W tym roku nie załapałam się na promocyjne Pendolino, więc dotarłam do Katowic nieco po godzinie 11:00. Gdy doszliśmy do Spodka ten największy tłum przy wejściu już się – zapewne – zdążył przewalić, choć jakaś niezupełnie maleńka kolejka nadal tam była. Jednak pewnym wykładnikiem tego jak bardzo popularne i lubiane są się Planszówki w Spodku, jest to, że w niedzielę już na pół godziny przed otwarciem bram koczował pod wejściem dość spory tłumek :)
Jeśli chodzi o samą imprezę – było podobnie jak w zeszłym roku. Hala MCK wypełniona wystawcami, na stolikach których można było zagrać w nowości. A także półkami uginającymi się od gier (nierzadko egzemplarzy przedpremierowych). Oraz podestów pełnych wyprzedaży.
Pomiędzy halą a Spodkiem można było zagrać w RPGi, wziąć udział w turnieju. Na ścianach – podtrzymując ubiegłoroczną tradycję – można było znaleźć konkursy (i to nie jeden!), Pocztę Planszówkową i kilka innych fajnych stanowisk.
W Spodku, na obwarzanku, można było zagrać w prototypy – było ich naprawdę dużo! A na płycie już tradycyjnie funkcjonował olbrzymi Games Room. Wzorem lat ubiegłych także i tu można było pograć w nowości na stolikach wystawców.
Rozmach imprezy już dawno przekroczył możliwości jednej osoby – nie da się „zaliczyć” wszystkiego – całości dopełniały prelekcje, pokój rodziny oraz inne stoiska i atrakcje z pogranicza gier. A wisienką na torcie była możliwość spotkania prawdziwego Jedi, Szturmowca, albo innego Cosplaya.
A my, jak na fanatycznych gamerów przystało, buszowaliśmy wśród stolików ogrywając nowości, dzień rozpoczynając od uśmiercania kosmonautów ;)
Moon Colony Bloodbath (Rebel.pl) – Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka
Moon Colony to jedna z nowszych gier Donalda X. Vacarino – tego speca od Dominiona i deckbuildingu. Raptem roczne dziecko, które jednak doczekało się już kilku międzynarodowych wydań. Nasze jest dopiero w trakcie przygotowania. Planowana premiera to połowa października.
O co chodzi w grze? Będziemy stawiać czoła wydarzeniom, robotom i najróżniejszej maści przeciwnościom losu pochodzącym ze wspólnej, rozbudowywanej jak na deckbuilding przystało talii. U siebie mamy …. kosmonautów, których przyjdzie nam tracić z rundy na rundę. Oczywiście będziemy mieć mnóstwo możliwości, by próbować im zapewnić jakąś mizerną ochronę lub pozyskiwać nowych – będziemy bowiem wykonywać co jakiś czas akcje pozwalające na pozyskiwanie zasobów. Zasoby zaś będziemy mogli zamienić na budynki. Budynki zaś to usprawnienia i nowi kosmonauci.
Myk polega na tym, że będą tylko 4 akcje na rundę, a runda z rundy na rundę będzie się wydłużać przyjmując w swoje szeregi coraz więcej coraz bardziej parszywych wydarzeń. Runda jest bowiem odmierzana całym obrotem rozrastającej się talii. Trzeba się szybko i dobrze przygotować na to co będzie się działo. A będzie się działo źle…
Gra się kończy, gdy jeden z graczy straci swojego ostatniego kosmonautę. Wygrywa wówczas ten, komu zostało ich najwięcej.
Gra jest pełna emocji (tracenie zasobów zawsze jest bardziej emocjonalne niż ich zyskiwanie), pełna planowania (rozbudowujemy swój silniczek) i oparta na budowaniu wspólnej talii. Jest też dynamiczna, gdyż wszyscy gramy jednocześnie – po odkryciu karty każdy robi swoje, kolejność graczy nie ma tu znaczenia. To bardzo udany tytuł, z niecierpliwością czekam na premierę. Chętnie zagram jeszcze raz.
Tacta (Rebel.pl)
Niewielkie pudełko skrywające talię kart z dziwnymi figurami. Sztuka polega na tym, by układać je na stole tak, żeby przysłaniać punkty przeciwnika (przeciwników – bo to gra nawet do 6 graczy), jednocześnie dbając o swoje punkty, by nikt ich nie zdołał przysłonić. Karty bowiem nie mogą zachodzić na siebie dowolnie – jedynie pokrywając odpowiednie figury. Jeśli wiec ułożymy kartę tak, że część z punktami leży zbyt blisko innej karty – nie ma bata żeby ktoś nam je przysłonił.
