Home / Wiadomości / Wydarzenia / Gry Pionka – część I

Gry Pionka – część I

Pionek nie byłby jednak konwentem planszówkowym z prawdziwego zdarzenia, gdyby nie poznawało się na nim nowych gier. Tych jest multum i zawsze brakuje czasu, żeby sprawdzić nawet te najbardziej interesujące. Poniżej to co udało mi się zagrać w ciągu ostatniego weekendu.Adel Verpflichtet (Hoity Toity)

Leciwa gra Klausa Teubera, zwycięzca Spiel des Jahres i Deutscher Spiele Preis w roku 1990. Gracze wcielają się w dżentelmenów zajmujących się kupowanie dzieł sztuki, a później ich wystawianiem w celu zdobywania punktów. Główny silnik rozgrywki oparty o blefowanie. Każdy z graczy ma karty reprezentującego jego czynności (np. kradzież, zakup dzieła sztuki, wystawienie kolekcji) i zagrywa je w tajemnicy przed innymi graczami.

Pomimo na pewno oryginalnej mechaniki na tamte czasy, dzisiaj gra trąci myszką i jest trochę zbyt losowa. W naszej rozgrywce strasznie cierpiał Bazik, który po pierwszych niepowodzeniach nie mógł się już odbić od dna i podjąć walki z resztą graczy.

Airships (Giganten der Luefte)

Twórca znakomitych Puerto Rico i Thurn und Taxis Andreas Seyfarth tym razem dostarczył grę kostkową o projektowaniu i budowaniu sterowców. Mechanika i idea gry dość mocno zbliżona do Um Krone und Kragen. Rzucamy kostkami, aby zdobyć karty, które pozwolą nam otrzymywać nowe kostki, a co za tym idzie tworzyć nowe układy. Klimatyczna oprawa graficzna, bo plansze stworzone są na wzór deski projektowej ze szkicami i notatkami.

Ogólnie rzecz biorąc gra dość przeciętna, szczególnie jak ma się za sobą Um Krone und Kragen. Andreas Seyfarth mógł się trochę bardziej postarać i stworzyć coś bardziej nowatorskiego (patrząc na jego osiągnięcia z przeszłości). Raczej dla osób, które nie znają Um Krone und Kragen lub po prostu uwielbiają tego rodzaju gry i chciałyby tylko zmienić klimat.

Ca$h ‚n Gun$ : Live

Cash’n’Guns w wersji wielo-wielo-osobowej, czyli tak do 20 graczy. Rdzeń gry to te same mechanizmy co w wersji tradycyjnej, momentami uproszczone, aby przyśpieszyć rozgrywkę i ułatwić jej realizacje „na żywo”. Co rozumiem pod tym ostatnim? Po prostu grupa ludzi udaje się w jakieś miejsce o sporej przestrzeni do chodzenia/biegania (w naszym przypadku na salę gimnastyczną), dzieli się na gangi (w moim przypadku ja, Al i Miras23) i otrzymuje w tajemnicy po jednej karcie na głowę (pojedynczy strzał, wielokrotny, podwójne pistolety, shotgun, nóż, granat, plaster). Następnie zaczynamy chodzić/biegać po sali, otaczając przeciwników. Po 10 sekund jest gwizdek sędziego i zatrzymujemy się z palcami skierowanymi w geście strzału w stronę przeciwników. Blefujący mają następnie 3 sekundy, żeby rozważyć swoje szanse i uciec albo pozostać w grze. Wreszcie uzbrojeni w broń palną strzelają, nożownicy wbijają kosę w plecy, a zamachowcy-samobójcy z granatem w dłoni próbują się obrócić i dotknąć kogoś zasięgiem wybuchu. Efektem tego wszystkiego jest grupa ludzi, którzy ląduje w szpitalu i grupa osób, która dzieli się łupem.

Wszystko działa całkiem fajnie i sprawnie, szczególnie jak jest wesoła ekipa. Mój gang był iście diabelsko sprytny, a nasze zagrania taktyczne przejdą do historii, koniec końcem wygraliśmy dość dużą przewagą. Idealna zabawa właśnie na takie masowe imprezy jak choćby konwenty.

Chicago Poker

Znowu gra, której daleko do przełomu, a wręcz przeciwnie, mocno wzorująca się na starszych grach. Zbieramy układy pokerowe i zagrywamy je, aby zdobyć konkretne miniplansze, przedstawiające nielegalne knajpy z lat dwudziestych. Wszystko oczywiście w otoczce gangsterskiej, z czasów Ala Capone.

Wrażenia średnie, za duże podobieństwa do Schotten Totten. Oprócz innego klimatu oraz dodaniu kilku kart specjalnych nie można dostrzec żadnych nowych i ciekawych rozwiązań. No, może jedno, że można grać nawet w 6 osób. Jednak od Bruno Faiduttiego i Bruno Cathali oczekiwałbym czegoś znaczenie lepszego.

Jamaica

Pierwsze wizualne wrażenie miażdży. Pudełko jak skrzynia skarbów, po otwarciu tył instrukcji przedstawia stos monet i wygląda jakby faktycznie w środku było złoto, wreszcie spis reguł po rozłożeniu wygląda jak mapa skarbów. Do tego niesamowite karty, rewelacyjnie to wszystko wygląda, bardzo, ale to bardzo klimatycznie. Po takim widoku już czułem się jakbym miał szablę za pasem, papugę na ramieniu i piracką łajbę pod nogami. Wydawało wam się, że Pirate’s Cove jest ładne? Kupcie Jamaice!

