Zimowa odsłona Everdella kusi piękną oprawą i dobrze znanymi zasadami. Jednak pod warstwą śniegu kryje się znacznie więcej zmian, niż mogłoby się wydawać. Czy Srebrnoszrony mają szansę zastąpić klasyczną wersję jednej z moich ulubionych planszówek?
Recenzja gry Everdell: Srebrnoszrony pojawiła się już na naszej stronie. Jej autorem jest Propi, który przyznał, że klasycznej odsłony serii właściwie nie zna. W moim przypadku sytuacja jest zupełnie odwrotna. Znam ją doskonale, uwielbiam i regularnie do niego wracam. Na nową podstawkę patrzę więc przede wszystkim przez pryzmat oryginału. Czy zimowa wyprawa w nieznane okolice Everdell była mi potrzebna? Okazuje się, że jak najbardziej. Chociaż nie wszystko, co przygotowali autorzy Srebrnoszronów, przypadło mi do gustu.
Pięknie, choć trochę pstrokato
Everdell: Srebrnoszrony to samodzielna gra dla 1–4 osób, w której ponownie zajmiemy się budowaniem miasta zamieszkanego przez sympatyczne zwierzęta. Tym razem przenosimy się jednak za Góry Strzeliste, do krainy zmagającej się z wyjątkowo surową zimą.
Nie będę ukrywać, że oprawa graficzna jest jednym z powodów, dla których tak bardzo lubię gry z tej serii. Urocze zwierzęta, szczegółowe ilustracje i baśniowy klimat sprawiają, że samo rozkładanie komponentów na stole jest przyjemnością. Srebrnoszrony pod tym względem absolutnie nie zawodzą.



W pudełku znajdziemy bogato ilustrowaną planszę, mnóstwo kart, żetony surowców, ognia i śniegu, a także drewniane figurki robotników, reprezentujących tym razem pandki małe, pingwiny, sokoły oraz zające. Nie zabrakło również nowych elementów, takich jak kominy, znaczniki stosów sygnałowych czy rakiety śnieżne, dzięki którym jeden z naszych robotników zostaje strażnikiem.
Everdell bez drzewa?
Największe wrażenie robi trójwymiarowa góra, która zastępuje charakterystyczne drzewo z klasycznego Everdella. Wygląda fantastycznie, choć pod względem praktycznym mam do niej pewne zastrzeżenia. Umieszczone na niej żetony śniegu lubią spadać, a ich ponowne układanie nie należy do moich ulubionych zajęć. Na szczęście producent przewidział alternatywę w postaci płaskiej planszy góry.
Warto również wspomnieć o czytelności planszy. Mnie jej bogata kolorystyka nie przeszkadza, ale moi współgracze zwracali uwagę, że jest nieco pstrokata i momentami trudno odnaleźć na niej potrzebne informacje. Rozumiem te uwagi, choć sama zdecydowanie zaliczam wygląd Srebrnoszronów do największych atutów gry.
Budujemy miasto… Tym razem w rękawiczkach
Osoby, które znają klasycznego Everdella nie będą miały większych problemów ze zrozumieniem podstawowych zasad. W Srebroszronach mamy do czynienia z połączeniem worker placement i budowania silniczka z kart. Rozgrywka obejmuje cztery pory roku, a każdy z graczy stopniowo rozwija swoje miasto, zwiększając liczbę dostępnych robotników i możliwości działania.
W swojej turze możemy wykonać jedną z trzech podstawowych akcji:
- Wysłać robotnika na pole akcji, aby zdobyć surowce, dobrać karty, zrealizować misję lub skorzystać z innych dostępnych możliwości.
- Zagrać kartę stworzenia lub budowli, opłacając jej koszt i umieszczając ją w swoim mieście, które standardowo może pomieścić 15 kart.
- Przygotować się do kolejnej pory roku, odzyskując robotników, otrzymując nowych oraz rozpatrując związane z tym efekty.



Powiało chłodem
Najważniejszą nowością w grze Everdell: Srebroszrony jest mechanika śniegu. Wraz z postępem rozgrywki pojawia się on na polach akcji oraz kartach w naszych miastach. Zaśnieżone pola i karty zostają zablokowane do czasu usunięcia żetonu. A to wymaga wydania ognia, czyli nowego zasobu. Co więcej, nieodśnieżone karty w naszym mieście nie przynoszą punktów na koniec gry. Samo odśnieżanie może natomiast zapewnić dodatkowe punkty.