Mines of Silesia
Naszą uwagę podczas zwiedzania hali wystawców przyciągnął uroczo wyglądający prototyp stworzony przez studentów Politechniki Śląskiej. Gra o budowaniu kopalni, odkrywaniu zasobów i wydobywaniu węgla, żelaza i złota. To co budujemy na planszy jest jednocześnie naszym silniczkiem, bo dostarcza nam zasobów. A zasoby, to waluta, która pozwala ten silniczek jeszcze bardziej rozbudować.
Bezkrólewie (Strategos Games)
Set Collection i Hand Management w komplecie z dużą ilością negatywnej interakcji. Pozyskujemy karty by zagrywać je w swoim tableau. Ułożone w ten sposób zestawy dadzą nam punkty zwycięstwa na koniec gry, a dokładanie kart na określonym poziomie wygeneruje efekty – często skierowane przeciw innym graczom.
Ta gra przypomniała mi troszeczkę swoją mechaniką Najemników od Lucrum Games. Przy czym Bezkrólewie ma więcej możliwości, dodatkowe akcje, możliwości ochrony, większą decyzyjność – zaś zupełnie nie handluje punktami (które zdobywa się za układ setów).
To dobra gra, a dla fanów negatywnej interakcji pozycja obowiązkowa.
Dice Valley (Smart Flamingo)
Kolejna ciekawa mechanika. Celem gry jest zbicie wszystkich pionów przeciwnika lub dotarcie do jego bazy. Ale to piony i sposób poruszania się zasługuje na uwagę, i to one są nietypowe.
Pion to kość k6, która na każdej ściance ma innego wojownika. A każdy z nich inaczej atakuje.
Ruch, to przetoczenie kostki na sąsiednie pole (w pionie lub poziomie). To jak będzie pion walczył (tzn. jakie pola będzie atakował) wynika z tego jaka postać pojawiła się na górze w wyniku przetoczenia. Jest więc tu ogromne pole do kombinowania, a gra premiuje osoby dobrze znające układ na kości – nie wszystko bowiem widać (choć zawsze można sobie podejrzeć układ na dodatkowej kości). Muszę przyznać, że trudno mi było przygotować strategię na kilka ruchów naprzód i grałam trochę na oślep. Ale i tak było warto. Ciekawa pozycja.
Niezły numer (Nasza Księgarnia)
Niezły numer znam z BGA, więc wiedziałam na co się piszę. Gra jest krótka i losowa. Nie jest to tytan móżdżenia, ale czasem pomyśleć trzeba. Losujemy kafelek z liczbą i układamy na naszej tablicy tak, by liczby w rzędach i kolumnach były uporządkowane rosnąco.
Wydanie wielkoformatowe ma swój urok, więc nas skusiło – a jak się już ma tylko 15 minut i mózg zlasowany po całym dniu, to jest to wręcz gra pierwszego wyboru. Może być też fajny fillerek pomiędzy większymi grami, gdy na kogoś czekacie, albo na koniec dnia po paru głębszych (to dla dorosłych). Dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym to może być nawet całkiem fajna (w dodatku edukacyjna) zabawa.
Naishi (IUVI Games)
To moje prywatne odkrycie tegorocznego Spodka.
Nie, nie można było w to zagrać. Można było to kupić. Nic o tej grze nie wiedziałam. Po prostu pod koniec dnia szukałam czegoś, w co mogłybyśmy sobie pyknąć w hotelu. Przyciągnęła mnie okładka (lubię dalekowschodnie klimaty) – a ta skojarzyła mi się z linią Gejsz. No i była dwuosobowa. Krótki research co to może być…. i kupiłam.
W trakcie gry pozyskujemy karty z rzeki (część wspólna) do swojego tableau – po to, by na koniec dały odpowiednio dużo punktów za pozycje i/lub sąsiedztwa. Brzmi banalnie, prawda? Ale jest kilka twistów. Po pierwsze część tableau widać (to rząd leżący na stole), a część jest ukryta przed wzrokiem przeciwnika (to nasza ręka). Po drugie – nie wolno zmieniać kolejności kart. Np. jeśli biorę kartę z rzeki, z drugiej pozycji, to mogę ją umieścić tylko na drugiej pozycji w mojej ręce lub na stole. Oczywiście jest mechanizm, dzięki któremu zasady te można naginać, albo raczej – można zamieniać karty miejscami – ale jest on dość kosztowny i trzeba dobrze przemyśleć jak z niego korzystać.
