Home / Recenzje / Gry karciane / Londyn – nowy-stary Wallace

Londyn – nowy-stary Wallace

Londyn Martina Wallace’a to gra karciana, która niedawno w Polsce miała swoją premierę… Aczkolwiek nie była to jej pierwsza premiera. Najpierw światło dzienne ujrzała w 2010 roku. Ale coś tam nie grało, obrazki były nie takie… A więc na świat wydano jej drugą edycję w 2017 roku. Trzy lata później ktoś w Polsce sobie o niej przypomniał, a konkretnie wydawnictwo Fox Games, i znów zawitała na salony. Czy to już ostatnie odrodzenie (nomen omen) Londynu?

Ach, ta wciągająca fabuła…

Gra opowiada o odbudowie Londynu po wielkim pożarze, jaki miał miejsce w… A zresztą, nawet nie będę Was oszukiwać. Nie mam pojęcia, kiedy miał miejsce i jakie tło fabularne wybrano dla tej gry. Jest to tak bardzo nieistotne, że gdyby nie okładka, to nawet nie wiedziałabym, że gra jest o Londynie. Równie dobrze mogłaby być o Ciechocinku. Albo fabryce papieru toaletowego. Generalnie – wsio ryba i suchar jakich sporo :). Całe szczęście, że ja akurat lubię te eurosucharki z tematem dołożonym na siłę. Więc jeśli jest tu ktoś, kto ma ochotę przeżyć przygodę, to większego dreszczyku emocji doświadczy, wychodząc na spacer bez maseczki. Do partii Londynu zasiada się, aby pobudzić szare komórki, a nie wyobraźnię ;).

Muszę przyznać, że już na wstępie potraktowałam Londyn dość sceptycznie. Raz, że karcianki to nie jest mój ulubiony typ gier.  Dwa, że między mną, a grami Martina Wallace’a chemii nie ma, z małym wyjątkiem w postaci Nanty Narking. I choć obie gry łączy chyba tylko to, że są karciankami, które ponoć dzieją się w Londynie (albo Ankh-Morpork czy gdzie tam sobie zażyczycie je wsadzić, bez znaczenia :P), to jednak to eleganckie pudełko mnie zaintrygowało i postanowiłam dać Londynowi szansę…

Sucho, ale ładnie

A skoro już o pudełku mowa, to trzeba przyznać, że wygląda ładnie. Na półce prezentuje się z dostojnością i elegancją godną prawdziwego brytyjskiego lorda. Takiego z wąsem, fajką i filiżanką herbaty… Grafiki na kartach są utrzymane w jednym, pastelowo-malarskim stylu. Prezentują się ładnie, a jakże! Co innego, że podczas gry nie zwracam na nie najmniejszej nawet uwagi. Gra bez tematu, to i obrazki jakoś szczególnie istotne nie są. Choć lepiej, żeby były ładne niż brzydkie:). Istotne jest natomiast co innego – ikonografia, która jest prosta, jasna i czytelna. Dzięki temu nie zastanawiamy się długo, jak działa jakaś karta i czy tę narysowaną monetkę, to mam oddać, czy może otrzymać? Generalnie – wizualnie jest dobrze!

Mechanika

Mam za sobą już cztery akapity i dalej nie wiecie jak się gra :). Ale mam nadzieję, że w obliczu kwarantanny nie macie wiele do roboty i możecie stracić trochę czasu na czytanie recenzji… No nic, przejdźmy do mechanicznych niuansów, które wg mnie są fajne i istotne. Taka lista rzeczy, które mnie zaintrygowały.

a) W trakcie gry zagrywamy karty miasta z ręki na stół przed sobą. Aby jednak zagrać jedną kartę, muszę odrzucić inną w tym samym kolorze na planszę rozwoju. Dzięki temu ręka szybko mi chudnie, a i decyzja do podjęcia nie zawsze jest prosta. Jeśli mam dwie fajne karty, to jedną trzeba poświęcić kosztem drugiej być może bezpowrotnie… Aczkolwiek jest nadzieja, bo…

b) …plansza rozwoju jest miejscem, z którego karty mogą pobierać w swojej kolejce wszyscy gracze. Taki wspólny, odkryty deck do dobierania. A więc odrzucona przeze mnie karta może jeszcze do mnie wrócić, o ile przeciwnicy jej nie zwędzą. I oczywiście, o ile w ogóle mi na niej zależy, bo zawsze mogę też pociągnąć karty „w ciemniaka” z zakrytego stosu. Kluczowe jest to, że plansza rozwoju pozytywnie wpływa na interakcje między graczami. W grze mamy niewielki wpływ na to, co robią przeciwnicy, ale jest właśnie kilka takich smaczków, dzięki czemu czujemy, że rzeczywiście gramy z przeciwnikiem, a nie jednocześnie układamy pasjansa – każdy swojego.

c) Karty zagrane na stół nic nie robią… dopóki ich nie aktywujemy. A aktywacja jest osobną akcją. A więc najpierw sobie budujemy silniczek, który spokojnie leży i czeka, aż w końcu będziemy mogli otrzymać profity. Co ciekawe, większość kart jest jednorazowa, więc jak już jeden silniczek „wydoimy”, to przystępujemy do budowy kolejnego od nowa. Przyznam, że ten mechanizm mnie zaciekawił. Bardziej byłam przyzwyczajona do rozbudowywania jakiegoś elementu w trakcie całej gry niż do takich krótkotrwałych kombosików.

d) Zagrywane karty układamy w stosy. Z jednej strony im więcej stosów, tym więcej fajnych rzeczy otrzymamy przy aktywacji. Jednak z drugiej strony, za każdy stos i za karty, które zostały nam na ręce, otrzymujemy znacznik ubóstwa. Zbieramy je sobie i są one niegroźne, dopóki przeciwnik ma ich tyle samo lub więcej. Ale kiedy ma mniej… no to niestety za różnicę będziemy dostawać ujemne punkty. Im większa różnica, tym bardziej dotkliwie to odczujemy, więc trzeba się z tym pilnować. No i jest to kolejny element, który przypomina, że jednak istnieje tu jakaś interakcja.

e) Karty miasta podzielone są na trzy talie A, B i C. Każdą z nich osobno tasujemy i budujemy jedną talię do dobierania. Są one wówczas sensownie rozłożone – tańsze wchodzą na początku, potem coraz droższe, ale i cenniejsze. Sporo kart się powtarza, więc po kilku rozgrywkach, kiedy już się z talią zaznajomimy, to gra robi się nie tylko taktyczna, ale można już się pokusić o próby budowania dłuższych strategi i „polować” na konkretne karty.

f) Ale po co w ogóle te karty zagrywamy? Mają one różne akcje – dają pieniądze, pozwalają odrzucać znaczniki ubóstwa i – wreszcie – dają punkty zwycięstwa. O tych ostatnich nie można zapomnieć, bo to dzięki nim możemy wygrać. A łatwo się czasem za bardzo nakręcić na zdobywanie mamony lub zmniejszaniu ubóstwa. Gdzieś w tyle głowy ciągle musimy mieć nasz cel – jak najwięcej PZ na koniec gry.

g) Pożyczka dobra rzecz. Można sobie taką zaciągnąć w kwocie 10 funtów i kupić sobie karty, na które mamy ochotę (niektóre karty są darmowe, inne potrzebują pieniędzy). Problem w tym, że pożyczkę trzeba będzie spłacić, ale już w kwocie 15 funtów. Można też oczywiście olać spłatę pożyczek… komornik zabierze nam za każdą z nich „jedyne” 7 punktów.

h) Smaczku do całości dodają jeszcze karty dzielnic. Wychodzą losowo, mają swój koszt, a otrzymamy z nich punkty zwycięstwa, dodatkowe karty na rękę i przy okazji pozbędziemy się też kilku znaczników ubóstwa. A to jest zawsze dobrą opcją :). Niektóre karty dają nam też jakieś specjalnie zdolności, które można bardzo sprytnie wykorzystać.

Doszłam aż do litery h, więc myślę, że jest to całkiem sporo mechanicznych smaczków, jak na, w sumie niewielką, karciankę. Gra przyszła do mnie idealnie dzień po rozpoczęciu społecznej kwarantanny, a więc mogę się z Wami podzielić jedynie wrażeniami z partii dwuosobowej. W więcej osób, z przyczyn wiadomych, nie udało mi się zagrać. A przyznam, że ciekawa jestem partii w większym składzie, bo gra jest na max. 4 osoby. Kart wciąż mamy tyle samo, ale rozłożą się na więcej osób, więc czas pewnie ulegnie skróceniu, ale i fajne kąski trudniej będzie zdobyć… No mam nadzieję, że będę miała szansę spróbować :).

Taktycznie czy strategicznie?

Na dwie osoby gra działała sprawnie. Na początku podchodziłam do niej bardziej taktycznie – ot, aby dobrze wykorzystać to, co trafiło na rękę. Z czasem próbowałam układać sobie jakąś bardziej dalekosiężną strategię. Znając już karty, wiedziałam, czego można się spodziewać w ciągu rozwoju gry, więc coś tam można było próbować zaplanować. Aczkolwiek, mimo że losowość jest w pewnym stopniu okiełznana poprzez choćby planszę rozwoju z odkrytymi kartami do dobierania oraz talią zaplanowaną tak, aby drogie karty nie wchodziły na początku, to wciąż los może nie być nam przychylny. Układając jakąś strategię, trzeba wziąć poprawkę na to, że nie wszystko może pójść po naszej myśli. Nieraz się zdarzy, że mimo usilnych starań, na rękę trafią nie te karty co trzeba i w niewłaściwym momencie.

