Home / Recenzje / Gry rodzinne / Świat bez Końca – Ze starej półki cz. 31

Świat bez Końca – Ze starej półki cz. 31

Świat bez KońcaOstatnio odbiło nam na punkcie Świata bez Końca. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie było to pierwsze nasze spotkanie z tą grą. Kolega kilkakrotnie wcześniej przynosił ją do klubu, czasem zagraliśmy, czasem nie, ale szczególnego szału ni parcia nie było. Aż tu nagle, po kilku latach, kolega przyniósł i był szał! Szał niebieskich ciał, który nie wiadomo skąd się wziął. Spadło to na nas jak objawienie i to na co najmniej dwie osoby na raz. Graliśmy raz za razem cmokając z zachwytu nad grą, która jest… typowym euro, ale z kategorii tych, które dają graczom po nerach. No i ma twista. A jak wiadomo, dobry twist nie jest zły.

Tak więc tkwiąc w oparach absurdalnego i absurdalnie późnego zauroczenia, pozwólcie, że przybliżę Wam ten daleki już od swej premiery tytuł. Przede wszystkim, należy bezpardonowo odciąć się od wszelakich konotacji z Filarami Ziemi. Fakt, że Świat bez Końca jest kontynuacją fabularną FZ nie ma dla gracza żadnego, ale to żadnego znaczenia. Warstwa mechaniczna nijak nie nawiązuje do starszej siostry, za co alleluja, chwalmy pana! Filarów Ziemi bowiem nie lubię. Nuuuuda, panie, flaki z olejem i kiszoną kapustą.

(fot. Rafał Szczepkowski)

(fot. Rafał Szczepkowski)

To, w czym można się zakochać w przypadku Świata, to obracana karta wydarzenia oraz same wydarzenia, w dużej części wredne wredniaste. Jeśli lubicie W Roku Smoka, gdzie minimalizujecie straty w ludziach, to polubicie także minimalizowanie strat w zasobach. Ciągle coś trzeba oddawać, czegoś się pozbywać, albo przynajmniej patrzeć z żalem, jak intratne okazje przechodzą koło nosa, gdyż nie mamy akurat tego lub tamtego. Czad!

Widok na miasteczko, czyli syf, kiła i mogiła ;) (fot. Rob Werve)

Widok na miasteczko, czyli syf, kiła i mogiła ;) (fot. Rob Werve)

Rozgrywka składa się z 4 głównych okresów, powiedzmy że lat, każdy podzielony jest zaś na 6 rund. W sumie 24 akcje. Każda runda rozpoczyna się majestatycznym wydarzeniem: odkrywamy kartę z talii odpowiedniego roku, odczytujemy i wcielamy w życie efekt karty (ewentualnie także odczytujemy fabularne mimry z mimrami zapisane kursywą), następnie tzw. Pierwszy gracz kładzie kartę na planszy w taki sposób, aby każdemu z graczy przypadł jeden z zasobów widniejących na rogach karty. Następnie każdy gracz rozgrywa po jednej akcji i lecimy dalej, kolejne wydarzenie, obrót karty itd.

I plansza ze wszystkimi płytkami odnowionych budynków.

I plansza ze wszystkimi płytkami odnowionych budynków. Została już tylko kiła ;)

W samym zagrywaniu akcji także pokuszono się o oryginalność. Otóż, dysponując 12 kartami akcji, w każdej rundzie jedną kartę zagrywamy, a inną odkładamy. Odłożonej karty nie będzie można po prostu w danym roku już wykonać. Czyli musimy zarówno reagować na bieżąco, jak i planować z wyprzedzeniem, czego na pewno nie będziemy chcieli zrobić. Oczywiście, jak na świńską grę przystało, zazwyczaj decyzja jest zła i okraszona dosadnym komentarzem w stylu „Piiiip, ale by mi się teraz przypadała ta akcja. Gdybym tylko wiedziała, że to teraz wyjdzie!”.

