Home / Recenzje / Gry dla graczy / Szarlatani z Pasikurowic – pozytywne zaskoczenie czy rozczarowanie?

Szarlatani z Pasikurowic – pozytywne zaskoczenie czy rozczarowanie?

Gra Szarlatani z Pasikurowic, a właściwie jej niemiecka wersja pod nazwą, której nie da się wymówić na trzeźwo (Die Quacksalber von Quedlinburg), narobiła niezłego zamieszania na koniec zeszłego roku. Głównie z powodu otrzymania prestiżowej nagrody Kennerspiel des Jahres 2018, a więc tytułu dla najlepszej gry zaawansowanej. Muszę przyznać, że dla mnie było to największe zaskoczenie od czasu, kiedy zaczęłam śledzić plebiscyt Spiel des Jahres. I choć mam za sobą już kilkanaście partii, wciąż nie mogę zebrać swojej zszokowanej szczęki z podłogi…

Pierwsze wrażenie

Szarlatani z Pasiukrowic zadziwili mnie już na pierwszy rzut oka. Grafika na pudełku wydawała mi się szalenie… niewspółczesna. Nie wiem dlaczego, ale jej styl przywodzi mi na myśl raczej gry z lat 90. I choć pod względem wizualnym nie mam do elementów żadnych zastrzeżeń – wszystko jest spójne, porządnie wykonane, przyjemne dla oka, a zarazem czytelne i jasne – to wciąż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że oprawa graficzna trąci myszką.

Nie ocenia się jednak gry po okładce, więc nie o wygląd nam chodzi, a o mechanikę. A ta jest zaskakująco… prosta jak na grę zaawansowaną. Co prawda wyjaśnienie zasad zajmuje kilkanaście minut i pierwsza partia przez parę początkowych rund bywa nieco chaotyczna, ale szybko orientujemy się, że gra wcale nie jest aż tak złożona, jakby się wydawało, a wręcz zasady są zadziwiająco proste i łatwe do przyswojenia. Choć tytuł zaawansowanej gry roku kojarzy się raczej z pozycjami typowo dla geeków, to w tym wypadku zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jesteśmy na poziomie bardziej złożonej gry rodzinnej. Może nie wyciągnęłabym Szarlatanów jako pierwszą planszówkę dla kogoś, kto nigdy nie grał w nic poza Monopoly, ale już jako drugą lub trzecią… czemu nie?

Trzeba jednak przyznać, że przecież nie o samą prostotę i ilość zasad nam chodzi. W historii Kennerspiel des Jahres pojawiały się przecież właśnie takie tytuły, które wcale aż tak potwornie złożone nie były (choćby Wyspa Skye). Chodzi raczej o mechaniczną głębię, którą się docenia, pomimo pozornej przystępności. Takie easy to learn, hard to master. I Szarlatani z pewnością mają swoją „głębię”… ale mają również „coś”, co jest tyleż kuszące, co odpychające. Ale zanim to wyjaśnię, muszę pokrótce przybliżyć, o co w grze chodzi.

Jak grać?

Podczas gry wcielamy się w tytułowych szarlatanów, którzy w swoich kociołkach warzą tajemnicze eliksiry. W owych kociołkach, a w rzeczywistości na planszach graczy, układamy losowane każdorazowo z woreczka składniki-żetony. Zaczynamy z takim samym zestawem, jednak w każdej rundzie możemy dokupować kolejne. W grze występuje kilka rodzajów składników, z czego każdy z nich ma swoje specjalne akcje. Żetony mają również wartość liczbową od 1 do 4, która określa w jakiej odległości od poprzedniego składnika należy go umieścić na planszy. Im dalej dotrzemy żetonami, tym lepiej – dostaniemy więcej punktów i pieniędzy na zakup kolejnych. Cały myk polega na tym, że jeśli w naszym kociołku wylądują białe znaczniki o wartości przekraczającej 7, to eliksir nam wybucha. A to oznacza brak dodatkowego bonusu i konieczność wyboru między punktami zwycięstwa lub pieniędzmi na zakup. Grę wygrywa osoba z największą liczbą punktów na koniec.

Mechaniczna głębia

Swoje wrażenia zacznę od „głębi”. Przede wszystkim gra ma kilka całkiem dobrych rozwiązań. Cała zabawa leży w jak najlepszym komponowaniu żetonów, a konkretnie ich akcji specjalnych. Trzeba sporo pogłówkować, żeby stworzyć fajne combosy i znaleźć swoją strategię. Coś jak deck building, tyle że z żetonami i woreczkiem (bag building – jest w ogóle taki termin?). Akcje zostały podzielone na 4 zestawy i przed grą decydujemy, z którego chcemy korzystać. Przy czym warto zaznaczyć, że możemy również stworzyć swój własny zestaw. Zapewnia to sporą regrywalność – przy każdym zestawie nieco inaczej rozłożone zostały punkty ciężkości, więc i strategię trzeba układać na nowo. Do dyspozycji mamy również dwie strony planszy gracza – łatwiejszą i bardziej zaawansowaną, która znów sprawia, że zaczynamy pod innym kątem kombinować i dodaje nowe możliwości. Fajnym akcentem są karty wydarzeń, odkrywane losowo przed każdą rundą. Dają zawsze jakiś bonus – taką miłą niespodziankę, nieraz niezwykle przydatną. Zastosowano też bardzo dobry mechanizm wyrównania szans między graczem, który wypruł na torze PZ-tów do przodu, a tymi, którzy pozostali w tyle. Gra daje możliwość, żeby się odbić od dna, więc jedna czy dwie pechowe rundy nie muszą jeszcze przesądzać o klęsce. Tak, z całą pewnością Szarlatani z Pasikurowic to gra posiadająca mechaniczną głębię, którą odkrywamy z partii na partię, próbując kolejnych posunięć i strategii… Główny dylemat, to czy kupować więcej żetonów o niższych wartościach (tańsze), czy może mniej, ale tych bardziej wartościowych (droższe). Ilu graczy, tyle pomysłów.