Prrr, prrr, albo się jeszcze powstrzymajcie z tymi zakupami, zanim opowiem do końca. Mechanika gry? Generalnie trochę bardziej elegancki Chińczyk, gdzie zamiast rzutu kostką jest zagrywanie równocześnie przez wszystkich graczy kart. Niestety w tajemnicy, tak więc nie wiadomo gdzie kto popłynie, loteria. To jednak nic, najgorsze są bitwy, a dokładnie kostka do rozstrzygania starć. Ma bardzo wysokie wartości oraz ściankę z automatycznym zwycięstwem. To ostatnie masakruje, nie ważne ile masz na pokładzie armat możesz przegrać z kimś kto wiezie tylko żarcie i jest zupełnie bezbronny.

Można raz zagrać jeżeli masz wesołą ekipę, najlepiej po paru piwach i gdy w czasie bitew będziecie mieli permanentną głupawkę. Ewentualnie z dziećmi, bo przecież jest taka ładna i klimatyczna, ale chyba nawet dla małych dzieci są jednak mądrzejsze gry. Generalnie kompletna loteria, trzymać się z daleka albo przygotować się do kilku własnych home rules, najlepiej zmieniając kostkę do bitew.

Kingsburg

O Kingsburg było głośno po targach w Essen, ale moje zapędy zostały wstrzymane przez krzykaczy, że gra jest mocno losowa i to nic nadzwyczajnego. Oj jak się dałem zrobić na szaro tym recenzentom. Dopiero dzięki Pionkowi mogłem ją sprawdzić i stała się zdecydowanym odkryciem Pionka VII. Znakomita gra.

Kingsburg jest śliczny, podobnie jak Jamaica, wszystko jest fantastycznie narysowane, w szczególności główna plansza z postaciami. W odróżnieniu od Jamaica ma on bardzo dobrze opracowaną mechanikę, która funkcjonuje bez zarzutu. Na pierwszy rzut oka wydaje się młodszym bratem Um Krone und Kragen, gdzie zły rzut pozbawi nas szans na zdobycie surowców. Nic bardziej mylnego. Rzuty kostką nie mają dużego znaczenia, bo można
je dzielić, sprawnie nimi zarządzać i wspierać się cechami specjalnymi budynków. Naprawdę jest mnóstwo decyzji do podjęcia i potencjalnych dróg do zwycięstwa. Zresztą Bazik, który za grami familijnymi nie przepada, a zbytniej losowości w mechanice nie lubi, też był pozytywnie zaskoczony możliwościami gry.

Zdecydowanie gra do kupienia.

Last Night on Earth: The Zombie Game

Obok Pandemica jeden z najbardziej gorących tytułów ostatnich tygodni, przynajmniej na forum gier planszowych. Bezsprzecznym walorem gry jest intrygujące podejście do rozgrywki, gdzie gracze dzielą się na dwa obozy: zombie i ludzi, przy czym w obrębie danej grupy mamy do czynienia z rozgrywką kooperacyjną. Trzeba uczciwie powiedzieć, że obok Mall of Horror i leciwych już Zombiaków jedna lepszych gier o zombie w roli głównej.

Choć sama mechanika nie należy do jakiś przełomowych odkryć, a w rozgrywce przerzucamy się – jak przystało na grę amerykańską – kartami z mnóstwem tekstu oraz wyniki walki rozstrzygamy rzutami kostek, to wszystko funkcjonuje dość sprawnie. Ważniejsze jest to, że przygotowane scenariusze oraz sami gracze dostarczają bardzo emocjonującej i zabawnej rozgrywki.

Gra jest bardzo ładnie wykonana. Do wartych uwagi elementów należą postacie graczy, które wybrano z najbardziej charakterystycznych bohaterów z horrorów klasy B (np. pielęgniarka, ksiądz czy młody chłopak). Na koniec powiem tylko, że w naszej rozgrywce zombie pożarły wszystkich i nie udało się obronić posiadłości, nawet mój groźny pies nie powstrzymał na długo inwazji żywych trupów. Reasumując, spoko gierka.

C.D.N.

3 komentarze

  1. Avatar

    A jak Polaros chciał kupić kiedyś Kingsburg to go wszyscy napadli, żeby nie marnował kasy :)

  2. Avatar

    1. Giganten der Luefte

    Jak dla mnie graficznie zdecydowanie gorsze od Um Krone und Kragen, ale zdecydowanie milej mi się grało (w obie grałem tylko raz). W UKUK pod koniec gry są zbyt masakryczne możliwości w zmienianiu wyników kostek. Nie dość, że pojawia się downtime, to i tak nie ważne co wyrzucimy, bo i tak możemy rzut zamienić prawie, że dowolnie. Takie miałem przynajmniej wrażenie.

    W GdL mamy mniej zmieniania. Wcale nie musimy zbierać wszystkich ulepszaczy. No i mamy wybór, czy punktujmy ze zwykłych sterowców, czy z tego dużego.

    2. Kingsburg

    Ja byłem jedną z osób krytycznie wypowiadających sie o Kingsburgu ;) tyle, ze nie zarzucałem jej losowości, ale nudę. Za dużo tego samego. W każdej rundzie po kilka razy wybieramy postacie. Budynki dosyć podobne do siebie. Walka z najazdem wiele nie dodaje. U Ala miałem możliwość zagrać, ale z premedytacją odrzuciłem zaproszenie. Tak gra jest ładna, ale też droga. Polaros dobrze zrobił, że nie kupił ;)

  3. Avatar

    Obszerna recenzja Kingsburga w SGP#6 ;)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Phalanx jeździ po Polsce z pokazami swoich nowych gier