Home / Recenzje / Gry dla graczy / Tigris & Euphrates

Tigris & Euphrates

„Ur… Niniwa… Babilon – Biblia opisuje te miasta jako miejsca, z których wywodził swoje korzenie rodzaj ludzi. Nauka przyznaje: w żyznej Mezopotamii, między rzekami Tygrys i Eufrat, położona jest kolebka cywilizacji” (z instrukcji do T&E).

Obszar ten ma szczególne znaczenie również dla boardgamingu. Jakiś czas temu pisałem o najstarszej, znalezionej tam grze planszowej. Miejsce to łączy się też z najgłośniejszym chyba nazwiskiem wśród twórców gier typu German-abstract, czyli z dr Reinerem Knizią (matematyk, autor ponad 200 gier; więcej informacji na stronie Reinera).

Tygrys i Eufrat w portalu BGG określona została „zasadniczo najlepszą grą” tego twórcy. Nie jest wszakże pewne, czy jest to jednocześnie jego najbardziej znany tytuł. Z pewnością zaś nie dorównuje popularnością Osadnikom Teubera, czy Carcassonne Wredego. I choć w moim, poniekąd subiektywnym, przekonaniu jest bardziej interesująca od dwóch wspomnianych gier, to różnicę popularności dosyć łatwo wyjaśnić: T&E jest po prostu planszówką trudniejszą, o mniej intuicyjnej mechanice.

Jak wiele innych gier ze swojego gatunku cechuje luźne powiązanie fabuły z mechaniką. Ta ostatnia opiera się na lubianym przez Niemców tile-placement (układanie klocków – pól). Do tego dorzucić trzeba element nieodzowny German-style-games, czyli rój drewnianych sześcianów w kilku kolorach. W pewnym sensie T&E jest więc bardzo reprezentatywna dla swojego gatunku.

W grze wcielamy się w przedstawiciela jednego z wysokich rodów Mezopotamii (do wyboru symbole: Lwa, Byka, Łuku i Dzbana), które zmagać się będą o hegemonię w państwach regionu położonego pomiędzy dwoma wielkimi rzekami. Państwa tworzyć się będą poprzez dokładanie przez graczy kolejnych klocków-pól, a władzę i wpływy zdobywa się poprzez umieszczanie w królestwach znaczników władcy. Proste? Niekoniecznie.

Nie chcę wchodzić w szczegółowe zasady, bo temu służy instrukcja, a nie recenzja, ale warto opisać kilka wyjątkowych reguł, które tę grę tworzą. Otóż dysponujemy czterema rodzajami pól, z których tworzy się krainy (jak poucza instrukcja – kraina to grupa klocków bez znacznika władcy; ze znacznikiem władcy jest to już królestwo). Czerwone, symbolizują świątynie, zielone bazary, niebieskie farmy, a czarne osady. Czerwone mają tę specjalną zdolność, że tylko przy nich można ułożyć na planszy władcę. Niebieskie z kolei można układać tylko na rzekach. Poza tym każdy rodzaj pola daje w momencie jego dołożenia punkty danego koloru. Punkt otrzymuje ród (gracz), który ma w tym królestwie władcę w odpowiednim kolorze. Ci występują bowiem również w 4 kolorach. Jeden jest od handlu (zielony), jeden od rolnictwa (niebieski), jeden jest kapłanem (czerwony), a jeden królem (czarny). Poszczególni władcy również posiadają specjalne zdolności (czarny może zastępować innych władców w sytuacji, gdy ich nie ma w królestwie; zielony zbiera skarby). Rody mogą dzielić między siebie poszczególne „sektory” działalności w określonym królestwie i w zależności od tego zbierać w nich punkty.

Pomijając szczegóły warto powiedzieć o kilku najważniejszych elementach rozgrywki. Po pierwsze są to dwa rodzaje konfliktów: wewnętrzny (uzurpacja) i zewnętrzny (wojna). Wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy do królestwa dokładany jest drugi władca w tym samym kolorze. Taka rywalizacja rozstrzygana jest przy pomocy czerwonych klocków i kończy się usunięciem uzurpatora, bądź jego poprzednika. Wojna (konflikt zewnętrzny) zaczyna się, gdy dojdzie do połączenia dwóch królestw, w których umieszczeni są dwaj władcy tego samego typu. Ten rodzaj konfliktu kończy się nie tylko usunięciem jednego z władców, ale i zniszczeniem części pól. Dodatkowe możliwości wpływania na rywalizację pomiędzy królestwami są żetony katastrofy (każdy gracz ma na początku dwa), które niszczą wybrane pole, doprowadzając tym samym np. do rozdzielenia królestw. Bardzo ważnym elementem są w końcu „monumenty”, czyli wielkie budowle, które ustawia się na czterech ustawionych w kwadrat jednakowych klockach. Monumentów jest 6 i każdy daje władcom o korespondującym kolorze (monumenty są dwukolorowe) punkty określonego koloru… co kolejkę! Siłą rzeczy walka toczy się więc zazwyczaj o dojścia do królestw z monumenatmi.

Tych kilka podstawowych zasad sprawia, że każda rozgrywa jest wyjątkowa. Nie zdarzyły mi się chyba w T&E dwie podobne choćby gry. Czasem jest wiele małych państewek, każdy rozbudowuje swoje, a czasem jest jedno czy dwa imperia. Czasem na planszę dość szybko trafiają wszystkie monumenty, a czasem nie pojawiają się prawie do końca gry. Bywa, że ciągle dochodzi do konfliktów (nie napisałem o tym wcześniej – one też dają punkty, czasem nawet całkiem sporo), a niekiedy konfliktów prawie nie ma. Ważne też jak szybko z planszy schodzą skarby, tj. punkty bez konkretnego koloru, które na koniec można dodać do dowolnej kategorii (czyli tzw. mydła).

Dość oryginalny jest też sposób wyłaniania zwycięzcy. Otóż przez całą rozgrywkę uczestnicy gromadzą punkty różnych kolorów za „parawanikiem” (w tajemnicy przed konkurentami). W momencie zakończenia rozgrywki (kończą się klocki, albo zostają tylko 2 skarby na planszy) gracze usuwają zasłonki i zliczają, ile który ma punktów w określonym kolorze. Zwycięzcą zostaje ten, który ma najwięcej punktów w swoim najsłabszym kolorze. Czyli możliwe jest, że gracz, któremu teoretycznie słabo szło, ale zdobywał punkty w sposób zbalansowany, wyprzedzi na koniec kogoś z bajońską liczbą klocków, ale o nierównomiernym składzie. Niebagatelną rolę mają tu oczywiście do odegrania „mydła”.

Jeśli chodzi o wykonanie gry, to jest ono solidne, ale mało efektowne graficznie. Grafiki są schematyczne i jest ich niewiele. Plansza jest monotonna i czasem ciężko odróżnić krzaki od rzeki. Popycha to T&E trochę w kierunku gier abstrakcyjnych, takich jak szachy czy GO. Ale w tym właśnie leży główny walor gry. Spójny (chociaż dla niektórych trudny do szybkiego opanowania) zestaw reguł w połączeniu ze schematyczną planszą i standardowym zestawem elementów sprawia, że rozgrywka zyskuje praktycznie nieskończenie wiele kombinacji rozwoju. Nie zatraca przy tym ostatecznie cech standardowej planszówki: konflikty nagrzewają atmosferę, a istnieje też element losowy w postaci doboru klocków-pól na ślepo – z płóciennego woreczka. Przy tym najlepiej gra się w 3-4 osoby (chociaż można grać i we dwójkę), więc rywalizacja znacznie się komplikuje.

Ogólnie grę poleciłbym osobom, które zjadły już zęby na Osadnikach (czy innych grach, które najbardziej nadają się dla „n00bów”), a które poszukują bardziej wymagającej, a jednocześnie zrównoważonej (ciężko o optymalną strategię) mechaniki.

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany w serwisie Gry-Planszowe.pl.

17 komentarzy

  1. Avatar
    Artur Jedliński

    Dla mnie jedna z najlepszych gier planszowych wszechczasow. Niestety, sam nie posiadam egzemplarza, poniewaz wersja angielska jest piorunsko droga. Wyslalem wiec pytanie do Dirka Geilenkeusera z Hans im Glueck, na ktore otrzymalem dzisiaj odpowiedz:

    AJ> (…) are you going to re-print some of your older games which are not currently available, like Tigris & Euphrates?

    DK> We thought about this many times. But after this game is very expensive, we would have to make a minimum print run of 5.000 games and we think, that we would need a long time to sell these. So we decided not to reprint it.

    :-(

  2. Adam Kałuża
    Adam Kałuża

    Wersja niemiecka jest ciagle dostepna z tego co wiem… a różnica jest chyba niewielka.

  3. Krzysztof Dytczak
    Krzysztof Dytczak

    Niewątpliwie produkt ten zasługuję na uwagę. To kolejna gra, która nie tylko wymaga ciągłej obserwacji ruchów przeciwników, ale również ukazuje cechy osobowości graczy. Mechanizm wydaje się być dość prosty. Oczywiście po kilku partiach narzucają się pewne optymalne posunięcia.

  4. Avatar
    Krzysiek Wierzejewski

    Gra jest genialna. Doskonała dla wytrawnych graczy. Prosty mechanizm, stwarza niesamowicie dużo możliwości. Cały czas coś się dzieje, cały czas trzeba kombinować. Żaden lider nie jest w stanie w nieskończoność panować w swoim królestwie:).

    Co do zakupu:
    Gra jest niezależna językowo.
    Niemiecka wersja już dawno się wyczerpała i tylko co jakiś czas dostępna jest na ebay’u za około 40 euro.
    Wersja angielska jest w sprzedaży. W moim subiektywnym odczuciu jest ona ładniejsza od niemieckiej. Co do ceny to nie przesadzajmy. Rebel dyktuje absurdalne 240pln ale http://www.gryplanszowe.pl już tylko 190pln. Owszem, i to nie jest mało, ale moim zdaniem już w granicach rozsądku, szczególnie dla graczy, którzy szukają czegoś cięższego niż SvC i nie interesują ich gry pełne sztucznych opcji i tabelek.

  5. Avatar
    Jarosław Czaja

    Mimo, że gra jest bardzo ładnie wykonana, to ja mam subiektywne odczucie, że jest zdecydowanie za droga w stosunku do zawartości pudełka. Myślę, że pod wzlędem zawartości (nie mechaniki) jest porównywalna do Caylusa (plansza, żetony, drewniane kostki i domki), a Caylus jest znacznie tańszy. Cóż, płacimy głównie za pomysł. A że gra jest dobra, to nie ulega wątpliwości, choć nie koniecznie wszystkim się podoba. Gdyby była tańsza, to sprzedawałaby się zapewne dużo lepiej, bo teraz chyba nie jest bestsellerem?

  6. Marek Pańczyk
    Marek Pańczyk

    Oczywiście, że gra jest za droga. Nic tam nie ma takiego niesamowitego (jeżeli chodzi o elementy), żeby były wysokie koszty jej produkcji. Dla tego też pomimo, że Tigris & Euphrates ma niesamowitą mechanikę i świetnie odzwierciedla rozwój państw to nie mam go w swojej kolekcji (nie licząc samoróbki). Mam swoją żelazną zasadę, że nie przekraczam pewnych wygórowanych cen gier. W przypadku Tigris & Euphrates niestety płaci się za markę o nazwie Reiner Knizia. I do tego jeszcze za jedną z najważniejszych gier w jego bogatej twórczości. Stąd wydawca każe sobie słono płacić.

  7. Adam Kałuża
    Adam Kałuża

    Właśnie nie rozumiem dlaczego T&E tyle kosztuje. Jest sporo gier Knizi lepiej wydanych, nie tak osławionych :( ale dużo tańszych.
    Czy cena jest związana z wysoką oceną ?
    Wydaje mi się, że gdyby obecnie T&E został wydany na nowo, byłby dużo tańszy…

  8. Avatar
    Krzysiek Wierzejewski

    T&E wcale dużo nie kosztuje!!! Jego cena w Polsce wynika z tego, że trzeba go sprowadzać z USA, i że polskie sklepy sporo sobie „przycinają”. W USA T&E kosztuje około 35$ i jest tańszy od Caylusa, gdyż tego z kolei trzeba sprowadzać z Europy!

    Gdyby T&E został ponownie wydany w Niemczech, to zapewne kosztowałby tyle, co obecnie wydawane gry, czyli 20-30 euro i byśmy mieli go w Polsce za jakieś 150pln. Niestety, jak doniósł Nataniel, niemiecki wydawca nie ma tego w planach.

