Home / Rzut okiem / Gry dla graczy / Londyn nad Tamizą

Londyn nad Tamizą Rzut okiem

Martin Wallace to nazwisko, którego kiedyś z utęsknieniem wyglądałem na kolejnych pudełkach, ale z czasem źródełko się wyczerpało. Nikt nie odbierze zgromadzonego dorobku autorowi Brassa, jednak trudno nie zauważyć, że od ładnych paru lat entuzjazm związany z jego nowościami nie jest tak duży jak kiedyś. I wtem Londyn, czyli coś czego absolutnie nie spodziewałem się zobaczyć wydanego po polsku. Nowe wydanie starszej gry, która za pierwszym razem minęła się ze mną gdzieś po drodze, przez co nigdy nie dane było mi jej poznać. I od razu gdzieś w środeczku pojawiła się dawno nie podsycana iskierka nadziei. Czy to jest ten moment, w którym “stary” Wallace znowu zachwyci? 

PO OTWORZENIU PUDEŁKA

Ubóstwiam okładkę tej gry. Nie wiem czy chciałbym, żeby każde pudełko na mojej półce tak wyglądało, ale przyglądanie się eleganckiemu minimalizmowi i schludnej typografii przywodzi mi na myśl skórzane oprawy książek ze złoconymi literami. Aż żal odrywać wzrok. W środku też nie jest źle, bo całość gry opiera się na ładnie ilustrowanych, schludnych kartach w cieszącej oko kolorystyce. Ikonki są czytelne, a układ ramek na kartach intuicyjny i przejrzysty. Nic tylko usiąść i grać, dziesięć lat od wydania pierwotnej wersji robi różnicę i pokazuje jak wiele dobrego stało się przez ten czas w temacie oprawy graficznej gier planszowych. 

Dlatego odrobinkę smuci mnie wygląd żetonów monet. nie do końca rozumiem dlaczego zaczynając z punktu tabula rasa od białego arkusza tektury nie można zadrukować jej czymś wyglądającym ciekawie. Toż to marazm dopada człowieka na widok tak niewykorzystanej okazji, szczególnie mając w pamięci świetne żetony z Seafalla albo nowych wydań Brassa. Ja wiem, że może być gorzej, bo biedne monetki z Metropolii (Machi Koro) śnią mi się po nocach, ale nie zmienia to faktu, że w tym miejscu kieruję odezwę do wszystkich zainteresowanych. Graficy! Tworzycie swoją pracą rzeczywistość! Ogarnijcie się! 

PO PRZECZYTANIU INSTRUKCJI

Nie będę ukrywał, wstęp fabularny w instrukcji to jest coś, po czym mój wzrok prześlizguje się bez zbędnej zwłoki w poszukiwaniu konkretów w dalszych akapitach. Wiem, że gra jest o budowaniu miasta, a mój mózg ma połączenia zalutowane w taki sposób, że ta informacja zupełnie mi wystarczy do poczucia zainteresowania. A to, że wcześniej był jakiś pożar albo inna katastrofa naturalna ma dla mnie znaczenie drugorzędne. I szczerze mówiąc wydaje mi się, że autorowi też niezupełnie chodziło o skupienie się na tym konkretnym mieście z jakichś głębszych powodów. 

Jeszcze nie zagrałem, ale po przeczytaniu zasad czuję się zaintrygowany paroma rozwiązaniami. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy jest względna prostota zasad. Mam karty na ręce, co turę muszę dobrać jedną a następnie wykonać jedną z dostępnych akcji, takich jak granie kart przed siebie, kupowanie nieruchomości lub użycie wszystkich zagranych wcześniej i widocznych obecnie kart. 

Myk pierwszy. Aby zagrać kartę muszę odrzucić inną w tym samym kolorze, a ta trafia do puli, z której może zostać dobrana przez innego gracza. Interakcja? Jest. 

Myk drugi. Karty mogę układać przed sobą na dowolnej liczbie stosów. Im więcej stosów, tym więcej kart mogę użyć później w ramach jednej akcji. Jednak każdy stos w pewnych momentach gry będzie generował ubóstwo, a to dobre nie jest. Trudne decyzje? Są. 

