Home / Recenzje / Gry rodzinne / Zooloretto – Ze starej półki cz.1

Zooloretto – Ze starej półki cz.1

W obliczu lekkiej noworocznej posuchy na recenzowanie nowości postanowiliśmy udobruchać Was recenzjami staroci, które z jakichś względów nie znalazły się dotąd w katalogu GamesFanatic. Ciekawe, czy zauważyliście, jakich wielkich tytułów nie znajdziecie w spisie :) Czekamy też na podpowiedzi, co wypadałoby nadrobić i uzupełnić.

Na pierwszy ogień wypadło Zooloretto, gra rodzina  obdarowana tytułem Spiel des Jahres w roku swego wydania, czyli 2007, na naszej rodzimej ziemi goszcząca za sprawą wydawnictwa G3. Moja przygoda z tą grą jest dość specyficzna. Otóż, dawno dawno temu…

…a dokładniej kilka lat temu, gdy byłam świeżo po odkryciu GIER PLANSZOWYCH (przez duże „G”, duże „I”, duże „E” i przez duże wszystkie pozostałe litery) i po pierwszym Pionku, zdarzyło mi się pojechać do Bielska Białej na tamtejszy konwent, którego nazwy nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że królowali na parkie… stołach polscy „Łowcy Przygód”. Nagrawszy się w tę turlankę (Krzysztof Matusik obraził się wtedy na mnie za to sformułowanie ;) pozdrawiam!) zaczęłam zwiedzanie innych pudełek, zdecydowanie większych.  Eufrat i Tygrys odstraszył instrukcją, Puerto Rico mnogością elementów, a Zooloretto przyciągało fajnym tematem, krótkimi regułami i wykonaniem.

Plansza gracza, obok żetony, drewniane ciężarówki i monety.

 

I jak im się oprzeć?

                                                                                                                                                                                                                Bawiliście się w dzieciństwie w zoo?

Układaliście wybiegi z klocków, zaopatrywaliście się w „specjalistycznych sklepach osiedlowych” w figurki zwierząt i hasaliście nimi po dywanie? Ja tak. I to jakże przyjemne wspomnienie odżyło w kwadratowym pudełku ze słodkim pyskiem misia pandy na wierzchu. Przebrnęliśmy przez niedługą instrukcję i rozpoczęliśmy… nudną rozgrywkę. Popełniliśmy błąd – wzięliśmy się za rozkręcanie zoologicznego interesu we dwójkę. Ta gra wybitnie par nie lubi i park ze zwierzakami otwiera w pełni swe podwoje dopiero przy większej liczbie graczy.

Przekonana, że zgrupowanie nie do końca będących w pełni władz umysłowych tzw. znawców przyznało tytuł Gry Roku grze totalnie niegrywalnej i nudnej jak falki z olejem wyrzuciłam z pamięci owo bielskie doświadczenie. Zabawa w zoo wróciła do mnie jak karma dopiero niedawno za sprawą zajęć z grami planszowymi, które prowadzę w swojej szkole podstawowej. Uznałam, że komu jak komu, ale dzieciakom budowanie zoo powinno przypaść do ich małych guścików i grę nabyłam. A jako że często uzupełniam grono małych współgraczy nad różnymi planszami to przyszło mi w końcu i uzupełnić grono przy wybiegach. I jak fajnie się, kurczę, bawiłam!

Nie testowane na zwierzętach… Testowane na dzieciach ;) 

Gra, mimo iż prosta, ma pewne momenty, których opanowanie zabiera trochę czasu. Ale przetestowałam je na dzieciach i mile się zdziwiłam, że nie sprawiały im aż takiego problemu jak się obawiałam. Reguły bazują na trzech akcjach, spośród których możemy wybrać w swoim ruchu jedną. Pierwsza akcja to wylosowanie kafelka i dołożenie na jedną z ciężarówek. Druga akcja to przejęcie ciężarówki wraz z zawartością i rozładowanie w swoim zoo. Trzecia opcja to tzw. „akcja z pieniędzmi” w ramach której właśnie mamy kilka mylących się podpunktów, tj. przearanżowanie wybiegów, przemieszczanie budek z jedzeniem, manewrowanie żetonami w różne strony i między graczami, a wszystko w innej cenie. Sama mam czasem problem i zerkam do instrukcji, gdyż pomocy gracza nie uznano za stosowne dołączyć. A szkoda.

Wbrew pozorom to są ciężarówki, nie łódki.

 

Mama, tata i maluch. Narodzinom tego ostatniego nawet podczas gry towarzyszą wielkie emocje :)


Najsprytniejszy moment to dokładanie żetonów na ciężarówki. Mając świadomość, że w każdej rundzie każdy z rywali stanie się posiadaczem jednej z nich, musimy dokładnie przemyśleć co z czym może się w jednym pojeździe znaleźć, aby nie było zbyt atrakcyjne dla przeciwników, a ciągle atrakcyjne dla nas. Kolejne miłe zaskoczenie czekało mnie ze strony dzieci, które celnie i szybko analizowały sytuację i bardzo przemyślanie rozmieszczały żetony (zwierząt, budek z jedzeniem przynoszących dodatkowe punkty) i monet). Czyli mechanizm sprytny i w dodatku przystępny! Myślę, że oprócz sympatycznego tematu i ładnego wykonania to największy plus tego tytułu.

Miłe zoo rozbudowywanie 

Oczywiście z dziećmi grałam już co najmniej w trzy osoby i dlatego naprawdę mi się podobało, choć tytułów rodzinnych, z zasady lżejszych raczej unikam. Ale sentyment do opiekowania się egzotycznymi zwierzątkami pozostał w trzewiach i odezwał się nad planszą raz jeszcze. Kompletowanie gatunków, zapełnianie wybiegów (dla punktów i pieniążków), polowanie na płodne samice i samców, dzięki którym w zoo pojawiają się urocze maluchy, i unikanie ze wszystkich sił nadmiarowych zwierząt, aby nie zapełniać schronu (kto to tak nazwał?) za co grożą punkty ujemne – bardzo miło mija czas, niedługi czas, dodajmy.

Dodać jeszcze kostki i byłaby ameritrashowa wersja gry ;)

 

Żeton misia polarnego dla pierwszego gracza, który zapełni największy wybieg!

Gra, oprócz rozgrywki dwuosobowej, skaluje się dobrze, ale jak to zazwyczaj bywa – im więcej graczy tym ciekawiej, szczególnie w aspekcie „ciężarówkowym”.  Z dodatkiem „Miś polarny” dochodzi jeszcze wyścig o tytułowego wyrośniętego pluszaka, który pozwala nam ograniczyć na koniec gry ujemne punkty ze schronu (kto to tak nazwał?). Ale nie przepadam za dodatkami, dla których nie przewidziano żadnego konkretnego miejsca. Jakieś takie bezpańskie się wydają…

Summa summarum, jeśli tylko macie dzieci, albo po prostu lubicie gry rodzinne, to Zooloretto powinno Wam się spodobać. Nie jest to gra, którą sobie sprawię, ale jako nieliczna z tej kategorii nie męczy mnie i chętnie w nią gram. Ktoś udanie połączył klimat i łatwą mechanikę. I tak sobie myślę, że ci znawcy od SDJ to tacy znowu szaleni nie byli ;)

PLUSY:

– przyjemny temat

– porządne, miłe dla oka wykonanie

– prosta, ale ciekawa mechanika

MINUSY:

– dla dwóch graczy wieje nudą

Zooloretto, autor: Michael Schacht

rok wydania: 2007 

2 – 5 graczy

czas gry: 45 minut

wydawca w Polsce: G3 

WRS (3/5) – Zooloretto to rozwinięcie mechaniki z Coloretto (Kameleon). O ile abstrakcyjne Coloretto bardzo mi się spodobało, to dodanie klimatu, rozmnożenie opcji (zwłaszcza w dodatkach) w Zooloretto jakoś mnie nie przekonało. Grywam czasem w Zooloretto, bo widzę, że dzieciom, rodzinom wchodzącym w planszówkowy świat gra się podoba. Stąd używam jej jako gry wprowadzającej. Mnie jednak nie porywa.

ja_n (2/5) Zooloretto zawsze mnie wprowadza w stan irytacji i rozdrażnienia. Wszystko mnie w tej grze irytuje, a najbardziej bezczelna zrzynka mechaniki z karcianki Coloretto i w dodatku za coś takiego zgarnął SdJ. Nie umiem zaakceptować tego, że ktoś wymyślił świetną, pomysłową karciankę, a potem wszystko popsuł dojeniem na skalę przemysłową, naciągając ten pomysł na chmarę produktów z Zooloretto i Aquaretto w nazwie. Rozgrywka w Coloretto jest dla mnie szybka, wciągająca, emocjonująca i po prostu fajna. Rozgrywka w Zooloretto jest irytująca. Przy okazji przypomniałem sobie inne tytuły Michaela Schachta i widzę, że jego drugie imię powinno brzmieć „Dojarka” – wystarczy popatrzeć na liczbę produktów pod hasłem China czy Valdora. Na szczęście inne wartościowe, dobre gry Schachta (oprócz Coloretto naliczyłem trzy: Don – choć głównie dzięki dobrej niegdyś cenie, Industria i Hansa) ominęła taka eksploatacja. Moja rekomendacja: unikać, za to koniecznie kupić Coloretto.

Ogólna ocena (4/5):

Złożoność gry (2/5):

Oprawa wizualna (5/5):


9 komentarzy

  1. Oj tam, oj tam. Zaraz obraziłem :) Byłem raczej bardzo mocno zdziwiony, że ktoś spoza Bielska zna moją turlankę. Nie tylko zna ale nawet zadaje pytanie: „Czy podczas turnieju w rzeczoną turlankę będą obowiązywać stare zasady czy zasady z nowe edycji?” – wielki szacun i 5 punktów do lansu na mieście.
    I żeby nie było, że nie na temat to bardzo, bardzo fajna recka. Zooloretto to jedna z moich ulubionych gier do pogrania z córką i żoną. Taki familijny ideał :)

  2. I jeszcze trochę nie na temat. Konwent nazywał się Beskidzkie spotkania przy planszy.

  3. Veridiana

    Że też to pamiętasz! Chodzi mi o moje pytanie, nie o nazwę konwentu ;)
    Takie nieopierzone raczkujące w temacie kurczę wtedy bylam hehe. Ale powiem Ci, że rodzina uwielbiała Łowców :)

  4. Folko

    Nie zdążyłem się dopisać, więc tutaj… ja Zooloretto lubię. Coloretto poznałem wcześniej, ale i tak Zoo… dla mnie jest świetne. To miła gra rodzinna, mam z nią przyjemne wspomnienia, szczególnie jedną partię którą rozegrałem z żoną i dziećmi w Opolskim Zoo :-)
    A co do zrzynki mechaniki itp. każdy ma prawo, nie widzę w tym nic zdrożnego :-)
    Moja ocena jest taka sama jak Moniki, czyli 4/5.

  5. 1. to bardzo dobra gra rodzinna – niesłychanie cenię gierki, w które pykam z dzieciakami, przy których one się świetnie bawią, a ja … nie nudzę.
    2. W Zoloretto nie nudzi się nawet moja 5cio letnia córeczka (nie, nie gra sama, ale jest „w drużynie” i kuma na tyle, ze się świetnie bawi).
    3. dla gier rodzinnych to jest 5/5
    4. a’propos pierwszego akapitu: GOA

  6. GOA to dobry pomysł szczególnie, że niedługo będzie wznowienie.

  7. o wznowieniu to słyszymy regularnie od (co najmniej) 3ech lat :). ale faktycznie na BGG jest info, że second english edition planowana jest na kwiecień :)

  8. To ja też a’propos pierwszego akapitu-pozostałe dwie części z trylogii maski :
    Java i Mexica

  9. „Przy okazji przypomniałem sobie inne tytuły Michaela Schachta i widzę, że jego drugie imię powinno brzmieć „Dojarka” – wystarczy popatrzeć na liczbę produktów pod hasłem China czy Valdora.”

    Potwierdzeniem tych słów mogą być dwie pierwsze pozycje z Norymbergowej fotorelacji :)

    http://www.boardgamegeek.com/blogpost/7834/nurnberg-2012-re-view-94-pictures-of-36-games

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*