Home / Recenzje / Gry dla graczy / Detektyw: Sezon 1 – Dramat w trzech aktach

Detektyw: Sezon 1 – Dramat w trzech aktach Recenzja

W preambule do poniższego tekstu muszę nakreślić coś w rodzaju autobiograficznego rysu historycznego. Ilość jęczeń i narzekań jakie zamierzam zawrzeć w kolejnych akapitach wymaga przybliżenia czytelnikowi mojej perspektywy, z której od samiuśkiego początku patrzyłem na projekt nowej części Detektywa z podtytułem: Sezon 1. 

Detektyw: Kryminalna Gra Planszowa to moje najlepsze planszówkowe przeżycie roku 2018. Nie był to tytuł pozbawiony wad, bo obudowany był kilkoma nieprzyjemnymi i uciążliwymi mechanikami, ale możliwość zagłębienia się w wielowątkowa i rozbudowaną sprawę w połączeniu z dostępem do internetowej bazy policyjnych danych było dla mnie doświadczeniem zupełnie nowym i wyjątkowym. Lekką ręką plusy przykryły wszystkie minusy. Z drugiej strony jednak towarzyszące ukończeniu pierwowzoru poczucie kompletności sprawiło, że nigdy nie sięgnąłem po dodatek przenoszący akcję do Los Angeles: problemy systemu już znałem, potencjalne plusy są na tym etapie niewiadomą, doba nie jest z gumy, więc się nie rozciągnie, z czegoś trzeba zrezygnować. 

Sezon 1 według zapowiedzi miał doszlifować mechanikę (czyli innymi słowy: powycinać to, co nie jest potrzebne) zachowując cechy szczególne, ale jednocześnie rezygnując z długiej fabuły na rzecz epizodycznych spraw. Moja ciekawość została rozbudzona. 

PROLOG

W pudełku znajdują się trzy zagadki kryminalne umieszczone w różnych punktach spektrum tego gatunku: dochodzenie na kampusie, klasyczna historia z morderstwem w wyższych sferach i intryga mafijna. Jednak tylko dwie sprawy są nowe: trzecia była przez jakiś czas dostępna jako plik do ściągnięcia i wydrukowania w domu. Jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której ktoś może nie być zachwycony takim postawieniem sprawy. Ja tej konkretnej darmowej zagadki wcześniej nie poznałem, ale jeśli ktoś w nią grał, to efektywnie traci jedną trzecią zawartości zakupionego właśnie pudełka. Obstawiam, że fabuła po drodze się nie zmieniła i nie okazało się nagle, że zabił zupełnie kto inny. 

Gdzieś w środku czuję pewien dyskomfort i mam przeczucie podsuwające mi myśl, że coś jest nie tak jak być powinno. Wolałbym żeby Przyczyny naturalne były dostępne do kupienia jako oddzielny produkt, bo koszt zakupu wersji demo od wydawcy mógłby być dla mnie niższy niż koszt czasu i pracy, który miałbym włożyć we własnoręczne drukowanie, wycinanie i segregowanie stosu kart. A takie dopychanie do większego pudełka… nie czuję się z tym dobrze, ale zaraz mi przejdzie. 

DIDASKALIA I

Kręgosłupem każdej zagadki jest talia kart, które w trakcie gry będziemy czytać aby poznawać kolejne wątki historii. Zaczynamy od przeczytania wstępu w instrukcji, o potem poruszamy się po sznureczkach tropów, które są nam przez grę podsuwane. Działa to tak: wstęp -> kilka możliwych opcji do wyboru -> wybór jednej z opcji -> poznanie kolejnej części historii i być może zyskanie kilku nowych opcji do przeczytania. Schemat powtarzamy do momentu, w którym nie skończy się nam czas określony na początku gry. Ten element rozgrywki przeszedł największą zmianę w stosunku do pierwowzoru, ponieważ zrezygnowano z podziału na dni, nadgodzin, stresu i pozostawiono jedynie prosty licznik. Ode mnie oba kciuki w górę, bo to właśnie ten element był dla mnie najbardziej irytującą częścią rozgrywki w starego Detektywa. W założeniu miał budować klimat i zmuszać do podejmowania trudnych decyzji (poruszanie się między lokacjami kosztowało czas i to nie zmieniło się również tutaj) a w rzeczywistości był dybami zakładanymi na graczy, którzy bardziej niż o sprawie myśleli o tym, czy gra nagle się nie skończy, bo za odczytanie kolejnej karty musimy zapłacić godzinę więcej niż się spodziewaliśmy. 