Ogień przydaje się także do korzystania z niektórych pól akcji, rozpalania stosów sygnałowych i używania kominów. Te ostatnie pozwalają zagrywać określone stworzenia bez opłacania ich zwykłego kosztu, zastępując podobne rozwiązanie znane z klasycznej podstawki. W Srebrnoszronach potrzebujemy do tego dodatkowo ognia oraz dostępnego komina.
Nowością są również misje wyżynne i nizinne, które zastępują wydarzenia. Ich realizacja wymaga spełnienia określonych warunków dotyczących między innymi naszego miasta lub posiadanych zasobów. Czasami trzeba też porównać swoje osiągnięcia z wynikami przeciwnika.
Oczywiście od wielu opisanych wyżej zasad istnieją wyjątki i sytuacje szczególne, jednak nie będę się w nie tutaj zagłębiać. Zainteresowanych odsyłam do instrukcji, a sama przejdę do tego, co najbardziej przypadło mi do gustu.



Strażnicy i wielcy pomocnicy
Spośród nowych rozwiązań występujących w grze Everdell: Srebrnoszrony polubiłam szczególnie dwa. Pierwszym są strażnicy, czyli robotnicy wyposażeni we wspomniane wcześniej rakiety śnieżne. Ich największą zaletą jest możliwość odwiedzenia pola zajętego już przez innego gracza. Dodatkowo, wysyłając strażnika na niezajętą lokalizację, otrzymujemy żeton ognia.
Nie brzmi szczególnie imponująco, ale nieraz pozwala uratować starannie przygotowany plan. Zwłaszcza gdy przeciwnik zajmie nam upatrzone pole akcji, a jego wykorzystanie jest istotnym elementem przygotowanej strategii. Podoba mi się, że strażnik daje większą swobodę działania, ale jednocześnie wymaga zastanowienia, kiedy najlepiej wykorzystać jego możliwości.
Jeszcze bardziej przypadły mi do gustu duże stworzenia. Na górze znajdują się cztery odkryte karty potężnych zwierząt, które możemy przywoływać, korzystając ze stosów sygnałowych. Każde oferuje jednorazową pomoc, na przykład pozwalając zdobyć dodatkowe zasoby, aktywować wybrane karty czy obniżyć koszt zagrania kolejnej. Dzięki temu zyskujemy kolejne możliwości tworzenia interesujących kombinacji, a niektóre zagrania potrafią naprawdę sporo zmienić w sytuacji na planszy.
Pozostałe nowości odbieram raczej jako zmodyfikowane rozwiązania znane już z wcześniejszych odsłon serii. Nie mam jednak z tym problemu. Trzon mechaniki Everdella jest na tyle udany, że wcale nie oczekiwałam jego całkowitej przebudowy.
Znajome zasady, zupełnie nowe wyzwanie
Pierwsze partie w Srebrnoszrony były dla mnie dość nietypowym doświadczeniem. Z jednej strony doskonale wiedziałam, co robić. Z drugiej, wielokrotnie musiałam zatrzymywać się i dokładnie analizować możliwości, które w klasycznym Everdellu rozpoznaję niemal od razu.
Powód jest prosty. W grze Everdell: Srebrnoszrony dostajemy zupełnie nową talię kart, a wraz z nią nieznane wcześniej efekty i kombinacje. Trzeba od początku poznawać zależności między poszczególnymi budowlami i stworzeniami, szukać najlepszych połączeń i sprawdzać, które rozwiązania rzeczywiście się opłacają. Przyznaję, że bardzo mi się ta świeżość podoba. Po tylu rozgrywkach w oryginał możliwość ponownego odkrywania potencjału kart jest sporą zaletą.
Podobnie, ale trudniej
Warto zaznaczyć, że Srebrnoszrony są wyraźnie trudniejsze od klasycznego Everdella. Więcej rzeczy trzeba uwzględniać podczas planowania, a mechanika śniegu regularnie zmusza do zmiany wcześniejszych założeń. Nie lubię, kiedy ktoś wkłada mi kij w szprychy, a autorzy tej odsłony najwyraźniej postanowili sprawdzić moją cierpliwość. Zdarzało mi się przygotować całkiem sensowny plan działania, po czym odkrywać, że jego realizacja będzie wymagała dodatkowych zasobów przeznaczonych na odśnieżanie.
Nie uważam jednak tego rozwiązania za wadę. Dobrze wpisuje się ono w tematykę gry i zdecydowanie zwiększa wymagania stawiane graczom. Po prostu osobiście wolę koncentrować się na rozbudowywaniu silniczka niż na usuwaniu przeszkód ograniczających jego działanie.
Co ważne, mimo dodatkowych utrudnień nie miałam poczucia, że Srebrnoszrony pozostawiają mnie bez możliwości wykonania sensownego ruchu. Podobnie jak w klasycznym Everdellu, niemal zawsze można coś zrobić. Oczywiście niekoniecznie będzie to akcja, która przyniesie największe korzyści, ale zazwyczaj udaje się znaleźć inne wyjście, nawet jeśli nie jest równie opłacalne.
W dwójkę czy w większym gronie?
Najwięcej partii w Srebrnoszrony rozegrałam w dwie osoby i muszę przyznać, że gra działa w takim składzie bardzo dobrze. Mamy dużą swobodę wyboru pól akcji, dość łatwo można realizować własne plany, a czas oczekiwania na ruch przeciwnika nie jest szczególnie długi. Jednocześnie rywalizacja pozostaje stosunkowo niewielka, zwłaszcza w porównaniu z rozgrywką trzyosobową.
Moim zdaniem właśnie trzy osoby stanowią optymalny skład. Na planszy robi się wtedy ciaśniej, częściej musimy konkurować o interesujące nas lokalizacje, a dostępne karty potrafią znikać, zanim zdążymy je wykorzystać. Nadal jednak nie ma wrażenia nadmiernego tłoku i możemy w rozsądnym tempie rozwijać swoje miasta.
W czteroosobowym składzie należy natomiast liczyć się z tłokiem, który mi już przeszkadzał. Podobnie, jak dłuższy czas oczekiwania na swoją kolej, szczególnie gdy przy stole zasiądą miłośnicy dokładnego analizowania każdego ruchu… Dla porządku wspomnę też, że Srebrnoszrony posiadają wariant solo.
Czy warto wrócić do Everdell zimą?
Jakie są moim zdaniem największe zalety Srebrnoszronów? Znakomita oprawa graficzna, bogactwo możliwości strategicznych, nowe kombinacje kart oraz bardzo udane mechaniki dużych stworzeń i strażników. Podoba mi się również to, że mimo dobrze znanych podstaw gra wymaga ode mnie znacznie większego zaangażowania niż klasyczna wersja.
Nie ma zimy bez mrozu
Czy mam jakieś zastrzeżenia? Oczywiście. Nie jestem wielką fanką mechaniki śniegu, która potrafi skutecznie pokrzyżować moje plany. Kłopotliwe bywają też przedłużające się tury, a w tej odsłonie możliwości wymagających przeanalizowania jest naprawdę dużo. Do tego dochodzi nieco kłopotliwa obsługa trójwymiarowej góry i wspomniana wcześniej pstrokatość planszy, która przeszkadzała części moich współgraczy. Większość tych uwag wynika jednak bardziej z indywidualnych upodobań niż z rzeczywistych problemów z mechaniką.
Nowe, ale czy lepsze Everdell?
Pozostaje najważniejsze pytanie: czy Srebrnoszrony są lepsze od klasycznego Everdella? W moim przypadku żadna z tych gier nie zastępuje drugiej. Obie sprawdzają się po prostu w nieco innych okolicznościach. Do klasycznego Everdella mogę usiąść właściwie w każdej chwili. Znam go na wylot, wiem, czego się spodziewać, i nawet po długim dniu mam ochotę rozegrać kolejną partię. Srebrnoszrony wymagają już większej koncentracji. Nowe karty, dodatkowe ograniczenia i więcej możliwości podejmowania decyzji sprawiają, że jest to rozgrywka bardziej wymagająca, ale dzięki temu również bardzo satysfakcjonująca.
W mojej kolekcji zdecydowanie znajdzie się miejsce dla obu tytułów. Po Everdella nadal będę sięgać podczas rodzinnych rozgrywek z rodzeństwem. Srebrnoszrony chętniej wyciągnę natomiast na stół, kiedy odwiedzą mnie zaprzyjaźnieni planszówkowi geekowie, dla których klasyka to trochę za mało.
Moja ocena
Everdell: Srebroszrony to bardzo dobra gra, która w udany sposób rozwija sprawdzone pomysły i wnosi do serii sporo świeżości. Mam wobec niej kilka zastrzeżeń, ale absolutnie nie żałuję miejsca, które zajmuje na mojej półce. Z przyjemnością będę do niej wracać. Choć przyznaję, że czasem wolałabym po prostu budować swoje miasto, zamiast po raz kolejny zastanawiać się, skąd wziąć ogień na odśnieżanie.
Ogólna ocena
(9/10):









Złożoność gry
(7/10):









Oprawa wizualna
(10/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Gra tak dobra, że chce się ją polecać, zachwycać nią i głosić jej zalety. Jedna z najlepszych w swojej kategorii, której wstyd nie znać. Może mieć niewielkie wady, ale nic, co by realnie wpływało negatywnie na jej odbiór.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony











