Home / Recenzje / Gry dla dzieci / Przebiegłe Wielbłądy – biegły biegłe i przebiegłe aż dobiegły do SDJ

Przebiegłe Wielbłądy – biegły biegłe i przebiegłe aż dobiegły do SDJ

Przebiegłe wielbłądySpiel des Jahres ogłoszone. Mamy nowego, miłościwie nam panującego, przodownika pracy! A dokładniej, pięciu. I do tego przebiegłych. Wielbłądy przebiegły przez planszówkową scenę zmiatając konkurencję niczym pustynny wiatr. Czym się tak zasłużyły? Czyż to nie jest kolejna banalna gra o zwierzątkach? Jest. A może wychodzi poza schemat lekkich gier rodzinnych? Nie wychodzi. Może chodzi o jakiś nowatorski gadżet? Może chodzi. A nawet przebiega. Czym się gra o garbatej faunie przysłużyła światu, że dostała złoty medal w planszówkowym sprincie?

Wielbłądy ostro trenowały i dobiegły do mety jako pierwsze. Stosując przebiegłe zagrywki dopingujące w postaci przejażdżki na cudzych garbach podpatrzone u kolegów żółwi pomknęły przed siebie. Porównanie do gry o małych gadach, które także lekko wypukłe plecki mają, występuje jednak jedynie w tym elemencie – nakładaniu na siebie figurek, które znajdują się na tym samym polu. Poza tym, podobieństw brak.

Przebiegłe wielbłądy podzieliły graczy. Niemałej oliwy do ogniska dolał fakt otrzymania przez nie nagrody. Gdyby chodziło o sama rozgrywkę, mniej sympatyzująca z baktrianami część środowiska machnęłaby po prostu ręką. Ale w obliczu promocji jaką umożliwiają trzy magiczne literki S-D-J należało się odezwać. I powstał wielogłos.

Poezja kolorów i uwertura porządnej tektury.

Poezja kolorów i uwertura porządnej tektury.

Dla kogo przebiegły wielbłądy?

Dla geeków? Nie. Nie taka idea nagrody. Dla rodzin grających? Nie bardzo. Za proste. Dla rodzin niegrających? Jak najbardziej. Dla dzieci? O tak!

Gra jako wprowadzacz do świata planszówek nada się świetnie, aczkolwiek niekoniecznie najlepiej. Pokaże potencjalnie nowym wykluwającym się amatorom gier unplugged, że nowoczesne gry mogą być przepięknie wydane, sprytnie pomyślane i emocjonujące. Nie pokaże natomiast, iż mogą także wymagać czegoś więcej niż odrobiny szczęścia, a mianowicie – myślenia. Minimum decyzyjności, minimum wpływu na rozgrywkę. Czysta frajda i raczej zabawa aniżeli gra sensu stricte. W Przebiegłych spotkamy rumieńce podczas rzutów kostkami i okrzyki triumfu lub zawodu podczas typowania zwycięzcy. Nic więcej.

Każdy wielbłąd ma swój kolor, namiocik, kość i karty zakładów. Każdy ruszy się w każdym etapie wyścigu tylko raz z rzutu kością i ewentualnie więcej razy poniesiony na grzbiecie kolegi. (fot. Henk Rolleman)

Każdy wielbłąd ma swój kolor, namiocik, kość i karty zakładów. Każdy ruszy się w każdym etapie wyścigu tylko raz z rzutu kością i ewentualnie więcej razy poniesiony na grzbiecie kolegi. (fot. Henk Rolleman)

Pod tym względem Przebiegłe Wielbłądy zawiodły. Jako najlepsza gra roku powinny chyba promować także to, co w nowoczesnych grach ważniejsze od strefy wizualnej i poczucia świetnej zabawy – myślenie strategiczne. Tymczasem nasz wpływ na wynik jest znikomy. Po skończonej partyjce możemy sobie co najwyżej pogratulować wyjątkowego szczęścia tego dnia. Co też bywa miłe, ale chyba mniej satysfakcjonujące niż poczucie, że pokonało się przeciwników sprytem.

Karty graczy oraz kafelki pustyni są opatrzone klimatycznymi podobiznami postaci (fot. Daniel Danzer)

Karty graczy oraz kafelki pustyni są opatrzone klimatycznymi podobiznami egzotycznych postaci (fot. Daniel Danzer)

Pod każdym jednak innym względem Wielbłądy należy polecać. Szczególnie, że w Waszym otoczeniu nie brakuje zapewne pewnej kategorii osób, które ja mam nieszczęście spotykać co rusz. Chodzi o kultystów starego, czcicieli prostego, ludzi mających lęk męczenia szarej strefy swojego mózgu. Ileż to razy tłumacząc zasady nowej gry usłyszałam „A nie możemy po prostu zagrać w Eurobiznes?”. Nie, w Eurobiznes nie. Ale jeśli naprawdę masz wstręt do myślenia, to brakującym ogniwem w teorii Darwina, mostem pomiędzy bezmyślnym rzucaniem kostkami, a planszówkowymi Polami Elizejskimi będą właśnie Wielbłądy. Mały krok dla człowieka, wielki krok dla naszej hobbystycznej sceny. Nie zmęczą, bo nie są wymagające. Kilka zasad, mrowie pięknych elementów, super gadżet w postaci piramidy, pąsy, pląsy i emocje. Jeśli nie da rady zachęcić wszelkiej maści „Osadnikami”, to spuśćmy nieco z tonu i wyłóżmy na razie na stół Przebiegłe Wielbłądy.

Karty służą nam do typowania zwycięzcy i największego przegranego całego wyścigu. Liczy się nie tylko dobra intuicja, ale i czas, kiedy to zrobimy. Im wcześniej - tym więcej zystakmy pieniędzy. (fot. Henk Rolleman)

Karty służą nam do typowania zwycięzcy i największego przegranego całego wyścigu. Liczy się nie tylko dobra intuicja, ale i czas, kiedy to zrobimy. Im wcześniej – tym więcej zyskamy pieniędzy. (fot. Henk Rolleman)

Wyłóżmy je grając z dziećmi, rodzinnie i lajtowo. Nie wykładajmy wśród geeków, chyba że chcemy posłuchać marudzenia i narzekania. Bo ja słuchałam. Słuchałam też marudzenia na przyznaną nagrodę. No bo dokąd ona właściwie zmierza? Mam dwie teorie. Albo premiuje nowinki i oryginalność (odwrócone karty w Hanabi, piramida w PW), albo podchodzi obecnie jak najbardziej praktycznie do całego tego biznesu i pcha ludziom w ręce grę jak najmniej wymagającą, ale równocześnie wabiącą wykonaniem i zasadami ciekawszymi od chińczyka, czy Monopolu, do których to tytułów z niewiadomych przyczyn wielu ludzi przyssało się jak dziecię do cycka i nie puściło po dziś dzień. Jeśli tak właśnie jest, to może jest to faktycznie sposób na ten coraz bardziej rozlazły obecnie styl życia?

Składanie piramidy (tu tylko jedna z jej części) to pierwsza zabawa jaka nas czeka z tym tytułem. (fot. Daniel Hofmann-Pfaff)

Składanie piramidy (tu: tylko jedna z jej części) to pierwsza zabawa jaka nas czeka. (fot. Daniel Hofmann-Pfaff)

A czy ja osobiście lubię Wielbłądy? O dziwo, lubię. Bo lubię hazard, choć umiarkowany. A w grze chodzi o obstawianie wyników kolejnych etapów, jak i całego wyścigu. Na obstawianiu albo zarabiamy, albo tracimy. Pozory zakładów hazardowych utrzymały monety będące wyznacznikiem zwycięstwa. I tak jak w stłoczonym kamerliku u buchmachera, tutaj też może panować niezły tłok, gdy zechcemy zagrać w komplecie ośmiu graczy. Ale moje pytanie brzmi: czemu ośmiu, a nie na przykład dziewięciu czy dziesięciu? Już przy siedmiu graczach tracimy bowiem jakąkolwiek kontrolę nad czymkolwiek. Przy dwóch natomiast bywa nudnawo. Najlepiej 4-6, wtedy zabawa jest przednia. Ale to wciąż tylko zabawa. I jako taka mi się naprawdę podoba.

Tak wygląda piramida, gdy sobie spokojnie stoi czekając, aż ktoś zdecyduje się poruszyć wielbłąda. (fot. Daniel Danzer)

Tak wygląda piramida, gdy sobie spokojnie stoi czekając, aż ktoś zdecyduje się poruszyć wielbłąda. (fot. Daniel Danzer)

A tak z niej korzystamy. Odrobina wprawy i powinna nam wylecieć tylko jedna kostka. Choć czasem zdarzają się sytuacje jak na zdjęciu. (fot. boarder)

A tak z niej korzystamy. Odrobina wprawy i powinna wypaść tylko jedna kostka. Choć czasem zdarzają się sytuacje jak na zdjęciu. (fot. boarder)

Myślę, że wyraziłam się na tyle jasno, aby każdy wiedział, czego oczekiwać. Ocena została wystawiona z perspektywy młodszych lub bardzo niedoświadczonych graczy. Dla tych bardziej ambitnych, ze dwa oczka niżej. Na pewno fakt otrzymania nagrody przyczynił się do bardziej krytycznej analizy tytułu. Bo mało to gier łatwych, pięknych i przyjemnych, które przyjmujemy z dobrocią inwentarza? Tylko problem dla niektórych w tym, że teraz taką grę postawiono za wzór. A czy dla Was jest to problem?

Żółwiki nie miały problemu z ustaniem na sobie, bo był płaskie. Wielbłądy, mimo iż wyprofilowane, także go nie mają. (fot. Daniel Hofmann-Pfaff)

Żółwiki nie miały kłopotu z ustaniem na sobie, bo były płaskie. Wielbłądy, mimo iż wyprofilowane, także go nie mają. (fot. Daniel Hofmann-Pfaff)

Ciekawostka: We wszystkich edycjach gra nazywa się Camel Up. Tylko polska zdecydowała się na zmianę tytułu.

PLUSY: przepięknie wydana, z nowinką w postaci piramidy do rzucania kostkami, emocjonująca, może zachęcić do gier najbardziej oporne towarzystwo

MINUSY: losowa, pozbawia graczy realnego wpływu na wynik, dziwna rozpiętość graczy (powyżej 6 osób pozbawiona sensu)

 

WRS (7/10): Jako geek nie odejmowałbym aż 2 oczek z oceny. Ot, 7 to zasłużona ocena. Faktycznie w gronie 4-6 osób gra się przyjemnie, można co nieco wpłynąć na oczekiwaną wysokość wypłaty. W kilku partiach rozegranych w czasie pokazów na Gralicji i Pionku byłem zwykle na pudle ;) Niemniej jednak nie jest to gra do której chce się wracać, jeśli przedkładasz wysiłek szarych komórek nad los.

Ogólna ocena (8/10):

Złożoność gry (3/10):

Oprawa wizualna (10/10):


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*