Home / Recenzje / Gry dla graczy / Glory to Rome: Na Chwałę Rzymu!

Glory to Rome: Na Chwałę Rzymu!

W roku 64 naszej ery wielki pożar niszczy Rzym. Na wieść o rozmiarach katastrofy cesarz Neron powraca z Antium. Zwołuje najbardziej wpływowych patrycjuszy i przedstawia imponujące plany rekonstrukcji zniszczonego ogniem miasta. Nagrodą za solidne wykonanie zleconej pracy jest wieczna sława i... zwycięstwo w grze Glory to Rome: Na Chwałę Rzymu! Polska edycja gry ujrzała w końcu światło dzienne w lecie br. i już zyskała grono oddanych zwolenników. Szczególnie, że – jak wieść gminna niosła – edycja ta jest miła dla oka, podczas gdy jej poprzedniczka urodą ponoć nie grzeszyła.

Mogłabym zacząć od przedstawienia zawartości pudełka, ale zacznę od opowiedzenia pewnej historii. Otóż, wstęp, który powyżej przeczytaliście (albo sprawnie ominęliście wzrokiem widząc kursywę) stanowi libretto krótkiego komiksu, który wita gracza otwierającego instrukcję (wydrukowaną nota bene na dość cienkim papierze). Komiks ma za oczywiste zadanie wprowadzić czytelnika w klimat starożytnego Rzymu i uatrakcyjnić rozgrywkę. Ja postanowiłam pójść krok dalej i napisać jego kontynuację:

 

… Nagrodą za solidne wykonanie zleconej pracy jest wieczna sława i wdzięczność cesarza. Obywatele Rzymu! Cesarz wzywa do działania!

A skoro cesarz wzywa to trza ruszyć tyłek z Vomitorium, zakasać rękawy tuniki i zabrać się do roboty. Ech…

Rzym wyglądał mizernie gdy spoglądałem na niego z wysokości ocalałego fragmentu akweduktu. Cesarz wydał  prawie 40 rozkazów dotyczących odbudowy konkretnych budowli.

W kuluarach na Wiejskiej (po prawej) szybko porozmawiałem z kim trzeba, aby sprawnie i bez zbędnych ceregieli uzyskać pozwolenie na budowę.

Następnie wyruszyłem oblukać swój pierwszy plac budowy. Nie prezentował się jakoś szczególnie efektownie, a pomiędzy palikami wyznaczającymi granice działki pałętał się pan Edek, cieć. Musiałem się postarać o siłę roboczą, nazywaną w Wiecznym Mieście, z niewiadomych mi powodów – klientelą. Poszedłem więc na jednego głębszego do Tawerny, aby zwerbować bezrobotnych absolwentów uczelni wyższych pałętających się tam na potęgę.

Złapałem jednego Tragarza i Cieślę. Można więc zacząć pracować na zaszczyty. Ale robota szła wolno. Poza tym, nie zamierzałem uprawiać wolontariatu, a wśród zgliszczy Rzymu nie spodziewałem się znaleźć kokosów. Cóż mi pozostało, jak nie malutki interes na lewo? Potrzebowałem kupca na materiały. Ale w pierwszej kolejności, potrzebowałem samych materiałów…

 

Pani Jola z drugiego piętra zawsze była dobrze poinformowana. Byłaby nawet lepsza od google’a gdyby istniał w naszych czasach. Pani Jola udzieliła mi dyskretnych informacji i wskazała osobę, do której winienem był się udać. Następnego dnia udałem się więc do domu Senatora Janusza B., aby porozmawiać… nie, nie z nim. Nie od dziś wiadomo, że za wielkimi mężami stanu stoją ich żony decydujące nie tylko o kolorze krawata, ale i o polityce zagranicznej kraju. Wysłałem równocześnie Tragarza, aby z ogólnodostępnej puli przytargał możliwie najwięcej materiałów do naszego pojemnego składu. Cieśla coś tam dłubał przy budowie betonowej wieży (wykształcenie swoją drogą, a praca zawodowa i potrzeba chwili swoją), a ja flirtowałem z sympatyczną panią B. Komplementy, bombonierka i produkty Mango zrobiły swoje. Dostałem namiary na świetnego Patrona (w późniejszych czasach fucha będzie nosiła nazwę Head Huntera). Z takim gościem u boku mogłem skontaktować się z wieloma specjalistami. Wkrótce miałem na oku murarza i nawet zyskałem wtyki w strukturach wojskowych. Jeden z legionistów był chętny zaoferować swoje usługi. Był tylko mały, tyci problem. Nie miałem złotych monet… Musiałem jak najprędzej skończyć pierwszą budowlę, aby otrzymać skromną cesarską zapłatę.

