Home / Artykuły / Wywiady / Alfabet gracza: Marek Pańczyk

Alfabet gracza: Marek Pańczyk

Alfabet to zbiór liter ułożonych w określonej kolejności. Posłużył mi on do zadania, w sposób niekonwencjonalny, kilku pytań redaktorowi naczelnemu Games Fanatic, świetnemu felietoniście i znawcy gier planszowych – Markowi Pańczykowi. Oto alfabet Panchogracza.

 

 

 

Adaptacje – obecnie zajmuję się adaptowaniem gier planszowych w postać gier wideo. Są to dwa światy i rządzą się własnymi prawami. Nie można przenosić ich jeden do jednego, jest dość duże pole do kreatywnych wyzwań. Chciałbym, aby w Caylusie płynęła rzeka, biegały jelonki i latały ptaszki w tle. Chciałbym, aby w Strongholdzie uruchamiało się katapulty dotknięciem dźwigni, przez rytmicznie przesuwanie palcem uderzałoby się taranem w bramę, a orki wbiegałyby na blanki i toczyły zażarte walki. Chciałbym, aby w Zombiakach zombi faktycznie kroczyły nieprzerwanie do przodu, a ludzie wybierali cel do ostrzału czy wysyłali dzwoniący tramwaj do koszenia żywych trupów. Chciałbym, aby w Eclipse gwiezdna flota widowiskowo dokonywała skoków w nadświetlną, poruszając się między galaktykami. Wtedy to będą adaptacje z prawdziwego zdarzenia.
Braki – braki w elementach gier to cios dla tzw. przeliczaczy elementów (vide Planszomaniacy i planszowariaci [link]). Spotkałem ich kilkakrotnie na swoje drodze przy przedsięwzięciach handlowych i – chyba jedynie cudem – ominął mnie ich gniew. Od tej pory zawsze wszystko przeliczam przed sprzedażą, choć jest to bardzo czasochłonne.
Człowiek – jestem podręcznikowym przykładem wprowadzonego przez Johana Huizingę pojęcia homo ludens, czyli człowieka bawiącego się. Bardzo istotne dla mnie są zabawy i gry.
Deck building – już po dwóch minutach tłumaczenia Dominiona, na jego premierze w Essen w 2008 roku, w głowie miałem istny sajgon. Matko boska, ale innowacyjna gra, jak już dawno nie czułem tego fantastycznego uczucia, że chce grać w jakąś grę znowu, i znowu, i znowu, bez końca. Od tej pory deck building jest jednym z najważniejszych dla mnie rozwiązań mechanicznych i lubię testować każdą produkcję, która eksperymentuje z tą mechaniką. Co prawda pierwsze tytuły nie urzekały, ale w końcu nadeszła druga fala, która bardzo kreatywnie korzysta z budowania talii spopularyzowanego przez Dominiona.
Elegancja – elegancka mechanika. Wiem, że polscy ameritrashowcy nie cierpią tego pojęcia i często z niego drwią, ale spopularyzował się i nie ma nic lepszego do opisywania tego terminu. Chodzi o styl, który wprowadziły eurogry i zrewolucjonizowały świat gier planszowych. Proste, logiczne reguły, bez zbędnych niuansów, ale nie pozbawione głębi i miejsca na eksperymenty. Gdyby niemieccy doktorzy ich nie projektowali, to nadal byśmy tkwili w puszczy kilkudziesięciostronnicowych instrukcji, miliona żetonów i dziesiątek rzutów kostkami. Albo inaczej, nie tkwilibyśmy, bo mało kto z nas grałby dzisiaj w planszówki.
Felieton – mój ulubiony sposób wyrażenia refleksji na dany temat. Głównie dlatego, że można eksperymentować z formą  i przekazywać myśli na najdziwniejsze sposoby. Chyba jednym z najbardziej szalonych felietonów był „Dobry Pancho, Zły Pancho” [link]. Zaskakujące, że wszyscy wmawiali mi, że jestem tym Złym. Nie rozumiem do dzisiaj dlaczego.
Gamesfanatic.pl – zbudowany na felietonach, subiektywnych tekstach, sporach, plotkach, niepolitycznej poprawności, pościgu za nowościami i wielu innych dziwnych fundamentach. O dziwo, wszystko to całkiem nieźle zaskoczyło. Stopniowo przerodził się w serwis z dużą liczbą recenzji i newsów, ale myślę, że jego blogowa dusza wciąż ma się dobrze. Największą jego siłą jest na pewno niesamowicie prężna społeczność, której liczby komentarzy zazdrości każdy planszówkowy serwis w Polsce. Mam nadzieję, że nadal będzie się rozwijał i kontynuował drogę wyznaczoną przez kultowe gry-planszowe.pl.
Hybryda – najbardziej innowacyjne dla mnie dzisiaj produkcje, które łączą różne światy gier planszowych, mechanizmy i gatunki. Gdyby nie doszło do ich powstania to renesans planszówek stopniowo by wygasł i okazał się tymczasową modą. A tak dojrzał i dalej całkiem prężnie się rozwija. Pierwszymi poznanymi przeze mnie grami tego rodzaju (i bardzo udanymi) był na pewno: Friedrich, Imperial czy Shogun (Wallenstein).
iGry – obecnie mój zawód. Od dawien dawna starałem się jakoś połączyć planszówki z pracą zawodową, ale niełatwo było doprowadzić sprawy do końca samemu. W 2007/2008 roku był w zaawansowanej postaci projekt hobbyseek, do porównywania cen w sklepach planszówkowych, który później wspaniale zrealizował i-szop.pl. W 2009 roku w około 80 procentach zrobiony był projekt do generowania graficznych sygnaturek wraz ze statystykami z BGG, ale też nie wyszło. Dopiero pomysł z adaptacjami planszówek na iPhone’a udało się doprowadzić do końca. Nie można też zaprzeczyć, że jest to przyjemny zawód, bo człowiek znajduje nowe znaczenie dla różnych korporacyjnych pojęć. Research to po prostu całodniowe granie w nowe planszówki, business meeting polega na rozmawianiu w knajpce o grach i branży, a business trip to teraz wyjazd do Essen czy na Pionka.
Jesień – zdecydowanie najtrudniejszy w roku okres dla portfela. Trzy ważne dla mnie hobby dostają wtedy kompletnego świra, a ja próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. Na początku października jest najważniejszy polski konwent komiksu i mnóstwo ciekawych premier. Pod koniec października gigantyczny wodospad gier w postaci targów w Essen. A jeszcze przez całą jesień aż do świąt trwa zmasowany atak niesamowitych tytułów na konsole i PC. Bardzo ciężki okres bez dwóch zdań.
Kolejność – dla niektórych graczy kolejność w rozgrywce czy konkretne sąsiedztwo ma kluczowe znaczenie, dla mnie prawie nigdy. Nie gram na pieniądze, nie gram o jakieś punkty do większego rankingu, tak więc drobne niesprawiedliwości jestem w stanie tolerować.
Laik – biegunowe przeciwieństwo geeka. Najczęściej jest to po prostu normalna osoba, która lubi czasami pograć również w planszówki. Nie czyta portali o tej tematyce, nie zna trendów, nie bierze udziału w wyścigu za nowościami. Przez branżę przeceniany, a przez geeków niedoceniany.
Monsoon Group – świetna inicjatywa jaką rozkręcił Filip Miłuński i szybko znalazł całą grupę innych zapaleńców. Jednym z największych problemów wszystkich projektantów gier jest znalezienie chętnych do testowania. Nikomu nie chce się grać w nie skończone, surowe gry. Chłopaki znaleźli na to sposób, i chwyciło. Skutkiem tego rodzaju działań jest fakt, że dzisiaj planszomaniacy spierają się o zbyt małą w Polsce liczbę ciężkich gier, a nie że tworzymy gry popsute i nie rozumiemy nowoczesnych trendów, jak było jeszcze kilka lat temu. Na spotkaniach Monsoon Group byłem tylko raz, ale w głębi serca bardzo doceniam inicjatywę i gorąco jej kibicuję.
Nuda – straszna wiedźma, spotkałem ją w 1992 roku, kiedy rodzicie kazali mi jechać ze sobą na wakacje do Buska-Zdroju. Sami emeryci, renciści, a ja kilkaset kilometrów od komputerowej Civilization, którą kupiłem tydzień wcześniej i przy której chciałem spędzać każdy wolny moment. Z powodu potwornej nudy zrobiłem sobie wersje analogową i grałem w nią sam. Od tej pory zawsze staram się mieć w zasięgu znajomych, książkę, komputer, grę, audiobooka, cokolwiek, żeby nie poznać tego idiotycznego uczucia pustki.
Ocena – z racji bycia w redakcji Świata Gier Planszowych, gry-planszowe.pl czy gamesfanatic.pl wielokrotnie doświadczyłem wielkich dyskusji na temat najlepszego systemu ocen. Nienawidziłem tego. Czy system stopunktowy, czy dziesięcio, czy pięcio, czy z połówkami czy bez, każdy miał milion argumentów za preferowaną wersją. Wszystko to blokowało samą procedurę wprowadzenia systemu ocen i zajmowało idiotycznie dużą ilość czasu. W życiu codziennym lubię uproszczony, ale dosadny trzystopniowy system z Planszostacji. Zresztą „zagrać u kolegi” na dobre zadomowiło się w nomenklaturze polskich planszomaniaków.
Planszostacja – wielka przygoda, która trwa z mniejszymi i większymi przerwami od ponad trzech lat. Spotkaliśmy się w styczniu 2008 roku z Bazikiem, Don Simonem i Ja_nem, aby sprawdzić czy taki pomysł zaskoczy. A tu od razu spotykał się z bardzo dobrym przyjęciem. Z jednej strony wieczna walka ze stroną techniczną, jąkaniem się, zanudzaniem słuchaczy drętwymi opisami gier, z drugiej strony zażarte, wciągające dyskusje, wywiady z interesującymi gośćmi, propozycje Top 5 z najróżniejszych gatunków. Pomimo, że jej tworzenie jest dość czasochłonne i wyczerpujące, satysfakcja z ostatecznego efektu jest zawsze bardzo duża. Moje ulubione odcinki (z tych co pamiętam) to: Planszostacja 37 (Amerisztacja) oraz Planszostacja 46 (m.in. Eat Poop You Cat).
Rzut okiem – napisałem w swoim życiu całkiem sporo recenzji, ale dzisiaj preferuję pisanie tylko rzutów okiem. Jestem za cienki na recenzje, wymagają zbyt dużego profesjonalizmu, solidności, obiektywności, dokładności. A w rzutach okiem zawsze można subiektywnie coś krytykować, coś zignorować (bo się nie sprawdziło), a jednocześnie szybko dać czytelnikom pierwszą opinię o grze. Bardzo mi to obecnie pasuje.
Sprzątanie – pamiętam, że w pisałem kiedyś felieton, gdzie zajmowałem się różnicą pomiędzy podejściem do sprzątania geeków i graczy okazjonalnych [link]. Wtedy strasznie irytowało mnie, że niedzielni gracze mają głęboko gdzieś sprzątanie po sobie gry. Dzisiaj chyba problem prawie nie istnieje, przynajmniej wśród graczy, których spotykam na swojej drodze.
Top 10 – Top 10 można definiować na różne sposoby. Jest sobie dynamiczne Top 10, które ciągle się zmienia, ale zawsze jest aktualne, po prostu w każdym momencie damy namówić się na grę z tej kategorii. Jest też Top 10 statyczne, gdzie na takiej liście znajduję się gry, które były swego czasu dla ciebie rewelacją. Jak w nie grałeś to ziemia trzęsła się pod nogami, ale dzisiaj już rzadko do nich siadasz. Ja najczęściej trzymam się statycznego Top 10 i tutaj z epoki renesansu planszówkowego znajduje się na pewno: Pitchcar Mini, Thurn und Taxis, Caylus, Notre Dame, Goa, Sankt Petersburg, Shogun, Through the Ages, Dominion czy Brass.
Uzależnienie – w rozmowach z żoną zawsze posługuje się prymitywnymi porównaniami, że przecież zamiast być uzależnionym od gier mógłbym przepijać wszystkie oszczędności i regularnie awanturować po nocnej libacji. Jakże można polemizować z takim dictum?
Worker placement – fantastyczna mechanika, którą wprowadził na salony Caylus. Niestety rzucili się na nią wszyscy, niewiele dając nowych rzeczy od siebie. Po krótkim czasie eksperymentowania stała się łatwym sposobem tworzenia kolejnych podobnych do siebie produkcji.
Złudzenia – lubię poznawać nowe gry. Z tego powodu patrząc na coś nowego daję się karmić złudzeniami jak młody pelikan. Ładny obrazek na pudełku, intrygujący temat, znajomy autor (albo dobrze zapowiadający się debiutant), melodyjny tytuł, i rzucam się do sprawdzenia gry bez przeczytania jakiekolwiek recenzji. Po 5 minutach tłumaczenia zasad już widzę, że nie będę dobrze się bawił. Kiedyś poznawanie słabych gier mi nie przeszkadzało, dzisiaj mam bolesnego kaca.

3 komentarze

  1. Filippos

    Świetny wywiad! A możliwość przeczytania cytatu z Don Simona w zlinkowanym tekście sprzed pięciu lat że „ma już Wiochmena bo to fajna gra” – bezcenna:)))

  2. Ueee.. myślałem, że pod W będzie WFRP ;)

    Pozdrowienia od czytelnika wfrp-l ;)

  3. Pancho

    @surmik
    Stare dzieje, strasznie stare :) Również pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*