W końcu się doczekaliśmy. Księżyc został rozerwany na strzępy, oceany nieustannie pochłaniają kolejne skrawki lądu, a Ziemia z każdym dniem staje się coraz mniej gościnna. Tym razem nie zawiniły zmiany klimatu ani nuklearna zagłada — wystarczyła jedna pechowa asteroida, by uruchomić odliczanie do końca świata. Pozostaje więc spakować dobytek, wznieść się ku gwiazdom i liczyć, że wszystko jakoś się ułoży.
W Breaking Moon stajemy na czele jednej z potężnych korporacji odpowiedzialnych za budowę stacji kosmicznej i ewakuację mieszkańców planety. Oczywiście chodzi o ratowanie ludzkości, jeśli jednak przy okazji uda się zgarnąć trochę prestiżu i zapisać na kartach historii, cóż… tym lepiej dla nas.
Początek misji
Gdy planeta powoli znika pod wodą nie mamy czasu na siedzenia w miejscu i spokojne obserwowanie sytuacji. Każda chwila zwłoki oznacza kolejny utracony fragment świata. Nic więc dziwnego, że sercem rozgrywki jest nieustanny ruch. W każdej turze musimy przemieścić swój śmigłowiec w nowe miejsce, by zdobywać zasoby, wykonywać akcje i próbować wycisnąć z kurczącej się Ziemi wszystko, co jeszcze może okazać się przydatne.
Plansza podzielona jest zarówno na poziomy zalania, jak i rzędy odpowiadające poszczególnym surowcom. Po wylądowaniu na wybranym polu rzucamy kością, by sprawdzić, ile zasobów udało nam się pozyskać. Czasem los jest łaskawy, czasem niekoniecznie. Jedynka oznacza nie tylko skromny zysk, ale również konieczność dobrania karty wydarzenia, która może nieźle namieszać na planszy. W najlepszym przypadku zmieni się tylko sytuacja na rynku, w najgorszym rozpocznie się zalewanie kolejnego poziomu. A wtedy stawką nie jest już wyłącznie dostęp do akcji. Wraz z wodą mogą przepaść również wcześniej uratowani ludzie, jeśli nie zdążymy w porę przenieść ich wyżej.
Dopiero po tej części zaczyna się właściwe planowanie. Każde pole zapewnia akcję główną, a te koncentrują się przede wszystkim na tym, co w czasie globalnej ewakuacji najważniejsze: ratowaniu i przemieszczaniu ocalałych, handlu surowcami czy pozyskiwaniu technologii. Prawdziwego charakteru nabierają jednak akcje bonusowe. W trakcie gry sami dokładamy je do planszy, stopniowo budując sieć połączeń pomiędzy lokacjami. Dzięki temu przygotowujemy sobie coraz potężniejsze kombinacje, choć jednocześnie robimy przysługę również przeciwnikom.
Bardzo podoba mi się ten pomysł. Każdy dokłada elementy z myślą o własnej korporacji, ale efekty naszych działań pozostają dostępne dla wszystkich. Tworzymy więc wspólną infrastrukturę, starając się jednocześnie ustawić ją tak, by to nam przynosiła największe korzyści. Trzeba jednak uważać, bo zbyt mocne rozwijanie jednego obszaru może okazać się ryzykowne. Wystarczy, że poziom zostanie zalany, a znacząca część naszej misternie budowanej sieci połączeń zniknie pod wodą.
Kierunek: przetrwanie
Choć akcje główne i bonusowe zajmują centralne miejsce na planszy, stanowią zaledwie początek tego, co możemy zrobić podczas swojej tury. W praktyce Breaking Moon jest grą o nieustannym rozbudowywaniu czegoś. Czasem własnych możliwości, czasem stacji kosmicznej, a czasem całej infrastruktury potrzebnej do przeprowadzenia ewakuacji.
Po wykonaniu podstawowych działań otrzymujemy dostęp do szeregu dodatkowych opcji. Możemy rozwijać własną planszetkę, odblokowując nowe akcje lub ulepszając te już posiadane. Część bonusów działa przez całą grę, inne są jednorazowe, ale praktycznie wszystkie okazują się przydatne. Możliwość wykonania dodatkowej akcji bonusowej czy zdobycia większej liczby zasobów szybko przekłada się na bardzo konkretne korzyści.