Losowość

Przejdę jednak teraz do tego „czegoś”, o czym wspomniałam wcześniej… a jest to LOSOWOŚĆ! Gra to właściwie push your luck wpisane w otoczkę strategicznego eurosuchara. Bez względu na to, jaką strategię obierzemy, jak dużo będziemy kombinować i combować… ostatecznie i tak wszystko sprowadza się do szczęścia lub pecha w losowaniu żetonów z worka. Owszem, chodzi tu o grę z ryzykiem – potrafimy przecież powiedzieć, kiedy mniej więcej mamy szansę na to, że kolejny biały żeton może spowodować wybuch kociołka… Nie zmienia to jednak faktu, że jak ktoś ma pecha, to choćby miał cuda na kiju w tym worku, to i tak jego ręka będzie z uporem maniaka trafiała na te głupie, białe żetony, nie dając mu wykorzystać potencjału zgromadzonego w woreczku. I dla mnie – osoby, która nie cierpi losowości w grach planszowych – jest to tak bardzo irytujący aspekt tej mechaniki, że aż zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem „głupia, losowa gra” mogła otrzymać Kennerspiel des Jahres?! No bo halo, rozumiem całkiem sensowną i głęboką mechanikę pomimo jej pozornej prostoty. Rozumiem nawet dość oryginalny pomysł z budowaniem worka – przynajmniej dla mnie to dość nowatorskie, bo nie spotkałam się dotąd z takim mechanizmem, choć domyślam się, że Szarlatani nie są pierwszą grą, w której takowy występuje. Rozumiem nawet tę specyficzną, przedpotopową jak dla mnie grafikę. Ale LOSOWOŚĆ? I to w takim wydaniu, który może zdecydować o tym, że przegrasz pomimo swoich doskonałych strategicznych pomysłów?

Jakkolwiek bym się nie zżymała na ten znienawidzony aspekt losowy, jedno muszę przyznać. Dzięki niemu gra budzi emocje. Być może właśnie przez tę irytującą losowość udało się uzyskać coś, co jak dla mnie było dość mało spotykane w grach typu euro, a konkretnie napięcie emocjonalne. Bo wiadomo, wszelkie ameritrashe działają na emocje za sprawą klimatu i wciągnięcia gracza w jakąś tam fabułę. Ale suche jak wiór euro? Z definicji w takich grach tematyka i klimat są marginalne (w Szarlatanach nie jest inaczej – gra mogłaby być o czymkolwiek), co sprawia, że rozgrywka sprowadza się do wysiłku raczej intelektualnego niż emocjonalnego. Szarlatani natomiast poprzez właśnie tę grę z ryzykiem, utrzymują emocje napięte jak struna w gitarze. A przy tym nie są tylko „głupią, losową grą”, w której nie trzeba w ogóle myśleć. Dają intelektualną satysfakcję i ilość kombinowania godną porządnego eurosuchara. Czyżby udało się połączyć dwie skrajności? Chyba tak.

Podsumowanie

Szarlatani z Pasikurowic są dla mnie stanowczo jednym z moich największych planszówkowych zaskoczeń. Gra irytuje mnie niemiłosiernie poprzez swoją losowość, ale z drugiej strony mam ochotę w nią grać mimo to. Chcę próbować kolejnych zestawów i testować nowe strategie, mimo że być może nie będzie mi dane ich w pełni wykorzystać przez głupi pechowy dociąg. Gra angażuje mnie intelektualnie i trzyma w emocjonalnym napięciu. Jakbym grała w porządne euro i w rosyjską ruletkę jednocześnie. Zdaje sobie sprawę, że moja opinia jest subiektywna i te emocje mogą być wynikiem tego, że zazwyczaj unikam losowości w planszówkach jak ognia, więc jest to dla mnie jakieś nowe doznanie.

Muszę jednak stwierdzić, że Szarlatani z Pasikurowic są dla mnie jak obraz sztuki nowoczesnej – nie chodzi o to, żeby wiedzieć, co przedstawia, rozumieć wizję i idee autora – chodzi o to, żeby budził emocje. Nieważne – zachwyt i euforię czy też irytację i zażenowanie. Jeśli budzi emocje, znaczy się, że jest sztuką. Szarlatani są dla mnie takim właśnie dziełem sztuki nowoczesnej wśród planszówek. Nie wiem, czy tę grę bardziej lubię, czy nienawidzę. Wiem jednak, że partii nie odmówię i nie przejdę obok tego tytułu obojętnie. A zatem, jeśli jeszcze ktoś nie grał – polecam spróbować. Gwarantuję, że nie każdemu gra przypadnie do gustu. Jeśli ktoś ma alergię na losowość, to raczej się nie zachwyci. Ale warto przekonać się samemu, bo gra może was jednak zaskoczyć.



Grę Szarlatani z Pasikurowic kupisz w sklepie

Ogólna ocena (7/10):

Złożoność gry (5/10):

Oprawa wizualna (7/10):

Dziękujemy firmie G3 za przekazanie gry do recenzji.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*