Myk trzeci. Ubóstwo nie ma dużego znaczenia, jeśli wszyscy są tak samo biedni. Na końcu gry znaczenie ma różnica w ubóstwie pomiędzy graczami, a nie jego bezwzględna ilość. Odrobina klimatu zamknięta w abstrakcyjnym mechanizmie? Jest. 

Podsumowując. Po przeczytaniu samej instrukcji da się już stwierdzić, że gra będzie działać, ale ciężko powiedzieć, czy będzie poprawna, czy naprawdę fajna. Wszystko zależy od tego jakie działania i akcje znajdują się na kartach. 

PO PIERWSZEJ PARTII 

Nie jest źle. Zagrałem na dwie osoby. I jestem ciekaw partii w innych składach, ponieważ pierwsze co rzuciło mi się w oczy to skalowanie długości rozgrywki. Niezależnie od liczby osób przy stole grę kończy pociągnięcie ostatniej karty z talii. A talia zawsze ma tyle samo kart. Czyli teoretycznie w grze dwuosobowej wykonuję dwa razy więcej czynności niż w grze czteroosobowej, gram dłużej, kombinuję więcej. Do zanotowania i przetestowania. 

Ubóstwo w tej partii nie odegrało większego znaczenia punktowego, bo obaj szliśmy pod tym względem łeb w łeb i nikt nikomu nie zazdrościł nieuczciwie zdobytych złotych gór grzejąc ręce przy koksowniku ustawionym pod jednym z londyńskich mostów. Narzuciło jednak na nas pewne ograniczenia, bo obaj chcieliśmy mieć go jak najmniej, zupełnie szczerze i na złość temu drugiemu. 

Efekty kart okazały się średnio różnorodne i średnio ciekawie, skupiając się głównie na likwidowaniu ubóstwa, zarabianiu pieniędzy (w tej grze to nie to samo, zupełnie jak w życiu) i zdobywaniu punktów prestiżu. Nie będę jednak ukrywał, że to przerzucanie się kilkoma różnymi wskaźnikami było wystarczająco zajmujące, aby wykrzesać we mnie chęć ponownego zagrania. 

Chociażby tylko po to, by przekonać się, czy gra nie popadnie w pewne schematy zbyt szybko. Gdzieś od połowy partii wskoczyliśmy na szyny: wyłóż jak najwięcej kart, uruchom miasto aby zarobić pieniądze, za te pieniądze kup dzielnice, która pozwoli Ci natychmiast dobrać sporo kart, znowu wyłóż karty itd. itp. Czasem tylko udawało się wyskoczyć z tego pędzącego pociągu po jakąś bułkę zakupioną w kiosku na peronie. Czyli innymi słowy: trudno było się z tego schematu wyłamać. 

PO NAPISANIU TEGO TEKSTU

Pewnie czuć, że entuzjazm ze słowa pisanego się zbytnio nie wylewa dzisiaj, ale tak sobie siedzę, klepię w klawiaturę i rozmyślam… Myślę sobie o tym, żeby spróbować zagrać w każdym składzie osobowym. Żeby zagrać na możliwie największą liczbę stosów. Żeby zagrać na możliwie najmniejsza liczę stosów. Żeby zagrać korzystając ze wcześnie wziętej pożyczki (bo gra Wallace’a bez pożyczki to gra stracona). Żeby zagrać na robienie maksymalnie dużej mamony. 

Jeszcze nie pieję z zachwytu i nie sądzę, żebym piać miał, ale naliczyłem jeszcze co najmniej cztery partie, które chciałbym zagrać. A to nie jest zły wynik. 

One comment

  1. Pingwin

    Ja już gdzieś takie monetki widziałam… ;)
    Ale ilustracje są ładne, naprawdę ładne.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Dobble Harry Potter

Cześć. Nazywam się Aga. I jestem Potterheadem. Mam też skłonności do zbieractwa. Nałogowo kolekcjonuję gry planszowe… I karciane też. W obliczu tych faktów jasne jest, że Dobble Harry Potter musiało znaleźć się w mojej kolekcji. Wreszcie maleńka karcianka Wydawnictwa Rebel trafiła w moje ręce (trochę mi wstyd, że dopiero teraz, bo premierę miała pod koniec zeszłego roku). Jak spodobała mi się kolejna odsłona jednej z najpopularniejszych gier rodzinnych ostatnich lat? Nie ma co ukrywać, że się spodobała. Ale po kolei…