Tydzień później miałem skończone 3 budowle i kolejne dwie w toku, a na usługach kilku zaufanych ludzi. Co jakiś czas wyprawiałem legionistę po materiały do konkurentów. Jak tu przecież odmówić władzy? Dawali co chciałem. Miałem ustawionych kupców, którzy chciwie sypali groszem za sprzedawane im na boku materiały. Każdy miał swoją półeczkę w moim skarbcu, który stale starałem sie rozbudowywać.

Wpadłem nawet na pomysł, aby postarać się o kontrakt na budowę miejskiego ścieku. Mogłem wtedy jeszcze efektywniej upłynniać materiałami z cesarskiego magazynu. Choć przyznaję, że był to nieco śmierdzący interes…

Poszedłem też do akademii. Wystarczył jeden papierek od kogo-trzeba, aby pozyskać praktykantów, których wypuściłem na miasto w poszukiwaniu ludzi, materiałów i wpływów.

Ale nie było lekko. Konkurencja zza muru była ostra, a walka bezpardonowa.

Wredni patrycjusze ciągali mnie nawet po sądach, gdzie siała postrach sędzia Anna Maria W. Na szczęście moja sprawa trafiła w ręce ludzkiego (czyt. przekupnego) stróża prawa. Paradoksalnie to właśnie spod mojej kurateli wyszło piękne i co najważniejsze, obszerne, więzienie miejskie, w którym znalazło się miejsce dla wielu moich kolegów po fachu. Choć w ogólnym zamieszaniu i labiryncie wpływów nowa obsada etatów nie przykładała się do pracy zbyt sumiennie.

A ja? No cóż, ponadczasowej chwały nie zyskałem, ale uścisk dłoni cesarza mnie nie ominął, a przede wszystkim nie ominęła mnie kasa ze skarbca i premie kupieckie. Pomimo tego, iż uwijałem się jak w ukropie, nie uznawałem L4 i szczędziłem ludziom urlopów to patrycjusz Tomek zebrał na Placu Miejskim przedstawicieli wszystkich zawodów i za barykadą złożoną z materiałów każdego rodzaju urządził wiec wyborczy pod hasłem „Rzym zasługuje na więcej”, wobec którego ugiął się sam Neron i przyznał Tomkowi palmę pierwszeństwa. A właściwie laur.

THE END

I tak mogłaby się potoczyć historia łącząca od 2 do 5 graczy przy jednym stole na około godzinkę. Nie będę szczegółowo opisywać zasad gry, które same w sobie są dosyć proste. Pod ich względem Na Chwałę Rzymu przypomina nieco Puerto Rico. Gracz aktywny z reguły wybiera rolę do rozegrania, za którą kryje się konkretna akcja.  Dostępnych ról jest 6 i zostały na rewersowej wersji planszy gracza dokładnie opisane.  Kolejni gracze mogą za wybraną rolą „podążać” albo uzbroić się w jedną lub kilka nowych kart. Warunkiem zarówno „rozegrania” roli jak i „podążania” za nią jest zagranie odpowiedniej karty lub zestawu kart z ręki. To co w Rzymie najważniejsze to fakt, że każda karta może być wykorzystana do jednej z trzech rzeczy: jako klient (w zakresie którego rozgrywana jest też rola), jako materiał budowlany lub jako budowla. W przeciwieństwie do innych gier bazujących na podobnym mechanizmie, karta zagrana na jeden ze sposobów może być nadal dostępna i może do nas wrócić w jednej z pozostałych postaci. Daje to całkiem spore pole manewru do sprytnych zagrań.  To, co w grze może się wydać skomplikowane to planowanie. Przez kilka pierwszych rozgrywek może być trudno o szybkie decyzje, trudno o  długofalowe strategie, trudno o poczucie grania świadomie, a przede wszystkim sensownie. Poczucie to jednak mija, gdy zapoznamy się z kartami, a role przestaną się mylić (szczególnie Cieśla z Murarzem).

 

Rozgrywka jest dynamiczna i wymaga wiele wolnego miejsca nawet na dwóch graczy. A jak już przy liczbie graczy jesteśmy to owszem, słyszy się wiele pozytywnych głosów za pojedynkiem z drugą połówką, aczkolwiek dużo dużo ciekawsza jest gra na więcej osób. W zasadzie, z każdym kolejnym graczem atrakcyjność partii wzrasta, gdyż decyzja co do wykonywanych akcji przypada na nas coraz rzadziej i trudniej sobie zaplanować swobodną ekspansję. Chyba, że właśnie lubicie jak wszystko idzie Wam jak po maśle to voila – na dwie osoby będziecie mieć budynków w bród i klienteli hordę (a klienci pozwalają wykonać odpowiednio więcej przypisanych im akcji, więc i tych będzie bez liku).

 

W grze, na pierwszy rzut oka, wszystko „hula i bucy”.

Gracze mają kontrolę nad własnymi działaniami, interakcja jest zarówno pośrednia (wybór roli) jak i bezpośrednia (podbieranie kart z puli, zabieranie kart graczom akcją Legionisty), a działania poszczególnych budowli po ich wybudowaniu mogą się pięknie zazębiać. Niestety, są też małe zgrzyty. Po pierwsze, wszechobecna w karciankach losowość. Każda karta występuje w kilku kopiach, ale zdarza sie, że karta, na której wybitnie nam zależy nigdy do naszej ręki nie trafi. I nic na to nie poradzimy. To samo się dzieje, gdy ze wszystkich sił chcemy blokować karty w ogólnodostępnej puli, a ich kopie szczęśliwym trafem i tak prosto z talii powędrują do ręki przeciwników. Nie wszystkim podobają się różnież i tak samo warunki końca gry, który następuje zawsze z nagła po określonym wydarzeniu, przy czym same wydarzenia także w różnym stopniu dażone są sympatią. Dla mnie powyższe minusy są jednak mało istotne. Podobnie jak w przypadku 7 Cudów, tak i tutaj mój główny zarzut dotyczy tego elementu, który dla większości grającej populacji jest wielkim plusem tego tytułu – mianowicie, funkcje budynków. Ja lubię rozkręcać silniczki z mozołem, być może sentyment z dzieciństwa („Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, I kręci się, kręci się koło za kołem, I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej…”), a może po prostu lubię kombinować. W tej grze natomiast wystarczy czasem zbudować jeden właściwy budynek, aby zyskać ogromny zastrzyk albo klientów (czyli akcji), albo materiałów, albo kart na ręce, albo wielu innych możliwości. W jednej chwili z niczego robi się nam wielkie imperium. Niby ograniczenia i wzajemne zależności takich elementów jak Skład, Skarbiec, Klientela – są dobrze przemyślane. Z drugiej, wystarczy nawet najtańszy, ale dobry w danym momencie, budynek, aby już o te zależności nie dbać. Ze względu na tę przypadłość, a wręcz – ośmielam się to nazwać – schorzenie! Na Chwałę Rzymu najlepiej ogrywać w większym gronie. Trochę trudniej wtedy o odpowiednie karty i akcje, a sama gra szybciej się kończy. Brzydki syndrom „obfitości” grozi nam wtedy w mniejszym zakresie.

 

Na koniec to, co odłożyłam na później – wykonanie.

Dla wielu osób, które miały styczność z oryginalną wersją gry obecna edycja wydaje się piękna chociażby na samej zasadzie kontrastu. Dla świeżynek – takich jak ja – będzie to tylko i wyłącznie kwestia gustu, czy komiksowe ilustracje nam się spodobają. Jakość kart natomiast mnie powaliła. Osobiście nie spotkałam się z tak grubymi kartami. Obcowanie w nimi sprawia mi wręcz perwersyjną przyjemność. W przeciwieństwie do obcowania z planszą gracza. Stosunkowo cienką i przede wszystkim niepraktyczną, jeśli chcieć jej używać zgodnie z instrukcją (wsuwać karty pod wszystkie krawędzie). Karty się przesuwają, popychają, chowają i w ogóle mają tendecję do bycia niesfornymi. Dosyć szybko więc zaczyna się stosować układanie boczne… Kto stosuje ten wie. Kto nie stosuje, zastosuje wkrótce i też będzie wiedział :) Pudełko jest ciekawe, oklejonę gładką wartstwą, w którym jednak wszystko sobie swobodnie biega, gdyż brak jest jakiejkowliek wypraski. Może dobrym pomysłem są gumki recepturki? Nie wiem, nie dysponuję…

I tak dobiegła końca historia mojej przygody ze starożytnym Rzymem w przyjemnym wydaniu Boat City Na pewno jednak nie dobiegła końca sama przygoda z grą. Regularnie wraca ona na stół i cieszy się wielkim powodzeniem, nie tylko w gronie geeków. Na Chwałę!

Glory to Rome: Na Chwałę Rzymu

Wydawnictwo: Boat City

autorzy: Carl Chudyk, Ed Carter

dla 2 – 5 graczy

60 minut

Pierwsze wydanie: 2005, polska edycja 2011

yosz (5/5) – dawno temu grałem w brzydką wersję tej gry wydaną przez Cambridge Games. Wydanie Boat City podnosi ocenę o przynajmniej jeden. Gra sprawia mnóstwo frajdy, z kombowania efektów kart, interakcji i po prostu z obcowania z przepięknie wydaną grą. Każdy, ale to absolutnie każdy powinien przynajmniej w ten tytuł zagrać.

Odi (4-/5) – dużo sobie obiecywałem po rodzimym wydaniu Glory to Rome. Czytając opinie graczy na BGG liczyłem, że to będzie gra dorównująca (przewyższająca?) głębią Race for the Galaxy, lecz bardziej przyjazna dla początkujących. I jakkolwiek wydawnictwu Boat City należą się ogromne brawa za pomysł, cenę i jakość wydania, to sama gra… leciutko mnie rozczarowała. Nie tylko nie jest to ‚RftG killer’ (sporo oczywistych zagrań, większa losowość przez brak jakichkolwiek ‚wyszukiwarek’), ale też mam wrażenie, że poziom komplikacji i pewna nieintuicyjność mechaniki utrudnia zrozumienie sensu rozgrywki początkującym planszówkowiczom. Do tego gra może potrwać i 3-4 razy dłużej niż RftG. Mimo to lubię  „Na Chwałę Rzymu” i polecam przynajmniej ‚zagrać u kolegi’. Radość z tworzenia miażdżących kombosów jest naprawdę duża. Na plus także dobra skalowalność.

Folko (4/5) – nie przepadam za karciankami. Irytuje mnie ich losowość, budowanie kombosów, różnorodność kart.  Glory ma wszystkie te wady, a mimo to grało mi się dobrze. Grałem tylko dwa razy, więc zdecydowanie za mało, żeby tego typu grę oceniać, ale jeśli już muszę… to oceniam jak powyżej. Muszę się również przyznać, że jestem zauroczony wydaniem, a dokładnie ilustracjami. Ten Asterixowy klimat… :-D

 

Ogólna ocena (4/5):

Złożoność gry (3/5):

Oprawa wizualna (5/5):

Dziękujemy firmie Boat City za przekazanie gry do recenzji.


9 komentarzy

  1. melee

    Przepraszam za komentarz w tym miejscu, ale widzę że GamesFanatic z Granna wraca do mrocznych czasów interentu i świecąco/migających reklam. Brawo.

  2. co do niektórych budynków to jest właśnie tak jak Veridiana pisze, rach ciach i nagle z niczego mamy turbo boosta i jesteśmy nieśmiertelni i to jest spora wada, ale poza tym gra jest wyśmienita i jak Folko napisał, ten Asterixowy klimat ilustracji, mmmm…:D

  3. Melee, chyba nie jest tak źle, bo mi to specjalnie nie przeszkadza. A jak patrzyłem ostatnio na mecz Polska-Niemcy to mnie krew zalewała od tych latających i przesuwających się non stop reklam wokół boiska.

  4. „dażone są sympatią” przeze mnie literki R oraz Z w wyrazie „darzyć” – o wiele bardziej niż Ż :D

  5. Veridiana

    Już nie będę tego poprawiać, skoro jest errata. ja nie wiem, skąd mi sie ten analfabetyzm bierze ;)

  6. Folko napisał: „nie przepadam za karciankami. Irytuje mnie ich losowość, budowanie kombosów, różnorodność kart. Glory ma wszystkie te wady, a mimo to grało mi się dobrze.”

    To widocznie jednak te wszystkie elementy lubiłeś tylko może nie zdawałeś sobie do tej pory z tego sprawy bo elementy o których piszesz tworzą w zasadzie tę grę, poza nimi nie ma tam nic innego :)

  7. Folko

    Ha :)
    Dalej nie przepadam ;-), Glory to nie jest gra (niestety) którą bym kupił i w którą często grał… ale ten klimacik ;)

  8. Jak wypada porównanie do Innowacji? Łatwiej do rozgrywki w Na chwałę Rzymu wprowadzić nowych graczy? Poziom skomplikowania podobny czy mniejszy?

  9. Veridiana

    Na Chwałę Rzymu łatwiejsze i bardziej intuicyjne. Ale to dwie zupełnie inne gry. Osobiście jestem fanką Innowacji, czego o Rzymie powiedzieć nie mogę. Sama podstawka Innowacji trudna nie jest, ale gra nabiera rumieńców z dodatkami, a to już komplikuje reguły mocno.

Odpowiedz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.Pola wymagane są oznaczone *

*