Każdy gracz ma na planszy przyporządkowany jeden róg tego pola. Pierwszy gracz decyduje, kto otrzyma jakie zasoby. Ponadto, strzałka wskazuje, o ile pól na torze łaski (niewidocznym tu) przesunie się znacznik, który z kolei da jeszcze jedną możliwość zdobycia zasobów lub punktów, ale już tylko Pierwszemu graczowi. Niby sucha obracanka, ale ile emocji! (fot. BibKamp318)

Każdy gracz ma na planszy przyporządkowany jeden róg tego pola. Pierwszy gracz decyduje, kto otrzyma jakie zasoby. Ponadto, strzałka wskazuje, o ile pól na torze łaski (tu niewidocznym) przesunie się znacznik, który z kolei da jeszcze jedną możliwość zdobycia zasobów lub punktów, ale już tylko Pierwszemu graczowi. Niby sucha obracanka, ale ile emocji! (fot. BibKamp318)

Żeby oryginalności nie było za wiele, w warstwie celu i samych akcji jest bardziej konserwatywnie. Mamy średniowieczne mało atrakcyjne miasteczko, w którym niszczeją budynki, mosty się walą, a ludność choruje na potęgę. Miasteczko należy odbudować, a ludzi wyleczyć. Najlepiej zyskując po drodze przychylność króla i Kościoła. Wot, normalka, każdy to przecież robi na co dzień. Nie ma tu worker placementu, nie ma pionków, w zamian są domki, płytki z budynkami umieszczane na planszy oraz kupa różnych zasobów.

Dużo drobiazgów dla planszowych fetyszystów (fot. Rafał Szczepkowski)

Dużo drobiazgów dla planszowych fetyszystów (fot. Rafał Szczepkowski)

Świat bez Końca to ten specyficzny typ gier, które trzeba lubić, albo przynajmniej być pozbawionym alergii na takowe. Trochę masochizmu mile widziane. Gra potrafi zepsuć najbardziej misterne plany, a stoika wyprowadzić z równowagi. Jest losowa o tyle, że wydarzenia wychodzą wybiórczo i w losowej kolejności, nie znamy ich z wyprzedzeniem, więc jedni szczęśliwie będą do nich przygotowani, a inni nie. Jeśli kilka osób wypatruje z utęsknieniem nowego budynku na planszy do odrestaurowania (co też przychodzi w wydarzeniach), aby rzucić się nań z akcją budowy i odłożonymi od kilku rund surowcami, to wydarzenie wyjdzie w turze, w której przecież tylko jeden z nich będzie Pierwszym graczem i skorzysta z tej okazji. Tak, bywa losowo, denerwująco, ale przez to tak pięknie :D Tylko trzeba to lubić i być masochistą. I pamiętać, że nawet jeśli się wygrało, to nie dzięki swojej wybitnej inteligencji, ale głównie dzięki uśmiechowi fortuny.

A co tam, zawsze wszystko tylko po polsku i angielsku. Proszę bardzo: holenderska edycja i karty akcji (fot. fabrice vandenbogaerde)

A co tam, zawsze wszystko tylko po polsku i angielsku. Proszę bardzo: holenderskie karty akcji (fot. fabrice vandenbogaerde)

Ogólna ocena (8.5/10):

Złożoność gry (5/10):

Oprawa wizualna (7/10):


4 komentarze

  1. Avatar

    W ostatnim czasie i u nas trafiła ta gra na stół. Przyznaje, że chwyciła i to zdecydowanie bardziej niż Filary Ziemi.

  2. Vester

    Świetny tytuł, który się nie zestarzał. Losowość jest faktycznie odczuwalna, imho bardziej na dwie osoby niż 4. Tak czy siak, idzie przeżyć. Karmienie/płacenie na koniec okresu przypomina karmienie w Agricoli – ten sam typ stresu.

    Rzetelna recenzja – dzięki!

  3. Avatar

    Mi tam się od samego początku podobała ;-]

  4. WRS

    Od drugiej partii jestem w tej grze zakochany. Nadal! :D

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Minecraft: Builders & Bioms – czy to dobra gra czy tylko bubel na licencji?

Mikołajki już za chwile a Ty nie masz prezentu? Trzeba szybko coś wybrać. Tylko co, skoro dziecko głównie siedzi przed komputerem i tłucze w CS-a, Fortnite czy Minecrafta? Może grę planszową? Ale czy zwykłe Grzybobrania lub Monopoly, które nas tak zachwycały lata temu, zdołają dziecko zainteresować i odciągnąć od ekranu? Śmiem wątpić. A jakby tak mieć grę, która nawiązuje do jakiegoś komputerowego, dobrze znanego dziecku klasyka? Na przykład takiego Minecrafta? To mogłoby się udać. Tylko, że w planszówkę dziecko nie pogra samemu. Pewnie będzie trzeba z nim siedzieć i się bawić, a z gier planszowych dawno już człowiek wyrósł. Czy więc się nie wkopię kupując dziecku grę planszową i nie skażę się na wiele godzin nudnego turlania kostkami? Czy więc planszówka to dobry zakup? Udostępnij: Facebook Twitter LinkedIn More

Share via
Copy link
Powered by Social Snap