Light Speed: Arena od Tablescope.
Zeszłoroczne targi SPIEL w Essen były dla mnie targami czarnych koni. Jeden z nich – czarnym koniem z kosmosu. Małe pudełko, rekordowo krótki czas gry, niemal zero zasad, a do tego aplikacja. Taki elevator pitch może niektórych zniechęcać, ale zapewniam – dajcie mi jeszcze kilka pięter, a niechęć zniknie zupełnie.
Gra planszowa w 3 minuty
Biorę głęboki wdech i spróbuję wytłumaczyć zasady Light Speed: Arena na jednym tchu – skoro tyle wystarczy na partię, powinno wystarczyć i na tłumaczenie, prawda?
Gracze, w rytmie wyznaczanym przez aplikację, co kilka sekund będą umieszczać w polu gry swoje statki, w formie kafelków z numerami i kolorowymi wiązkami, które symbolizują lasery, którymi po zakończeniu partii będą do siebie strzelać te statki, w kolejności wyznaczonej przez numerki, do 1 do 8, z mocą od 1 do 3 obrażeń w zależności od koloru lasera, którą to moc pomniejszymy o ewentualne tarcze widoczne na kafelkach, a następnie podsumujemy punkty za trafienia w statki, bazy i asteroidy, które też są na planszy przepraszam że o tym nie wspomniałem od razu, ale skupiłem się za mocno na oddechu.
Mamy to.
Możecie siadać ze mną do partii w Light Speed: Arena. Albo stawać, bo na siedząco to nie te same emocje.
Resztę zrobi za dla nas aplikacja.
Gra dla ludzi w biegu
Light Speed: Arena to niesamowicie prosty koncept, który dostarcza to, co obiecuje i robi to z werwą i humorem godnym najlepszych party games.
Ale to nie jest party game.
W grze mamy tak naprawdę tylko kilka zasad. Nasze statki mają punkty życia, a zniszczone przed swoją turą nie odpalą dział. Baza ma cztery punkty życia i będzie warta punkty, jeśli przetrwa. Jeśli ulegnie destrukcji – punkty przejmie ktoś inny. Co ważne: celujemy tu do obrazka, a nie kafelka. Trafienia w kant kafla nic nam nie dają, wymagana jest precyzja.
Przeszkodami w precyzji są asteroidy. Gdy zablokują strzał, dadzą nam punkty adekwatne do siły lasera (że niby jakieś wydobywamy z niej minerały). Ale gdy odwrócimy je na drugą stronę – wprowadzą do gry dodatkową zasadę. Świąteczna, migocząca asteroida, która w kolejnych rundach na przemian pojawia się i znika? Złota, malutka asteroida, trudna do trafienia, ale warta 2x punktów? Moja ulubiona, asteroida snajperska, która nagradza precyzyjne strzały z dystansu min. 28cm?
Proszę, można sobie i takie urozmaicenia włączyć. Dwa, cztery, albo i wszystkie. A potem rozrzucić je dosłownie gdzie bądź i sprawdzić, czy było jeszcze gdzie wcisnąć własne statki.
Sztuczna inteligencja gra za nas
W trakcie właściwej części gry mamy 10 sekund na rozstawienie każdego statku. Czyli maksymalnie 80 sekund lub mniej, jeśli gramy w większym gronie.
Cała reszta to zrobienie zdjęcia i obserwowanie, jak potoczyła się bitwa.
Nie zrozumcie mnie źle – ale te dwie połowy gry są dla mnie tak samo atrakcyjne. Wyścig z timerem i łokciowanie kolegów, by zmieścić się w polu gry z kafelkami – wrażenia absolutnie bezcenne. Tym bardziej bezcenne, im częściej po zagraniu statku wydajemy z siebie gromkie „jezu jak krzywo…”. A wydamy to z siebie nad wyraz często. Bo Light Speed: Arena to nie gra snajperskich strzałów, tylko komicznych omylek.
A te ukazuje nam, boleśnie i brutalnie, właśnie aplikacja. Strzał po strzale pokaże nam, jak zamiast w przeciwników – trafialiśmy w swoje statki. Jak zamiast wydobywać minerały z asteroidy, wydobywaliśmy punkty życia z własnej bazy. I jak krok po kroku grzebaliśmy swoje szanse na zwycięstwo. A robi to z nieskrywanym wdziękiem, komentując często i gęsto nasze poczynania. Dzięki temu oglądanie bitwy niejako w formie replayu okraszone jest nie mniejszymi ciarkami żenady i salwami śmiechu, co właściwa rozgrywka.