Nadal nie jestem fanem ograniczenia czasowego i zdecydowanie bardziej podoba mi się rozwiązanie zastosowane w grze Sherlock Holmes – Detektyw doradczy. Tam możemy czytać kolejne paragrafy do woli, a dopiero na samym końcu porównać liczbę wykonanych ruchów z tą idealną i technicznie rzecz biorąc najniższą. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby “zapomnieć” o tej zasadzie, co mogło mi się raz zdarzyć. 

AKT 1: KIEDYŚ ZA DARMO

Pierwsza sprawa w całkiem sprawny sposób wprowadza graczy we wszystkie aspekty Detektywa. Czytamy tekst, logujemy się do aplikacji, wklepujemy do niej sygnatury dowodów, zdarzy się nawet, że będziemy oglądać film lub dwa. Medium wykorzystane w pełni. Jeśli coś miałoby mnie zachęcić do grania, to właśnie taka rozgrywka na wejście. Nic dziwnego, że swego czasu pełniła funkcję pierwszej działki na próbę. 

No dobrze, niezupełnie w pełni to medium zostało wykorzystane. Rozbestwiony rozgrywkami w pierwowzór liczyłem na dużo mocniejszą integrację aplikacji z rozgrywką. W sensie: przeglądanie kartotek, baz danych, porównywanie dowodów itd. Tutaj w elektronicznej teczce podejrzanego nie ma nawet jego zdjęcia. A takowe znajdują się w pudełku w formie papierowej. I niejednokrotnie w każdej ze spraw powodowały moją irytację. Czasem otrzymujemy polecenie, żeby odkryć zdjęcie i dołączyć je do obszaru gry. W założeniu po to, aby móc zwizualizować sobie postacie podejrzanych i ofiary i dołączyć fotografię do tablicy korkowej, jeśli z takowej chcemy korzystać. Problem polega na tym, że wielokrotnie musieliśmy zastanawiać się nad tym, kogo to zdjęcie przedstawia. Na karcie wspomniane były trzy osoby, a fotkę dostaliśmy tylko jedną. Czy to osoba, z którą rozmawiamy? Czy to ofiara? A może to jeszcze kto inny? Nie zagrało to jak trzeba.  

DIDASKALIA II

Na końcu każdej sprawy otrzymujemy do rozwiązania test. W tym aspekcie również liczyłem na pewne zmiany, ale rozwiązania z pierwowzoru przeniesiono jeden do jednego. Na komputerze klikamy w odpowiednim miejscu i wyświetla się nam pytanie: kto zabił? A poniżej kilka opcji do wyboru. Ech. Po kolei. 

W momencie rozwiązywania sprawy nie wiemy jeszcze do końca, o co będziemy pytani, ale możemy się tego domyślać. W momencie, kiedy już widzimy pytanie od razu widzimy też możliwe odpowiedzi. Dostępne opcje mogą być same w sobie pewnymi podpowiedziami. Dlaczego ten element rozgrywki wygląda jakbyśmy dostali kartę z pytaniem? Ktoś zapomniał, że pracujemy na komputerze i można dodać kolejne kroki? Zdecydowanie bardziej wolałbym rozwiązanie, w którym najpierw wyświetlałoby się samo pytanie i przed ujrzeniem dostępnych opcji gracze musieliby wyraźnie określić własną odpowiedź.  

AKT 2: OFFLINE I NA NOŻE

Rozgrywka w drugą sprawę sprawiła, że brwi moje uniosły się w szczerym zdziwieniu. Detektyw jest reklamowany i sprzedawany jako gra wykorzystująca aplikację, to jest jej szczególna i wyróżniająca cecha. Ta sprawa praktycznie nie korzysta z aplikacji. Ale nie mówi tego wprost i uczciwie, tylko od czasu do czasu rzuca graczom jakiś ochłap kilku cyferek do wklepania w odpowiednie okienko, a koniec końców okazuje się, że absolutnie nie miało to żadnego znaczenia. Nie ma tu też jeżdżenia po mapie z miejsca na miejsce, bo cała akcja dzieje się w jednym budynku. Druga wyróżniająca cecha wycięta. Zostaje tylko talia kart i najprostsza ze wszystkich zagadek, z którymi miałem okazję zapoznać się w tej serii. 

Moje złe wrażenia spotęgowane są warunkami, w jakich przyszło mi rozwiązywać tę sprawę. Uwaga, wchodzę w tryb opowiadania anegdot. 

