Home | Katalog gier | Recenzje | Pierwszy obywatel – Malcolm Tucker poleca

Pierwszy obywatel – Malcolm Tucker poleca Recenzja

Dzień dobry. W dzisiejszym odcinku porozmawiamy sobie o przewidywaniach, uprzedzeniach i zaskoczeniach. Nie będę ukrywał, że do Pierwszego obywatela podchodziłem z rezerwą i ostrożnością. I wcale nie chodzi mi o to, że ani marka wydawcy, ani nazwiska autorów nie powodowały w mojej głowie wystąpienia jakichkolwiek skojarzeń. Usłyszałem, że gra jest o wyborach prezydenckich w polsce, rzuciłem okiem na okładkę i westchnąłem.

Ten temat nie jest prosty. Ten temat jest ciężki. Wie o tym ktokolwiek, kto odważył się zagrać polityczną nutę podczas rozmowy przy świątecznym stole. To nie są puchate kotki, dla których szyjemy kocyk ani światopoglądowo neutralne oranie pola w celu uprawy dyni. To jest coś, do czego potrzeba wyczucia. Najłatwiej uciec w satyrę i humor, ale wspomniana chwilę wcześniej okładka z całych sil krzyczy do mnie: ORWELL!!! Każdy kto choć tylko słyszał o Roku 1984 wie, że to beczka śmiechu i niekończące się źródło materiałów na podnoszące na duchu żarty.

JESZCZE CHWILA WSTĘPU

Zmierzam do tego, że takiego typu gra  nie ma raczej szans zawojowania ogólnoświatowych list przebojów sprzedażowych na rynku familijnych gier planszowych. W związku z tym do kogo będzie skierowana? Do graczy zainteresowanych symulacją przedstawionego problemu na poważnie, czy do samego autora i jego znajomych zamkniętych w ciasnej bańce informacyjnej? 

Nie lubię sztucznego trzymania w niepewności i tanich zaskoczeń, a przed obejrzeniem filmu zdarza mi się przeczytać jego streszczenie na Wikipedii, więc już na koniec tego przydługiego wstępu donoszę: nie jest źle i nie ma się czego wstydzić.

DWIE STRONY KARTY DO GŁOSOWANIA

Pierwszy obywatel to gra o prowadzeniu sztabu wyborczego swojego bezimiennego kandydata na najwyższy w Kraju Nad Wisłą urząd, zbieraniu funduszy na jego prowadzenie i wydawaniu ich w taki sposób, żeby zebrać jak największe poparcie. Wszystko to będziemy robić poprzez zagrywanie zakrytych kart akcji do regionów na planszy, wykładanie do miast w tych regionach znaczników reprezentujących poparcie dla naszego człowieka i licytowanie się w ten sposób o kontrolę nad jak największą liczbą wyborców. 

Czyli: jest planowanie w tajemnicy, wykonywanie czynności bez ujawniania przeciwnikom pełnej informacji, a w końcu odkrycie kart i rozpatrzenie tego jak nasz plan zderza się z rzeczywistością i konkurencją. W szczegółach jest tu sporo niuansów typu: czy bardziej opłaca mi się skupić na dziobaniu małych punktów zwycięstwa od razu, czy inwestować w strategiczną przewagę dającą zwrot dopiero podczas wyborów? Postaram się nie rozdrabniać i pisać o ogólnych wrażeniach, ale zanim dojdziemy do opowieści o tym jak grać, chciałbym podkreślić o co gramy, bo to jest w tym tytule szalenie ciekawe i nietypowe. 

 

KAWAŁKI TORTU

Myśląc o wyborach i wyborcach w sposób intuicyjny i prostoliniowy w mojej głowie pojawia się wykres kołowy podzielony na części jak tort. W kraju jest x milionów ludzi, z których y głosuje na kandydata A, a z na kandydata B. Liczba głosów jest skończona, a jeśli ktoś traci, to ktoś inny zyskuje. Pięknie i prosto. W Pierwszym obywatelu jest zupełnie inaczej i może to co teraz napiszę to pewna nadinterpretacja mechanizmów, ale klei mi się to w ciekawa całość.