Nie strzelać do kafelka, robi, co może!
Zaryzykuję stwierdzenie, że Light Speed: Arena to party game z twistem. Prosta, żywiołowa, nieodparcie zabawna, dramatycznie szybka i silnie regrywalna. To nie gra dla strategów i miłośników główkowania. To gra, dla miłośników dobrej zabawy. Ta podana jest tu w skondensowanej postaci. I każdym komponentem zachęca do tego, by zamiast jednej rozgrywki, zrobić sobie mały turniej.
Aplikacja staje się centralnym punktem zabawy, choć i bez niej można dać sobie radę. Wydawca zaoferował nawet, przezabawnie nazwany, Downgrade Pack – dla tych, którzy wolą sobie podliczyć wyniki analogowo.
Gra już na starcie oferuje nam talię asteroid i cztery armie, każda z opcjonalną, asymetryczną zdolnością. To dyskretne, ale znaczące przyprawy w stylu żółtego lasera przechodzącego przez pierwszy cel, tarcz, które blokują obrażenia całkowicie, zamiast redukować je o 1, czy podwojenia mocy strzału, jeśli w poprzedniej inicjatywie straciliśmy statek. W połączeniu z sześcioma, a nawet dziesięcioma (po 2 znajdziemy w dodatkach Glyphon i BlackHole + kilka można dorwać jako promki, czy nawet samodzielnie wydrukować), otrzymujemy pakiet różnorodnych wrażeń na wiele, wiele wieczorów z grą.
Idąc jeszcze głębiej – można liczyć na pierwszą w historii planszówek… grywalną playmatę! Trudno dostępna (niski, wyprzedany na SPIEL nakład) mata zawiera dwa nowe tryby gry, uruchamiane dzięki załączonym asteroidom. W jednym – strzały wychodząc z jednej strony maty wrócą ze strony przeciwnej. W drugim – będą odbijać się od jej krawędzi jakby mata była miniaturowym stołem bilardowym. Mam cichą nadzieję, że maty wrócą jeszcze (wraz z polską edycją?), a twórcom nie zabraknie pomysłów, by grę dalej rozwijać.
3 pytania, 3 minuty
Czy Light Speed: Arena to bardziej gra planszowa, czy bardziej aplikacja z kafelkami?
Czy w trzech minutach można naprawdę zmieścić satysfakcjonującą zabawę?
Jak bardzo nie mogę się doczekać kolejnej partii?
Light Speed: Arena to niezbity dowód na to, że w grach jeszcze wszystkiego nie widzieliśmy, a aplikacje dopiero zaczynają pokazywać zębiska w naszym hobby. To błyskawica w szklance wody. Pełnoprawne, choć lekkoduszne i krótkodystansowe, zjawisko planszowe. Zgrabnie łączy elementy zręcznościowe z taktycznymi i oferuje niesamowitą zabawę nad stołem. Granie na stojąco nigdy nie było tak przyjemne i tak naturalne! Ogrom jest przy tej grze śmiechu, wzajemnych pocisków i dogłębnej samokrytyki. To jedna z tych gier, w których im gorzej nam idzie, tym paradoksalnie większą mamy z tego radochę. To doprawdy mistrzowskie wykorzystanie komponentów, które w pomysłowy sposób łączy świat namacalny z tym cyfrowym. Bez wątpienia jedna z ciekawszych gier z SPIEL 2025 i zupełnie unikatowa, planszowa strzelanina. Na pewno takiej jeszcze nie macie w kolekcji.
Pora to zmienić!
Zalety:
+ ekstremalnie szybkie i ekstremalnie dynamiczne partie
+ pełne humoru, komicznych błędów i przypadkowych trafień rozgrywki
+ spora różnorodność dzięki asteroidom i zmiennym ich układom na stole
Wady:
– aplikacja lepiej sprawdza się na tablecie, niż na smartfonie (pod względem czytelności dla wszystkich dookoła stołu)
– w pełni komfortowa gra wymaga stołu z dostępem ze wszystkich stron
Playmata dzięki uprzejmości Playmaty.pl
Ogólna ocena
(8/10):









Złożoność gry
(3/10):









Oprawa wizualna
(7/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Bardzo dobry przedstawiciel swojego gatunku, godny polecania. Wady mało znaczące, nie przesłaniające mocno pozytywnego odbioru całości. Gra daje dużo satysfakcji.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony

