Równolegle rozwijamy stację kosmiczną, która pełni rolę wspólnego projektu wszystkich korporacji. Dopiero gdy odpowiednia infrastruktura zostanie ukończona, możemy wysyłać uratowanych, zamieniając życia na punkty zwycięstwa. Jest w tym coś przewrotnie zabawnego — koniec świata trwa w najlepsze, a my skrupulatnie przeliczamy, ilu ludzi udało nam się uratować bardziej efektywnie od konkurencji.
Samo dokładanie kolejnych modułów to dopiero czubek góry lodowej. Każda nowa sekcja odblokowuje dodatkowe miejsca na projekty, pozwalające wymieniać zasoby na punkty zwycięstwa i rozmaite premie. Do tego dochodzą jeszcze wynalazki, działające jak kolekcjonowanie zestawów. Jakby gra uznała, że sposobów zdobywania punktów wciąż jest za mało.
Na łasce żywiołu i inflacji
Jednym z elementów, który najmocniej przypomina nam o tym, że świat znajduje się w stanie permanentnego kryzysu, jest rynek. Na początku tury każdego gracza może dojść do losowych zmian, które mają szansę całkowicie przetasować wartość poszczególnych surowców. To, co jeszcze chwilę temu kosztowało fortunę, nagle staje się powszechnie dostępne, podczas gdy inne zasoby błyskawicznie zyskują na wartości. Wszystko odbywa się całkowicie poza kontrolą graczy, więc każda kolejna tura niesie ze sobą ryzyko, że gospodarka postanowi właśnie zrobić coś zupełnie nieoczekiwanego, a plany układane jeszcze chwilę wcześniej trzeba będzie wyrzucić do kosza .
Tematycznie ma to sporo sensu. W końcu trudno wyobrazić sobie przewidywalny handel w sytuacji, gdy planeta powoli znika pod wodą.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy mechanika zaczyna zbyt mocno ingerować w nasze plany. Jeden niekorzystny rzut kością czy pechowo dobrana karta potrafią całkowicie wywrócić do góry nogami starannie przygotowaną turę. I nie chodzi wyłącznie o nagłe zmiany cen. Zdarza się, że podnoszący się poziom wód zaleje pole akcji, na którym właśnie stoimy, blokując jego użycie. W efekcie tracimy dostęp do potrzebnej akcji. Co prawda zalewanie kolejnych obszarów planszy da się przynajmniej częściowo przewidzieć, więc mamy trochę większe pole manewru, ale zachowanie rynku pozostaje w dużej mierze poza naszym wpływem.
Jasne jak Księżyc
Pod pewnym względem Breaking Moon wyjątkowo wiernie naśladuje naszego naturalnego satelitę. Pudełko i kilka elementów wewnątrz wykonano z gładkiego i błyszczącego kartonu, który odbija niemal każde źródło światła znajdujące się w pobliżu stołu. Niestety, podobnie jak księżycowa powierzchnia pełna kraterów, elementy gry są dosyć podatne na rysy i drobne wgniecenia.
Wizualnie również mamy tu pewien konflikt. Większość grafik stawia przede wszystkim na funkcjonalność. Ikony są duże, czytelne i względnie intuicyjne. Plansza spełnia swoje zadanie, a wszystkie informacje znajdują się tam, gdzie powinny. Trudno jednak powiedzieć, by całość szczególnie przyciągała wzrok. Co więcej, jedna z moich planszetek jest rozpikselowana i wygląda jakby grafika w druku miała zbyt niską rozdzielczość.
Na tym tle wyraźnie wyróżniają się natomiast karty. To właśnie one mają najwięcej charakteru. Ich ilustracje balansują gdzieś pomiędzy science fiction a steampunkiem, dzięki czemu dodają odrobiny klimatu. Paradoksalnie przez to wyglądają tak, jakby przybyły tu z zupełnie innej gry.