Gra okazała się hitem. Rozegrałyśmy kilka partii z rzędu (i poprawiłyśmy jeszcze w niedzielę rano). A koleżanka kupiła dnia następnego egzemplarz dla siebie :)
A na koniec dnia…. uratowałyśmy pacjenta rozgrywając kooperacyjną mini grę o ratowaniu życia, którą można było dostać kupując bilet na Planszówki w Spodku wraz z limitowanym zestawem gadżetów.
Ostry Dyżur (Portal Games)
Demo gry dedukcyjnej od Portalu przeprowadziło nas przez proces ratowania życia delikwenta, który – jeśli dobrze pamiętam – spadł z drabiny, ale jego objawy były nieco szersze. RTG? EKG? A może od razu zastrzyk z efedryny, bo pacjent się dusi? Gra bardzo fajnie oddaje klimat SOR-u. Nie można dokonywać wyborów na zasadzie „spróbujmy tego, a jak nie wyjdzie to coś innego”. No, nie. To nie ta bajka. Bo jak nie wyjdzie, to pacjent zejdzie. Więc trzeba chwilę pogłówkować, poczytać o możliwych skutkach ubocznych, jeszcze raz przeanalizować stan pacjenta i …. jestem dumna z nas, bo uratowałyśmy go z najwyższym możliwym zestawem punktów. Najwyraźniej minęłam się z powołaniem rezygnując z marzeń o medycynie ;)
Accio Sekrety Hogwartu!
Niedzielę rozpoczęłyśmy od czarowania.
Gdyby nie wybitne umiejętności mojej przyjaciółki w tej dziedzinie – nie udałoby nam się dotrzeć tu przed innymi.
Punkt jedenasta kolejka do gry obejmowała już dwie rozgrywki w przód ;)
Harry Potter – Sekrety Hogwartu (Lucrum Games)
Któż nie widział reklamy Lucrum Games, że wkrótce wydarzy się coś tajemniczego i wyjątkowego? Na Planszówkach w Spodku został uchylony rąbek tajemnicy.
Gra na pewno zainteresuje fanów Wybuchowej Mieszanki. Bo chociaż nie chodzi tu zupełnie o eksplozje, to jednak granie w kulki ma swój urok. Zamieniamy kuleczki miejscami by uzyskać przynajmniej trzy jednego koloru w rzędzie. Wtedy możemy taki set kolorystyczny (a jak wyjdzie więcej, lub więcej setów to też) zabrać i wrzucić do naszego kuferka. A potem wydać je na kupno kart, które dadzą nam różne bonusy, umiejki oraz symbole. Bonusy – efekt natychmiastowy – zazwyczaj jakieś punkty za coś, co mamy w kuferku lub na stole. Umiejki – oczywiście to moje prywatne określenie – to różnego rodzaju zdolności, a symbole są wymagane do setów, aby dać nam punkty na koniec gry.
Dużo frajdy z kulek i licencji HP. Sama gra sprytna, nie za trudna, ale też jest nad czym myśleć. Nieco podatna na przestoje, bo jak ktoś będzie grał o złote kalesony, to może kminić godzinami które kulki zamienić. Ale i tak jest nieźle. I choć efektu wow u mnie nie było, to bardzo chętnie zagrałabym jeszcze raz. A może nawet kupię?
Skrzatowice (Portal)
Prawdę mówiąc niewiele wiedziałam o samej grze i zapewne by mnie ominęła ta przyjemność gdyby nie malutki skrzacik, którego spotkałam … w drodze na Spodek ;)
Podziałało na wyobraźnię i szybciutko zaklepałam sobie miejsce przy stole gdy tylko się takowe zwolniło.