Wpadło do mnie dwóch znajomych, z którymi regularnie grywam w planszówki, ale którzy nigdy wcześniej nie grali w żadną grę tego typu. Aby ich zachęcić zacząłem im opowiadać o moich ekstremalnie pozytywnych wrażeniach z pierwowzoru, o aplikacji, o zarządzaniu czasem, o dedukcji i o łączeniu faktów. Poczuli się zaintrygowani. Zaczęliśmy więc. A potem bardzo szybko zacząłem się czuć jak Bolec w Chłopaki nie płaczą, który chcąc zaimponować dwóm gangsterom puścił im na video film Śmierć w Wenecji, bo tytuł wydawał się cool. Miała być akcja, kartoteki i elementy multimedialne, a ja z każdą mijającą chwilą utwierdzałem się w przekonaniu, że to będzie ten mój nudny film o facecie w łódce. 

DIDASKALIA III

Podejrzenia mieliśmy już na etapie czytania wstępu w instrukcji. Całą rozgrywkę spędziliśmy na poszukiwaniu dowodów podważających nasze podejrzenia, bo to pewnie ściema. Okazało się jednak, że nie. Od początku obstawialiśmy dobrze. Czarę goryczy przelało wypełnianie raportu końcowego. Otrzymaliśmy jedno pytanie… i koniec. 

Dla kontekstu: zazwyczaj raport końcowy składa się z kilku pytań o wątek główny i kilku pytań o wątki poboczne. Pytania warte są różne ilości punktów i na końcu dostajemy ocenę, żeby poczuć się dobrze lub trochę mniej dobrze, w zależności od otrzymanego wyniku. Jest to działanie ściśle psychologiczne i wiąże się z graniem na oczekiwaniach graczy. Bardziej zwracam uwagę na szczegóły jeśli wiem, że ktoś mnie o nie później spyta. A kiedy już ktoś mnie spyta a ja znam poprawną odpowiedź, wtedy czuję satysfakcję. Bo w zasadzie o to chodzi w tego typu grach: żeby poczuć satysfakcję z bycia mądrym. A ta sprawa mnie z tego uczucia obrabowała. Oburzające. 

To tak jakby zakuwać ostro przez całą noc przygotowując się do egzaminu tylko po to, żeby kolejnego dnia dowiedzieć się, że do otrzymania najwyższej oceny wystarczyło podpisać listę obecności. Nie dość, że nie bawiłem się dobrze, to jeszcze najadłem się wstydu przed kolegami. 

AKT 3: CHŁOPCY Z FERAJNY

Trzecia sprawa z grubsza powtarza plusy i minusy sprawy pierwszej. Zdjęcia nadal działają koślawo, a komputer wykorzystywany jest trochę bardziej, ale nadal chciałoby się pracować na większej ilości danych. Najlepiej wypada też zakończenie sprawy i końcowy test, bo jest najbardziej rozbudowany ze wszystkich dostępnych zagadek. Wprowadzony jest też prosty i dobrze działający mechanizm sprawiający, że podjęte wcześniej decyzje mogą mieć wpływ na późniejsze wydarzenia. Zdecydowanie jest to najlepsza rzecz w tym pudełku, która w dobry sposób reprezentuje możliwości systemu Detektywa, ale nadal: z mojej perspektywy trochę zbyt mało skomplikowana i zbyt mało rozbudowana. 

Wrażenie psują też pojawiające się tu i ówdzie błędy. Nie ma ich dużo, ale jak już są, to w całkiem spektakularnych miejscach. Na przykład w pierwszym zdaniu pierwszego akapitu pierwszej sprawy. Po czymś takim przestaję ufać reszcie tekstu. Czasem jest coś nie tak z odmianą, a czasem dwa zdania sklejają się w jedno poprzez pominięcie kropki i wielkiej litery. Parę razy zdarzyło mi się, że podczas czytania kart na głos prawie się zawieszałem nie wiedząc, czy to co przeczytałem ma sens. 

EPILOG

Rozumiem, jaka idea stała za wypuszczeniem na rynek Sezonu 1. Nie każdy ma czas i chęć aby zagłębiać się w wieloczęściową i wielowątkową, dużą rozgrywkę jaką był Detektyw. Zawartość epizodyczna, łatwa do postawienia na stół i strawna dla większej liczby odbiorców też ma swoją wartość. Mimo to ten zestaw zagadek nie jest najlepszym reprezentantem dla całego systemu opracowanego przez zespół z Portalu, a chyba powinien być, skoro mają po niego sięgać nowi gracze. Nie wykorzystuje możliwości aplikacji i nie wyciska wszystkiego z treści, która już się w pudełku znajduje. Nie mogę z czystym sumieniem napisać, że to zły produkt, ale jest to produkt, który zupełnie nie trafił w odbiorcę takiego jak ja. 