Ocalić świat i wygrać
Breaking Moon ma w sobie kilka naprawdę ciekawych pomysłów. Pomimo katastrofy wiszącej nad głowami wszystkich graczy, nie mamy tu do czynienia z kooperacją. Owszem, stacja kosmiczna musi powstać. Owszem, centrum ewakuacyjne trzeba ukończyć. I tak, bez wspólnego wysiłku ludzkość najprawdopodobniej skończy na dnie oceanu. Nie ma tu jednak miejsca na pełny altruizm, bo korporacje chcą zadbać o własną legendę. Wszyscy budują tę samą drogę ucieczki, ale każdy liczy, że zapisze się w historii jako ten najskuteczniejszy, najważniejszy i najbardziej zasłużony dla ratunku cywilizacji. To nie walka o przetrwanie ludzkości albo własny sukces. To walka o jedno i drugie naraz.
Całkiem nieźle działa również sieć wzajemnie powiązanych mechanik. Początkowo liczba dostępnych opcji i swoboda ich łączenia mogą wydawać się nieco przytłaczające. Z czasem okazuje się jednak, że większość elementów zazębia się ze sobą w naturalny sposób, a tury, choć do krótkich nie należą, nie ciągną się w nieskończoność.
Ewakuacja z turbulencjami
Nie oznacza to jednak, że lot przebiega całkowicie spokojnie. Choć bardzo lubię mechaniki oparte na zbieraniu zestawów, w tym przypadku wydaje mi się ona nieco doklejona do całości. Wynalazki zapewniają dodatkowe punkty, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że funkcjonują trochę obok głównego tematu gry.
W kilku miejscach da się również odczuć wpływ losowości. Dotyczy to przede wszystkim kart wydarzeń oraz rynku. Zdarzają się też sytuacje, gdy ktoś dobierze kartę ocalałego zapewniającą nie tylko punkty, ale również cennego naukowca. A ponieważ naukowcy należą do trudnych do zdobycia zasobów, taki bonus potrafi dać wyraźną przewagę przy podobnej wartości punktowej kart.
Na szczęście nie wszystkie losowe elementy pozostają całkowicie poza kontrolą graczy. Choć zalewanie kolejnych poziomów zależy od dobieranych kart, talia została skonstruowana w taki sposób, że da się przewidywać moment, w którym zagrożenie zaczyna rosnąć. Łagodzi to napięcie i sprawia, że katastrofa częściej przypomina nadciągającą burzę niż grom z jasnego nieba.
Większy problem mam natomiast z brakiem mechanizmów odświeżania niektórych dostępnych elementów. Jeśli w puli pojawią się kafelki lub wynalazki, którymi nikt nie jest zainteresowany, mogą zalegać na stole przez znaczną część partii. W efekcie część gry sprawia momentami wrażenie, jakby sama utknęła w martwym punkcie, czekając aż ktoś w końcu zdecyduje się posprzątać niechciane opcje.
Mimo tych zastrzeżeń Breaking Moon pozostawił po sobie pozytywne wrażenie. To gra, która potrafi ciekawie połączyć rozwój silniczka, worker placement, zarządzanie zasobami i temat globalnej ewakuacji. Nie wszystkie rozwiązania działają równie dobrze, a losowość bywa momentami zbyt odczuwalna, jednak przez większość czasu bawiłam się naprawdę nieźle. A skoro nawet po kilku pechowych rzutach kostką i kolejnych zalanych fragmentach planety nadal miałam ochotę wrócić do stołu, to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę jej wystawić.
Gra dla 2-4 graczy, wiek 12+
Czas gry: 90-180 minut
Wydawca: Strange Games
Ogólna ocena
(6,5/10):









Złożoność gry
(6/10):









Oprawa wizualna
(5,5/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Do tej gry mamy konkretne zarzuty. Może być fajna i dawać satysfakcję, ale… ale jest jakieś zasadnicze „ale”. Ostatecznie warto się jej jednak bliżej przyjrzeć, bo ma dużą szansę spodobać się pewnej grupie odbiorców.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony












