Home / Recenzje / Gry imprezowe / Identik – nieskrępowana radość bazgrania

Identik – nieskrępowana radość bazgrania

Każda sztuka jest bezużyteczna.

Oscar Wilde, Portret Doriana Graya (1890)

Gry imprezowe to specyficzna kategoria planszowej zabawy. Zwykle w cieniu bardziej skomplikowanych braci, brane na doczepkę, upychane w zakamarkach toreb, czekają na swój czas. Ale gdy ten nadchodzi są niezastąpione. Na luźnych spotkaniach, na imprezach, podczas rodzinnych zjazdów błyszczą i oferują rozrywkę w swej najbardziej radosnej i nieskrępowanej formie. I o ile grę z tego gatunku znajdziemy w kolekcji niemal każdego gracza, to w związku z deficytem wolnego miejsca, zwykle będzie to jeden lub dwa starannie wyselekcjonowane tytuły. Każda nowa propozycja musi stanąć w szranki z dotychczasowymi mieszkańcami półki. Czy Identik ma w tym starciu szanse?

Średniej wielkości pudełko mieści w sobie 60 dwustronnych kart, ołówki, kostkę, klepsydrę i notesiki. Całość wydaje się uzasadniać niemałą cenę gry – niestety wrażenie to pryska, gdy uświadomimy sobie, że sercem i jedynym naprawdę istotnym elementem są karty. Reszta to miłe dodatki (może poza klepsydrą), które byłyby milsze, gdybyśmy nie musieli za nie płacić. Notesiki są wprawdzie przygotowane specjalnie pod grę, ale bez żalu będzie je można zastąpić zwykłą kartką. Zatem, mimo iż Identik nie jest może sztandarowym przykładem bezsensownego rozdymania wielkości pudełka, to niewątpliwie grę można by (i zapewne tak będziecie robić zwłaszcza na wyjazdach) zamknąć w cztery razy mniejszym opakowaniu.

Zawartość pudełka, czyli karty i wypełniacze (źródło Rebel.pl)

Bystry czytelnik pewnie już się domyślił, że skoro są ołówki i notesiki to zapewne będziemy rysować. Chyląc czoła przed jego wnikliwością przechodzę zatem do clue całego tekstu. Każdy z graczy kolejno wciela się w Dyrektora Artystycznego, który losuje jedną z kart i patrząc tylko na rysunek, pozostałym graczom – Artystom stara się w ograniczonym czasie (stąd klepsydra) jak najwierniej ją opisać. Na podstawie jego wskazówek każdy tworzy swoje dzieło (choć w moim wypadku było to raczej „dzieło”), które po upływie czasu przekazuje innemu artyście. Następnie Dyrektor odkrywa tajne kryteria oceny (inne dla każdej karty) i każdy z graczy uczciwie, według swojego rozeznania ocenia otrzymany rysunek i przyznaje punkty – jeden za każdą z dziesięciu sprawdzanych cech. Dyrektor natomiast dostaje punkt tylko wtedy, gdy choć jeden gracz spełnił dany warunek – zatem im lepiej opisuje kartę, tym więcej punktów dostaje. Dzięki temu mechanizmowi i zupełnie nieprzewidywalnym kryteriom zdolności plastyczne – zgodnie ze sloganem reklamującym grę –nie są potrzebne do zwycięstwa.

Te proste zasady i urocze karty z szalonymi kryteriami gwarantują szybką i pełną śmiechu (zwłaszcza podczas prezentacji rysunków i porównywaniu z oryginałem) zabawę. Nie ma mowy o przestojach – wszyscy bawią się jednocześnie, a samo punktowanie (mimo, iż właściwie żmudne i zmniejszające tempo zabawy) nie jest zbyt uciążliwe – oglądanie rysunków idzie sprawnie, a ich szczególnie pokraczne lub nietrafione fragmenty są zwykle szeroko komentowane i kwitowane śmiechem. I mimo, iż po kilku turach gracze uczą się lepszego opisywania kart (od ogółu do szczegółu!) to bardzo dokładne i niezmiennie zaskakujące kryteria gwarantują stały poziom szaleństwa i radości. Do zalet należy z pewnością dodać genialną skalowalność – jeśli tylko pominiemy ewidentny „chwyt marketingowy” (bo kto rozsądny wyciąga grę imprezową przy 3 lub 4 graczach?) to otrzymamy „karciankę”, w którą równie dobrze będzie się bawiło 5, jak i 10 osób (a i tak górna granica jest tylko umowna i będzie tak naprawdę limitowana tylko pojemnością pomieszczenia).

Sztuka zawsze się obroni - dzieło Don Simona w otoczeniu marnych bohomazów

Dlaczego zatem nie wystawiam Identik maksymalnej oceny (tak – doskonale wiem, że najpierw bezwstydnie podejrzeliście oceniaczkę na dole ekranu)? Cóż – jego największa siła jest jednocześnie jego największą słabością (czy Wam też to brzmi jak początek trailera filmu o superbohaterze?) – karty! Mimo, iż w pudełku jest ich całkiem sporo, kiedyś się skończą. A wtedy pozostaje liczyć na daleko posuniętą demencję współgraczy, która pozwoli po raz drugi cieszyć się tymi samymi rysunkami. Do tego, jeśli nie mamy stałej ekipy, uciążliwe może być zaznaczanie, które karty były w danym gronie grane (hmm, czyżbym znalazł prawdziwe zastosowanie notesików?) – nie mówiąc już o przypadku osób, które złośliwie przychodzą na każde spotkanie psując nasz doskonale neurotyczny system. To wszystko może wydatnie zmniejszyć „przydatność do spożycia”, co przy pozycji wymagającej wyłożenia na ladę Władysława Jagiełły z drobną obstawą, może mieć spore znaczenie. Do tego wadą mniejszego kalibru jest wymagana znajomość języka angielskiego przynajmniej przez jednego gracza (ktoś musi czytać i rozumieć kryteria każdej karty) – w niektórych sytuacjach może to mieć znaczenie.

Mając na uwadze powyższe ograniczenia i tak należy Identik zdecydowanie polecić. Gra się naprawdę świetnie i bez problemu można wcisnąć partyjkę nawet w wybitnie niesprzyjających warunkach. W moim wypadku pozycja ta, obok Barbarossy i Dixit, stanowi trzon imprezowego dywizjonu, który w niejednej sytuacji z powodzeniem przetestowałem w boju. Parafrazując – Picasso, gdyby żył toby grał. Was też zachęcam.

Fanatyczni artyści i artystyczni fanatycy, czyli sprintem po ocenach:

yosz (4/5): jedna z najlepszych gier w swoim gatunku. Jeżeli będę chciał wyciągnąć coś lekkiego i zabawnego mój wybór padnie na Wits and Wagers albo na Identik. Wesoła i nieskrępowana zabawa w rysowanie dla niekoniecznie umiejących rysować. Każdy powinien mieć tę grę na swojej półce.

folko (5/5): nie przepadam za grami imprezowymi. Są jednak wyjątki… jednym jest Dixit, drugim Identik.  O pierwszym tytule napisano już sporo, a drugi… urzekł mnie swoją prostotą, świetnymi, wesołymi rysunkami i… radością z gry. Jedyne co mi się nie podoba, to słabsze wydanie w porównaniu do pierwszego wydania – Portrayal.

Veridiana (3/5): oj, no dobra imprezowa gra to jest, ale zawsze przegra u mnie walkę o stół i czas z cięższym tytułem. Poza tym, większość kryteriów na kartach jest zbyt drobiazgowa i to, czy gracz je spełni zależy właściwie od przypadku. Kryteria się niemiłosiernie powtarzają i w ogóle wynudziłam się strasznie tłumacząc te karty i jakoś nie mam siły w to jeszcze grać ;) Widzę jednak, że na Adama to tak destrukcyjnie nie podziałało.

Ogólna ocena (4/5):

Złożoność gry (1/5):

Oprawa wizualna (4/5):

Dziękujemy firmie Rebel za przekazanie gry do recenzji.

One comment

  1. Avatar

    @Folko: a w którym miejscu jest to słabsze wykonanie tak swoją drogą? Portrayal widziałem kiedyś przez kilka minut i nie przypominam sobie żeby było jakoś o wiele lepiej wykonane?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Chicken out! – liczysz czy tchórzysz?

Małych karcianek nigdy za wiele. Z takim założeniem na moim stole wylądowała gra wydawnictwa Piatnik Chicken out! Czy liczenie niesfornych kurczaków zakłócane przez podstępne lisy może być zabawne?