graczem i mistrzem gry. Ciekawa narracja powoduje, że chętnie poznalibyśmy wszystkie dostępne ścieżki, którymi nasza postać mogła podążyć. Gra jest trudna i satysfakcjonująca, nie uniknęła jednak kilku potknięć rzutujących na ogólny odbiór. Polecam dla sympatyków Wielkich Przedwiecznych, czy osób grających w Zew Cthulhu, ale też tych z Was, którzy doceniają dobrze poprowadzoną historię.

Pingwin

Pingwin: Odbiłam się od zasad. Boleśnie i kilkukrotnie. Zetknęłam się co prawda wcześniej z RPG-ami – gram sporadycznie w Star Trek Adventures – ale mechanika rpegowa nigdy mnie nie pociągała. Zabrałam się do Samotnie przeciwko ciemności dla historii. Niemniej potulnie ściągnęłam książeczkę (mechanikę Zewu Cthulhu) i próbowałam sobie je przyswoić. Początek wydawał mi się nawet pociągający (upływający czas, konieczność odpoczynku, posiłków) ale jak doszłam do testów, które mimo wszystko nie były dla mnie totalną nowością, to odbiłam się. Nie od stopnia trudności, co nie przebrnęłam do końca z powodu potwornej nudy, która mnie ogarniała za każdym razem, gdy próbowałam je czytać. Tak wyglądała moja pierwsza porażka.

Nie poddając się jednak postanowiłam, że zajmę się testami jak przyjdzie na to pora (w najgorszym razie je uproszczę i stworzę swój własny system sukcesów i porażek) i weszłam w historię. Dość szybko okazało się, że zapominam o czasie/odpoczynku/posiłkach. A nawet wtedy kiedy pamiętam, nie bardzo chciało mi się  siedzieć nad kalendarzem i wykreślać. Zatęskniłam za interakcją z Mistrzem Gry. Historia spaliła na panewce zanim tak naprawdę dobrze się rozkręciła. I tak upłynął wieczór i poranek – porażki dzień drugi.

Trzecia porażka spotkała mnie, gdy nie dając za wygraną postanowiłam potraktować grę jak paragrafówkę. Po prostu podejmować decyzje skąd dokąd się udać od czasu do czasu rzucając kostkami gdy już koniecznie trzeba (udając jedynie, że rzuty te mają coś wspólnego z mechaniką). Po pewnym czasie jednak okazało się, że to też nie jest to, co by się wydawało być. Taka gra nie ma specjalnie sensu. I to był porażki dzień ostateczny. Rozstałam się z Samotnie przeciwko ciemności. Z lekkim bólem, bo lubię H. P. Lovecrafta, ale jednak się rozstałam. Myślę, że osobom grającym i lubiącym RPG ta solówka może się spodobać. Jest niesamowicie klimatyczna a historia jest wciągająca. Ale ja na pewno w nią już nie zagram.

 



Grę Samotnie przeciwko ciemności kupisz w sklepie

Ogólna ocena (7,5/10):

Złożoność gry (6/10):

Oprawa wizualna (8/10):

Dziękujemy firmie Black Monk za przekazanie gry do recenzji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Escape Room: Zagadka Sfinksa

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o karcianych escape roomach, byłam sceptyczna. Nie jestem fanem kooperacji, a gry „jednorazowe” wydały mi się nietrafionym pomysłem. Za namową znajomej zasiadłam jednak do Ataku na Londyn i… przepadłam z kretesem. Jeszcze tego samego dnia zamówiłam Tajemnicę Eldorado i Podróż w czasie. Teraz na mój stół trafiła kolejna karcianka wydawnictwa FoxGames, Escape Room: Zagadka Sfinksa.