Jednak budowanie strategii nie polega tylko na „polowaniu” na wybrane karty. Tak naprawdę okazało się, że pomysłów na grę mieliśmy sporo. Zaczynaliśmy od gry zachowawczej – mało stosów, nie brać pożyczek, pozbywać się znaczników ubóstwa tak szybko, jak się da. Ale potem pojawiały się pomysły na inne rozwiązania… A może by tak jednak stosów zbudować więcej? A może by tak spróbować zaryzykować z pożyczkami? Londyn to stanowczo gra, w której ważna jest optymalizacja. Pomysły mogą być różne – ważne, aby nie dać się pogrążyć. Kiedy zaleje nas fala ubóstwa albo nie wygrzebiemy się z długów, to może być ciężko się odkuć, nawet jeśli udało się dzięki temu nałapać sporo PZtów.

Wyzwanie

Jeśli mam być szczera, nie odnalazłam jeszcze swojego pomysłu na tę grę. Przegrałam każdą partię i już mnie to zaczęło irytować, bo zupełnie nie wiedziałam, w którym miejscu coś nie działa. Co takiego mój przeciwnik robi lepiej? Czy tylko ma większego farta, czy też jego zagrania są trafniejsze? Jeśli tak, to jakie? W pewnym momencie nawet stwierdziłam, że mam Londynu dość i muszę od niego odpocząć. Niby podjęto działania, które zmniejszają losowość, ale wciąż drażniły mnie takie momenty, kiedy na rękę nie chciało trafić to, co trzeba. Interakcja między graczami nie jest na takim poziomie, jak lubię. Trzeba się przypilnować z ubóstwem, czasem zdarza się dylemat, co zrobić, żeby jakiegoś smacznego kąska nie zostawić przeciwnikowi, niektóre karty robią innym małe „kuku”… Ale ostatecznie jest tego dla mnie za mało. Wolę, kiedy w trakcie gry bardziej na siebie wpływamy. Tutaj tej interakcji jest na tyle, aby nie było poczucia układania pasjansa, ale jednak za mało dla fana zaciętej rywalizacji. Rozgrywka w dwie osoby bywała monotonna. Efekty kart są do siebie raczej podobne, więc po pewnym czasie miałam wrażenie, że robimy w kółko to samo… Prawie już pogodziłam się z tym, że między nami nie zaiskrzyło i że nie będzie to gra, w którą będę miała ochotę zagrać. Ale gdzieś w głowie ciągle rodziły się jakieś pomysły… A gdyby spróbować jeszcze inaczej? A może tym razem coś odkryję nowego? A może spróbuję zrobić maksymalnie dużo stosów i zobaczymy, co z tego wyniknie? A gdybym brała pożyczkę za każdym razem, kiedy brakuje mi pieniędzy na coś fajnego? A gdybym na początku zdobyła tę dzielnicę, a potem jeszcze tamtą? A gdybym miała mało dzielnic? A gdybym miała jak najwięcej dzielnic? Itd… I choć już prawie tę grę przekreśliłam jako nie mój typ, to jednak coś mnie do niej ciągnie… Stanowi dla mnie wyzwanie. Nie rozgryzłam jej do końca i mam ochotę spróbować innych możliwości. A to chyba dobrze.

Podsumowując, Londyn moją ulubioną grą raczej nie będzie, ale stanowczo coś w nim jest. W tej monotonnej, wydawałoby się, rozgrywce jest coś wciągającego, a różne pomysły strategiczne nie dają spać spokojnie, póki ich nie wypróbujemy. Zdecydowanie polecam w grę zagrać i sprawdzić na własnej skórze.



Grę Londyn kupisz w sklepie

Ogólna ocena (7/10):

Złożoność gry (5/10):

Oprawa wizualna (8/10):

Dziękujemy firmie FoxGames za przekazanie gry do recenzji.


4 komentarze

  1. Avatar

    Pożar Londynu miał miejsce (chyba… bo mi też nie chce się sprawdzać)) w 1666.

  2. Pingwin

    Jej, wreszcie udało mi się zagrać w Londyn i pierwsze co mi przyszło do głowy, że wykładnikiem zwycięstwa jest to ile się komu uda zdobyć kart metra. W zasadzie jak nie masz metra i niespecjalnie dużo dzielnic, to w pewnym momencie nie ma już po co grać…. to prawda?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Wsiąść do pociągu: Pierwsza podróż – dziecko nielubianych rodziców okazuje się być fajne

Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet… a nie, o bilet jednak trzeba dbać. W końcu to nie festiwal piosenki, tylko recenzja gry, której celem jest zrealizowanie właśnie biletów kolejowych. Brzmi znajomo? No jasne, w końcu niewiele jest osób, które nie słyszały o słynnej serii Wsiąść do pociągu. Wersji tej gry jest sporo, nic więc dziwnego, że doczekała się także samodzielnej odsłony dla juniorów. Czy jest to trafiony pomysł i czy warto zaopatrzyć się w kolejne pudełko?