Autorzy stwierdzili, że o sukcesie w plebiscycie nie decyduje wyłącznie przekonywanie nieprzekonanych do poparcia nas, ale przekonanie przekonanych, żeby ruszyć tyłek z domu i wrzucić kartkę do urny. Model gry zakłada, że większość ludzi na wybory nie chodzi i jeśli zyskujemy w sondażach poparcie, to nie zyskujemy go kosztem innych graczy. Walczymy z własnym elektoratem o to, żeby w ogóle przyszli. A to jest pomysł całkiem świeży i nietypowy. Jak to działa? 

ZWYCIĘSKIE GŁOSY

W grze walczymy o punkty zwycięstwa, czyli głosy. Głosujący podzieleni są na cztery grupy społeczne: młodzi, rodziny, emeryci i żelazny elektorat. Dla każdego z tych wskaźników zbieramy poparcie oddzielnie, a na końcu gry naszym wynikiem jest ich suma. Myk polega na tym, że każdy z tych torów ograniczony jest znacznikiem frekwencji. Nie wystarczy zainwestować w uśmiechanie się z ekranów i billboardów do rodzin, trzeba jeszcze postarać się, żeby rodziny poszły w niedzielę na spacer. A to jest już całkiem ciekawe i nieoczywiste. 

Z jednej strony możemy podejść do tej gry jak do klasycznego licytowania się o kontrolę nad pewną pulą punktów. I jak w każdej tego typu grze może dojść do sytuacji, w której przechodzimy w tryb “nie ma co się kopać z koniem”. Przeciwnik zainwestował w coś tak mocno, że próba wyprzedzenia go może być po prostu nieopłacalna. A tutaj pojawia się furtka: może zamiast dokładać się do tej samej kupki, po prostu ją zmniejszyć? 

Gracze mają możliwość wpływania na frekwencję. I wspaniale jest, jeśli wypracowałem sobie otrzymanie 20 punktów z ramienia młodych wyborców, ale jeśli do urn pójdzie tylko pięciu, to nie dostanę więcej niż 5. To jest koncepcja, która dodaje tej grze dodatkowego wymiaru i za to autorom należą się pochwały. Mózg robi fikołek jak na to patrzy, bo nie jest przyzwyczajony, ale jak już wyląduje… może się napocić. 

PLANOWANIE I AKCJOWANIE

Sama rozgrywka prowadzona jest za pomocą kart zagrywanych na planszę. A na każdej karcie znajduje się kilka opcji do wyboru, z których można korzystać w zależności od miejsca docelowego. I tak na przykład wysłanie rodziny kandydata to programu w TV będzie miało nieco inne konsekwencje, niż wysłanie jej na wiec do Rzeszowa. Istotne jest to, że z każdą kartą wiążą się ciekawe i nie do końca oczywiste decyzje ii bardzo, bardzo, bardzo rzadko natrafiamy na oczywiste ruchy do wykonania. 

W normalnej rozgrywce wszyscy gracze posiadają taki sam wachlarz możliwości, z opcją lekkiej modyfikacji w trakcie gry, ale dla prawdziwych zapaleńców pozostawiono możliwość zbudowania własnej talii przed rozgrywką. “Talia” to też lekkie nadużycie, bo wybieramy 6 z 12 kart, ale wrażenia potrafią być diametralnie inne. I choć mnie wystarczyło korzystanie z predefiniowanych, proponowanych w instrukcji zestawów, nie mogę nie docenić tej furtki pozostawionej dla bardziej zaangażowanych graczy, szukających dodatkowej strategii i regrywalności.