POST SCRIPTUM

Na koniec zostawiłem sobie jeszcze miejsce na odrobinę uszczypliwego jojczenia, które tak naprawdę nie ma żadnego wpływu na moją ocenę, ale muszę się wygadać, bo dawno nie miałem ku temu okazji. 

W grze ważny jest klimat i wczucie się w rolę. Trudno jednak o wczucie, jeśli gramy w pięć osób, każda osoba ma przydzieloną przez grę funkcję i postać, a treść czytanego tekstu wyraźnie wskazuje, że protagonista jest jeden. Najbardziej uderza to w nieszczęsnej sprawie drugiej, która cała dzieje się w jednym budynku. Hej, wcielam się w policjanta, który obsługuje komputer! W tej sprawie nie korzystamy z komputera? Ooo… Smutek. Pewną wesołość wywołał we mnie też dobór funkcji dla graczy. Jedna osoba obsługuje komputer, druga czyta karty na głos, trzecia porządkuje elementy gry a czwarta robi notatki. Super, ma to sens. Na pudełku napisaliśmy, że gra jest do 5 graczy? Eee… wiem! Analityk: ma zwracać uwagę na wszystkie szczegóły i łączyć ze sobą fakty. Czyli co? Reszta graczy ma tego nie robić? 

Zaskakująco irytuje mnie też sam tytuł i to nawet wiedząc, dlaczego został tak sformułowany, biorąc za cel nowych graczy. Detektyw: Kryminalna Gra Planszowa – Sezon 1. Ale to nie jest pierwszy produkt z tej linii. i można go pomylić z produktem o nazwie Detektyw: Kryminalna Gra Planszowa. A z tyłu instrukcji jest reklama dodatku Drugie dno, wymagającego do rozgrywki gry Detektyw: Kryminalna Gra Planszowa. Dowolnej wersji, czy tylko tej bez podtytułu? Tytuł ten sam, ale czcionka trochę inna. to chyba kupię dodatek, bo jest całkiem tani. A niech to, te minimalne różnice w mechanice sprawiają, że Sezon 1 i Drugie dno nie są ze sobą kompatybilne. Dlaczego takie rzeczy się dzieją?  

 

Ogólna ocena (5/10):

Złożoność gry (3/10):

Oprawa wizualna (8/10):

Dziękujemy firmie Portal za przekazanie gry do recenzji.


2 komentarze

  1. Avatar

    Krótkie sprawy bez kampanii? Mało pytań na koniec? Nie trzeba korzystać z aplikacji? Wszystko co odrzuciło mnie od podstawki naprawione.

    • Avatar

      W pełni zgadzam się z Dml. Miałem okazję zagrać w sprawę Przyczyny Naturalne kiedy była udostępniona za darmo, świetnie się bawiłem i to mnie przekonało do zakupu Detektywa. Niestety potem żałowałem (nie zawiodła mnie tylko druga sprawa w podstawce, której rozwiązanie sprawiło mi tyle frajdy co Przyczyny Naturalne). Jak dla mnie ograniczone korzystanie z aplikacji i internetu, zamknięte pojedyncze sprawy i mniej testowania graczy na koniec scenariusza to kroki w zdecydowanie dobrą stronę.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Encyklopedia statków Star Trek po raz drugi

Pierwszy tom omawiał jednostki z seriali Enterprise, Discovery oraz TOS (The Original Series). W obecnym tomie drugim znalazły się  opisy statków Gwiezdnej Floty z czasów ST:TNG (Następne Pokolenie), ST:DS9 (Deep Space Nine) oraz Voyager. Wszystkie zaprezentowane statki pojawiły się (choćby tylko na moment) w jednym z seriali telewizyjnych lub filmów Star Trek. Wszystkie pochodzą z głównej linii czasowej - nie ma jednostek, które można ujrzeć w filmach nakręconych po 2009 r., nie ma też statków, które wystąpiły jedynie w książkach, grach, kalendarzach albo w serialu animowanym, ani tych, które zostały jedynie  przelotnie wspomniane w dialogach bądź mignęły jako grafiki na ekranach komputerów.