To gra z mechaniką licytacji. Myk polega na tym, że karty, którymi licytujemy jednocześnie są kartami, które przynoszą nam jakieś bonusy. I tu powstaje pierwszy dylemat – zagrać najwyższą możliwą kartę, aby wygrać (albo przynajmniej być bliżej szczytu) licytację, czy taką, która przyniesie mi punkty lub jakieś natychmiastowe korzyści. Im wyższe miejsce podczas rozstrzygania licytacji – tym lepszy zysk. Zdobywamy w ten sposób skrzaty (bez nich większość kart nie przyniesie punktów) albo explicite punkty zwycięstwa. Ale z drugiej strony – nie każda zagrana karta przyniesie nam korzyść. Czasem lepiej jest przegrać licytację, a wystawić kartę, z której coś otrzymamy, albo która ma szansę zapunktować. A czasem lepiej jest wystawić kartę, która wygra licytację, dzięki której dostaniemy skrzaty, które zasiedlą nasze karty. Bo tylko zasiedlone karty przyniosą PZ-ty na koniec gry.
Jest to gra pełna dylematów. I wbrew pozorom (bo temat jest taki słodki) wymaga trochę wysiłku od szarych komórek. Polecam!
Dolina Kamyków (Nasza Księgarnia)
Bardzo przyjemna, rodzinna planszówka. Zbieramy kamyki z rzeki (oczywiście w/g ściśle określonych reguł) aby je układać na swojej planszy. To ile punktów zdobędziemy zależy od tego jak dobrze zaplanujemy umieszczenie kamyków w rzędach i kolumnach. Punktują dwie najwyższe kolumny (każda kolumna musi zawierać tylko jeden kolor kamyków) ale uwaga! jest tu pewien haczyk. Jeśli jakieś kolumny remisują (czyli są tak samo wysokie) to punktuje tylko słabsza z nich. Trzeba zatem bardzo uważać, żeby przypadkiem nie zrobić remisu i nie wylać dziecka z kąpielą ;)
Równie intensywnie trzeba dbać o rzędy – im więcej kamyków w rzędzie, tym więcej punktów.
Może nie jest to hit sezonu, ale gra się naprawdę przyjemnie (złamałyśmy nawet żelazną zasadę, która mówi, że lepiej zagrać w grę, w którą się jeszcze nie grało, niż zrobić powtórkę – i zagrałyśmy dwie partie. A to o czymś świadczy ;))
Toy Battle (Nasza Księgarnia)
Toy Battle nie miałam w planach. Ani Toy, ani Battle nie jest moim ulubionym tematem. Do gry usiadłyśmy właściwie tylko dlatego, że akurat było miejsce, miałyśmy pół godziny a gra obiecywała rozgrywkę 15-minutową. I straciłybyśmy bardzo wiele, gdybyśmy tego nie zrobiły!
Toy Battle jest dwuosobową grą konfrontacyjną. I rzeczywiście jest to „battle”, więc dla kogoś, kto nie lubi gier bitewnych nie będzie to gra pierwszego wyboru. Ale jest w tej grze pewien urok, który przyciąga nawet takie pokojowo nastawione pingwiny jak ja. Żetony, które zagrywamy na planszę mają swoje umiejki – zdejmij (wyślij do szpitala) sąsiadujący żeton przeciwnika, dociągnij dwa żetony, wyślij do szpitala losowy żeton przeciwnika z ręki, umieść dodatkowy żeton na planszy etc.
Ale jaki jest cel gry? Dotrzeć do bazy przeciwnika albo zdobyć określoną liczbę gwiazdek. Trzeba ustawiać swoje zabawki na planszy i psuć plany przeciwnika. Gra jest pełna interakcji, nic tu nie jest pewne.
Rozgrywka jest krótka ale treściwa. Żałuję, że nie miałam na tyle czasu by wypróbować inne plansze. Ale nic straconego. Co prawda w Spodku nie udało mi się jej kupić (ponoć była dostępna przedpremierowo i rozeszła się jak ciepłe bułeczki), ale premiera jest zapowiedziana na 14 października i nawet ma przystępną cenę :)
Planszówki w Spodku są imprezą, której wstyd nie znać, a nieobecność na niej jest prawdziwą stratą dobrej zabawy dla każdego wielbiciela gier bez prądu. Co roku jest wspaniale i co roku wychodzimy stąd z niedosytem. W tym roku nie było inaczej. Mogłabym spędzić w Spodku kolejne dwa dni. Dziękujemy organizatorom za wspaniale spędzony czas. I cóż…. czekamy już na następną edycję!
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony


































