Któż nie lubi dobrze podjeść? Chyba każdy. A kto lubi bawić się w kucharza? Ja na przykład lubię. Biorąc do recenzji grę Zwierzęce rewolucje nie liczyłem jednak na to, że jakoś specjalnie odczuję klimat restauracyjnych rywalizacji. A jednak się myliłem, bo okazało się, że tematycznie ta gra jest bardzo dobrze skrojona. A ogrywałem ten tytuł z zawodowcem (nie, nie z Magdą Gesler) więc moje słowa są w pełni wiarygodne… A poza tym co całkiem fajna gierka…
Zwierzęce rewolucje to tytuł przeznaczony dla 1-5 graczy w wieku 12 + lat, z czasem partii (pudełkowo) sięgającym 60 minut. Tytuł, który opowiada o blaskach i cieniach prowadzenia restauracji, od problemów ze zdobyciem jak najbardziej jakościowego towaru zaczynając, a na konieczności zaspokojenia gustów krytyka kulinarnego kończąc.
Mechanicznie jest to natomiast worker placement ze znanym chociażby z Tikala czy Ocalonych motywem zróżnicowania siły robotników. Przy czym do tej wartości siły pracowników dodano jeszcze jeden parametr ich odróżniający – im silniejszy robotnik (może przenieść większa ilość towaru) tym wolniejszy – dojdzie później do sklepu (i mogą mu zostać resztki … albo nic). Fajny motyw, który nie zdarza się chyba w grach jakoś często (ja sobie nie przypominam żadnej z podobnym pomysłem).
Tak więc wysyłamy tych pracowników do różnych sklepów po produkty do naszych dań. Robimy to nie po kolei lecz w ciemno, symultanicznie wiedząc tylko jakie towary są w danym dniu (danej rundzie) w sklepie, ale nie wiedząc, który ze współgraczy ma na nie zakusy.
Powoduje to, że co rundę musimy zastanowić się czy podjąć ryzyko – wysłać silniejszego gościa, który może nam przynieść więcej towarów czy szybszego, który złapie największy rarytas jako pierwszy?
Co trzy rundy (po 3 i 6 rundzie) tworzymy ze zdobytych towarów dania, według ustalonego na odkrywanych każdego dnia kartach dań schematu. Jeżeli nie mamy jakiegoś wymaganego w daniu składnika zawsze możemy go zastąpić zupą (o ile takową posiadamy). Takie danie ujdzie, ale nie będzie już tak wartościowe jak danie z oryginalnych składników, a właśnie za tą wartość dania otrzymujemy gwiazdki, czyli punkty zwycięstwa.
Po 7 dniu robimy jeszcze danie popisowe, które ocenia nasz krytyk kulinarny według różnych kryteriów i swoich indywidualnych upodobań. Ten kto w efekcie wszystkich punktacji zdobędzie najwięcej gwizdek zostanie nowym mistrzem Zwierzęcym rewolucji.
Ostatnio staram się budować swoją kolekcję tak, żeby mieć w niej gry oryginalne, wyróżniające się czymś. Nie muszą być najlepsze, ale muszą być co najmniej dobre i mieć coś czego nie uświadczę w innej grze. Dlatego też ostatnio z mojej kolekcji wyleciało (nomen omen) np. Na skrzydłach smoków – gra jest fajna, ale zbyt podobna do Na skrzydłach, które oceniam wyżej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że trudno jest już w tych czasach wymyśleć w grach planszowych jakieś całkowicie nowe rozwiązania, ale wystarczy mi, żeby te stare rozwiązania w ciekawy i niepowtarzalny sposób połączyć.
I na tę chwilę uważam, że Zwierzęce rewolucje te kryteria spełniają. Znane od dawna motywy worker placement i set collection zostały połączone w ciekawy sposób, a do tego okraszone kilkoma (przynajmniej z mojej perspektywy) nowościami, jak wspomniane skorelowanie wydajności pracowników z ich szybkością, ale też mechanizm tajnych celów punktujących na koniec gry, które możemy podejrzeć za pomocą plotek (te z kolei możemy wziąć ze sklepów zamiast towaru, co tylko rodzi dodatkową, fajną rozkminkę przy podejmowaniu decyzji).
Do tego, trzeba to przyznać, gra jest urocza – świetnie zilustrowana i bardzo porządnie wykonana. Po ostatnim obcowaniu z Gildią Wielkich Odkrywców, której recenzję pisałem niedawno, jest to bardzo miła odmiana. Jedynym – nazwijmy to – niebezpieczeństwem, wynikającym z takiego wykonania jest to, że może być uznana za grę dla dzieci.
A to całkowicie błędne założenie. Może zasady nie są zbyt skomplikowane, ale rozkminki, szczególnie na dalszym etapie rozgrywki, jest sporo. Ja raczej uplasowałbym tę grę w kategorii gie rodzinnych „drugiego kroku”.
Podczas rozgrywanych partii nie zauważyłem jakiś specjalnych problemów ze skalowalnością (a grałem w 2, 3 i 4 osoby), downtime’m (wszyscy myślą naraz) czy losowością – ta oczywiście jest (bo karty, bo żetony losowane z woreczka), ale ze względu na wspólne sklepy, wspólne przepisy i wspólne cele jest ona taka sama dla wszystkich.
Summa summarum w Zwierzęce rewolucje grało mi się przyjemnie. Nie poczułem co prawda takich motyli w brzuchu jak lata temu po pierwszych partiach w 7 Cudów Świata, Zamki Burgundii czy Wsiąść do Pociągu: Europa, ale starszego, bardziej doświadczonego gracza, jakim już jestem coraz trudniej o takie odczucia przyprawić. Niemniej jednak zapytany o Zwierzęce rewolucje z pewnością wypowiem się o nich dobrze i polecę, jeżeli szukacie nowej gry rodzinnej dla takich, chociaż trochę zaznajomionych już z planszówkami, osób.
Ogólna ocena
(7.5/10):









Złożoność gry
(5/10):









Oprawa wizualna
(8/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Dobry, solidny produkt. Gra może nie wybitnie oryginalna, ale wciąż zapewnia satysfakcjonującą rozgrywkę. Na pewno warto ją przynajmniej wypróbować. Do ulubionych gier jednak nie będzie należała.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony




