  9. Avatar
    Ireneusz Sadowski

    Cena jest najwyraźniej wynikiem sporego popytu i małej podaży. Dziwi fakt, że nie wznawiają tej gry, skoro trzecie miejsce na BGG to naprawde niezły kapitał.
    Zgadzam się z Geko, że zawartość pudełka nie jest wcale bardziej imponująca niż w Caylusie. A oprawa graficzna aż prosi się o zmianę. Gdyby przykładowo na klockach były przedstawione osady, bazary, pola i świątynie z lotu ptaka, mapa w trakcie gry wyglądałaby znacznie bardziej atrakcyjnie (no i budziłaby nieodparte skojarzenia z Civ ;-)

  10. Avatar
    Robert Konrad Buciak

    A może trzeba wydać T&E w Polsce? Które wydawnictwo byłoby chętne? Ja bym kupił rodzime wydanie. Skoro Niemcy nie chcą, to może spuszczą na licencji. :-)

  11. Avatar
    Michał Broniek

    Czy ma ktoś zasady T&E w wersji „zrozumiałej”.
    Nie za bardzo moge się połapać o co tam chodzi… a słyszę tyle dobrego :P

  12. Michal Stajszczak
    Michal Stajszczak

    Próbowałem namówić firmę Albi, żeby zrobiła czesko-polskie wydanie (skoro współpracują z wydawcą, dystrybuujac w Polsce Carcassonne). Oto odpowiedź:
    Oczywiście rozmawiałam z naszym szefem i menadżerem od gier odnośnie
    Tygrys i Eufrat i potwierdzili mi to co Pan mówił że trzeba wyprodukować
    bardzo dużą ilość egzemplarzy ponad to gra jest bardzo droga i na pewno w tym momencie nie jesteśmy zainteresowani ta gra. Ponad to gra jest znana tylko wśród osób które interesują się grami nie szerszemu klientowi.

  13. Avatar
    Piotr Krzemiński

    Dla mnie jest to decyzja calkowicie zrozumiala i bardzo mozliwe, ze sluszna z ekonomicznego punktu widzenia. Nasz rynek musi jeszcze troche dojrzec do takich tytulow.

  14. Avatar

    No i bedzie wersja PL Lacerty – sporo taniej niz 180 PLN
    Pozostaje tylko czekac :)

  15. Avatar

    No i jest:
    http://www.rebel.pl/product.php/1,302/9667/Eufrat-i-Tygrys.html

    Jedyne 129 zlotych. Waham sie czy zamawiac, chetnie zagralbym przed zakupem.

  16. Avatar

    A ja mam i bardzo sobie ten zakup chwalę. Genialna gra za 125 złotych (przedpremierowo), przy b. dobrej jakości wydania – czego tu chceć więcej? :D Złamałem tu co prawda swoją zasadę, że nie kupuję planszówek, w które nie zagrałem choćby raz, ale wydaje mi się, że dla gier z pierwszej 10 GBG można zrobić wyjątek. A z pierwszej dwójki już na pewno. ;)

  17. Avatar
    sophrosyne sophrosyne

    witam! pod koniec marca kupiliśmy ze znajomymi naszej koleżance na urodziny właśnie „Tygrys i Eufrat” – od tamtej pory często graliśmy i wciąż mam ochotę grać w tą grę – na prawdę jest niesamowita!! jak wiadomo ciężko znaleźć czas, by zebrać ekipę na granie tak często, jak by się chciało, więc znalazłem w sieci serwis, gdzie można pograć właśnie w „Tygrys i Eufrat” (ponoć tylko pierwszy miesiąc za darmo, ale mi już dawno termin minął, a nadal mogę grać) – jak na grę planszową po sieci, grafika jest całkiem przyzwoita (jeśli porównać choćby z Puerto Rico na brettspielu) – polecam wszystkim na chwilę relaksu ;) (http://gametableonline.com/ oczywiście wiadomo, że nic nie zastąpi grania w rzeczywistości, ale czasem z braku możliwości trzeba się zadowolić tym, co jest dostępne :]
    pozdrawiam

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Załoga: W poszukiwaniu dziewiątej planety – dopiero teraz ktoś na to wpadł?

Cześć. Nazywam się Maciek. Nikt nigdy nie nauczył mnie jak grać w karty. Do dziś nie znam zasad gry w Tysiąca, a kiedy słyszę kogoś wspominającego 3-5-8 to zastanawiam się, czy przypadkiem nie chodziło mu o 5-10-15. Słysząc “lewa” oglądam się przez ramię. Słysząc “atu” podświadomie czekam na nigdy nie pojawiające się na końcu tego słowa “t”. Poukładałem już sobie w głowie, że można wychodzić jednocześnie nie wstając od stołu i przeprowadzić licytację bez pieniędzy, ale nadal czasami zastanawiam się, czym rzuca się w Brydżu sportowym. O! Parę razy grałem w Kierki dodawane do któregoś Windowsa i uznałem, że to trochę bez sensu i mnie nie bawi.