Home / Artykuły / Felietony / Galopem po grach

Galopem po grach


Jako, że ostatnio trwało u mnie nadrabianie zaległości wsiadam na planszówkowego rumaka i pędzę galopem z opiniami o różnych głośnych tytułach, głównie należących do tego co się urodziło podczas Essen 2007.

Agricola

Dobra gra. Trochę Caylusowo, trochę nowych rozwiązań. Generalnie rozwijamy swoje gospodarstwo wiejskie w wielu aspektach: wielkości domu, rodziny, zwierzętach hodowlanych i uprawach. Tylko liznąłem grę, bo podobno rozgrywka nabiera rumieńców w trybie dla zaawansowanych, z kartami. Do tego wygrałem realizując z góry założoną strategię od początku do końca. Lubię takie pozycje i doceniam gdy gra mi na to pozwala. Trzeba będzie kiedyś kupić, ale mi się nie śpieszy.

Brass

Martin Wallace i gra ekonomiczna w czystej postaci. Spodziewałem się ostrej optymalizacji w stylu Age of Steam i specjalnie się nie napalałem. W końcu sprawdziłem na własnej skórze. Długo graliśmy strasznie, chyba z cztery godziny, co nie zmienia faktu, że podobało mi się. Zasady w gruncie rzeczy wcale nie skomplikowane, choć zawierają kilka niuansów. Wszystko fajnie zorganizowane: dwie epoki przemysłowe, budowanie połączeń między miastami, dostarczanie surowców, zagrywanie kart i występowanie wielu interesujących strategii. Ale dlaczego nie ma trybu na dwie osoby?! Zacna rzecz, chciałbym zagrać kolejny raz.

Condottiere

Karcianka z blefowaniem, wyczuwaniem przeciwnika i drobnym elementem strategicznym przy wybieraniu miejsc na bitwę na mini planszy. Grałem kilka partii, przeważnie w dwie osoby. Raz miałem zażartą partie i było bardzo fajne, ale w większości przypadków rozgrywki krótkie i niewymagające. Sprawdziłem też raz w cztery osoby i było bardzo przeciętnie, z mocno zarysowanym kingmakingiem. Szkoda, że co kolejna partia to gorzej, bo wykonanie czy pierwsze wrażenie jest niezłe.

Cuba

Niby jak Puerto Rico, niby jak Filary Ziemi, a tak naprawdę podobieństwa są złudne. Cuba ma swój własny indywidualny mechanizm rozgrywki: w kartach akcji, aktywowaniu budynków czy w działaniu parlamentu. Na pewno denerwuje mnie (szczególnie miało to miejsce w pierwszych rozgrywkach) bardzo duży wybór budynków. W Puerto Rico na część nas nie stać to od razu nas nie obchodzą, w Caylusie możemy wybierać stopniowo z pewnej podgrupy (drewniane, kamienne), w Cubie wszystko od razu jest dostępne (a potrzebne zasoby do zbudowanie nietrudno zdobyć) i ciężko się na coś zdecydować, a jak już się zdecydujemy to bywa, że był to ten najgorszy wybór. Ciekawe, śliczne, ale czy warto kupić dla siebie? Nie zdecydowałem, trudno powiedzieć. Choć jeżeli po trzech rozgrywkach nie mogę się nadal zdecydować to chyba nie jest idealnie.

Felix: The Cat in the Sack

Na pytanie dobre czy złe odpowiadam – śmieszne. Dosyć losowa gra z dużym elementem blefu. Gracze licytują się o zestawy kart kotów o różnych wartościach, mogą być dodatnie albo ujemne, są wreszcie psy zaburzające całkowitą wartość kart (bardzo fajne grafiki na kartach!). To gra z tego rodzaju co zasady tłumaczy się w pięć minut i najczęściej wszyscy się dobrze bawią, czyli porządny filler. To też ten rodzaj gry, gdy po wygranej partii wydaje się, że ma się pomysł na strategię, a w kolejnej partii wszystko idzie w diabły i znowu nic nie wiemy.

Hamburgum

Będę recenzował w #5 ŚGP to króciutko. Pierwsza gra z rondlem, która działa świetnie na dwóch graczy. Imperial w trybie na dwie osoby to była tragedia, a Antike był taki sobie i strasznie odbiegał od partii z wieloma osobami. Ogólnie fajna, ciekawa pozycja i pomimo, że trzeci raz Mac Gerdts używa tej samej mechaniki to w ogóle nie przypomina poprzednich gier tego autora i znowu jest czymś nowym.

Heckmeck

Solidne płytki (chyba bakelit) a la domino i przerzucanie się kościami trochę w stylu To Court the King. Początkowo mi się podobało, dużo zabawy, zerowe skomplikowanie reguł. Jednak przy dużej liczbie osób (sześć lub siedem) gra zaczyna dostawać zadyszki, długo czekamy na ruch, ciężko ją skończyć, bo wszyscy wzajemnie się okradają, przez co finisz zabawy się oddala. W dwie osoby też szybko staje się monotonna (po paru grach). Najlepsza chyba w cztery osoby. Myślałem jednak, że będzie to ciekawsza pozycja po tych ahach i ochach z Pionka.

In the Year of the Dragon (Im Jahr des Drachen)

Tego też będzie moja recenzja w #5 ŚGP, to i znów krótko. Nie zrobiło takiego wrażenie jak Notre Dame, nie umywa się do niego. Jednak wciąż Stefan Feld trzyma poziom i zaprezentował ciekawą mechanikę (charakterystyczną dla eurogier). Nie podoba mi się jednak bardzo duże uzależnienie naszej strategii od kroków przeciwników. Ciężko trzymać się jednej strategii przez całą grę, gracze łatwo mogą ją popsuć, nawet przypadkiem (wymaga więc dużej elastyczności z naszej strony). Niezbyt też działa zasada kumulowania punktów przez całą grę, bo w ostatnich etapach można zdobyć ich tak
dużo, że gracz solidnie grający całą rozgrywkę przegrywa na sam jej koniec.

Race for the Galaxy

San Juan w kosmosie z rozbudowanymi zasadami. Pierwsza gra jest zupełnie testowa, zapomina się znaczenia kart, nie zna się dobrych układów, gra się okropnie po omacku. Z tego też powodu Race for the Galaxy nie rzucił mnie na kolana, wręcz wydał się taki sobie, bardzo przeciętny. Może to jednak kwestia małego ogrania. Jak więcej się orientujemy w grze, kontrolujemy jej przebieg to może być znaczniej ciekawiej. Trzeba powtórzyć partię.

6 komentarzy

  1. Avatar

    Moze pokusilbys sie jeszcze o dodanie ocen w przypadku gier, ktore byly oceniane w SGP #4 – tak, by czytelnicy mogli je dodac do Sprintem po grach?

  2. Avatar

    W In the Year of the Dragon nie widzialem jeszcze aby jakis gracz zdobyl w ostatnich etapach tyle punktow by niespodziewanie wyjsc na prowadzenie. Wrecz jako zarzut mozna by powiedziec ze okolo 1/2 gry wiadomo juz, ktorzy gracze sie nie licza. W prawie kazdej rozgrywce oplacilo sie kupic Przywilej II na poczatku – kumulacja punktow z niego byla ciezka do przebicia. Gra wymaga duzej elastycznosci tylko jezeli olejemy tor inicjatywy. Jezeli bedziemy sie na nim trzymali caly czas na przedzie – mamy wieksze szanse kontrolowac rozgrywke. Ogolnie – im dluzej w IYOTD gram, tym bardziej mi sie podoba.

  3. Avatar

    Dokladnie – przeciez widac jaki kto ma potencjal. Zas olanie inicjatywy przy dwu kupcach musze wyprobowac – no ale na to glownie skazuje sie pierwszy z wybierajacych

  4. Avatar

    W mojej jedynej grze Forever wyskoczyl w ostatnim punktowaniu o bardzo duzo punktow. I tak byl faworytem, bo pozostali grali pierwszy raz, ale on dostal (o ile dobrze pamietam) przynajmniej 70 % dotychczasowych punktow.

  5. Avatar

    Potwierdzam to co napisał Don Simon. Przez całą grę właściwie byłem pierwszy na przemian z mefiugiem, a zakończyłem ją jako przedostatni. Forever odstawał od liderów o dobre kilkanaście punktów zwycięstwa.
    W ostatecznym podliczeniu forever wyskoczył mocno do przodu deklasując wszystkich o paręnaście punktów

  6. Avatar

    no ale właśnie na tym polega ta gra, na odpowiednim doborze strategii z ograniczonych środków.
    można zbierać punkty przez całą grę choćby poprzez przywileje (lub używanie uczonych), można zbierać kaskę, ryż i wstawić 3ech mnichów z myślą o ostatecznym rozliczeniu.
    jak dla mnie to jest właśnie zaleta tej gry.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

sklep z grami planszowymi planszomania.pl
x

Check Also

Renesans planszówkowy

Na długo przed nastaniem ery komputerów, konsol i wszelakiej rozrywkowej elektroniki, był stół. Na tym stole były kartki i były długopisy, były karty do gry i były kości do gry. Przy stole spotykała się moja rodzina i niezależnie od stanu zasilania – bywało, że i przy świeczkach – zaznawała rozrywki przy kościanym pokerze, remibrydżu, „państwach i miastach”, a w późniejszym okresie również Scrabblach czy Eurobusinessie. Rodzina była w tych momentach szczęśliwa i skupiona na sobie nawzajem. Udostępnij: Facebook Twitter LinkedIn More

Share via
Copy link
Powered by Social Snap