 

O WŁAŚNIE, REGRYWALNOŚĆ

A skoro już przy niej jesteśmy, to też będę chwalił. Wygląd planszy w każdej partii będzie inny. Warszawa zawsze będzie największym miastem w Polsce, ale podczas jednej rozgrywki będziemy jeździć do niej po głosy emerytów, którzy na dokładkę dorzucą nam jeszcze pieniędzy do budżetu, a w trakcie kolejnej Stolica zamieszkana będzie przez młodzież, której szacowana frekwencja zmienia się jak chorągiewka na wietrze. 

Bardzo dobrze pomyślane, bardzo dobrze wykonane. 

A TERAZ BĘDĘ NARZEKAŁ

Po tej niekończącej się fali entuzjazmu nadszedł czas na narzekania i wytykanie palcami. Dla niektórych problemem może być brak trybu gry dla dwóch graczy, ale szczerze mówiąc dla mnie to przejaw uczciwości i konsekwencji. Wolę, żeby takiego trybu nie było wcale, niż żeby był, ale oparty na jakimś chybotliwym szczudle dodatkowego, wirtualnego gracza. Najprawdopodobniej takiego, do którego obsługi trzeba poznać dodatkową stronę zasad. 

Pierwszy obywatel do gra nieokrzesana, niedoszlifowana pod kilkoma względami. Zaczynając od wykonania, które według mojej nie podpartej żadnym doświadczeniem w branży drukarskiej opinii mogłoby być lepsze. Obcując przez lata z setkami gier i miąchając w rękach tysiące kart czuję teraz pod palcami, że ten papier jest jakiś inny. I brzegi wydają się strzępić trochę szybciej niż powinny. Szkoda. 

 

IKONY, ECH… IKONY

Do poprawki jest też według mnie ikonografia, na której oparte jest działanie kart. W części przypadków wolałbym tekst, bo na każdej karcie znajduje się jedna akcja, która nie powtarza się na żadnej innej, w związku z czym zwinięcie jej zasady do niewielkiej ikony odsyłające nas do instrukcji jest nieszczególnie pomocne i w żadnym wypadku nie jest oszczędne. 

Natomiast pozostałe, powtarzające się ikony to mały dramat. Z jednej strony pojawiają się ikony, które są do siebie bardzo podobne, ale robią diametralnie różne rzeczy. Z drugiej strony są ikony, które intuicyjnie oznaczają coś innego niż w rzeczywistości – na przykład ikona otwartej dłoni z wartością +5 w kółku  wcale nie oznacza, że otrzymujemy 5 monet. Chociaż to autorzy zauważyli i chcieli poprawić, bo symbol na karcie jest zmieniony, ale w instrukcji został stary.

Z trzeciej strony natomiast pary przeciwstawnych ikon nie oznaczają dosłownie przeciwstawnych akcji: ikona strzałki w dół oznacza usunięcie znaczniki poparcia, a analogiczna ikona strzałki w górę dołożenie znacznika… i jeszcze dodatkową drobną akcję wykonywana w tym samym czasie. 

I jeszcze na koniec nieco rozczarowujące jest występowanie od czasu do czasu prostej negatywnej interakcji poprzez bezmyślne walenie się nawzajem po pyskach. Zyskałem dwa punkty! Zabieram Ci dwa punkty. To ja zabieram tobie jeden! To ja teraz zyskuję jeden. Nie ma w tym za dużo finezji.

 

WYNIKI

Powtórzę. Pierwszy obywatel to gra mocno nieokrzesana, ale szalenie ciekawa. Nie stawiałbym pieniędzy na to, że zyska poklask i życzliwość szerokiej publiki. Jednak odbiorca, który wpadnie w sidła politycznego spin-doktorstwa znajdzie w tym pudełku bogactwo materiałów na wiele różnorodnych rozgrywek. I może nawet z doświadczeniem przyjdzie moment, w którym uda się zejść z czasem rozgrywki poniżej dwóch godzin? Ja jeszcze do tego nie doszedłem. 



Grę Pierwszy obywatel kupisz w sklepie

 

Ogólna ocena (7/10):

Złożoność gry (6/10):

Oprawa wizualna (6/10):

Dziękujemy firmie Bored Games za przekazanie gry do recenzji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*