Home / Rzut okiem / Gry rodzinne / Złote Miasto – Ze starej półki cz.17

Złote Miasto – Ze starej półki cz.17

Michael Schacht był bohaterem Starej Półki już kilkakrotnie. Nie tyle jednak ze względu na geniusz swoich gier, ile na ich lekką wagę i przyjemną otoczkę, która zazwyczaj bardzo dobrze nadaje się do grania rodzinnego lub z graczami okazjonalnymi.  Dzisiejsza bohaterka jest dostępna w naszym rodzimym języku i pomimo abstrakcyjności tematu najbardziej z dotychczasowych kolorowa. Przyciąga oko, nie da się ukryć. Ale czy resztę ciał graczy także przyciagnie do planszy?

Złote Miasto to bardzo barwna i bardzo prosta eurogra z ulubionym motywem autora, czyli kartami w ograniczonych rodzajach. Jest też trochę licytacji, pseudoekonomii, trochę drewna i przede wszystkim piękna mapa przedstawiająca tytułowe Złote Miasto oraz okolice. Czy tytuł nawiązuje do jakiejś legendy? Nic mi o tym nie wiadomo. To może do jakiejś historycznej wyprawy? Też nic na ten temat. A może chociaż rejon ma odzwierciedlenie w geografii? Nie. Ale to nie szkodzi. Ważne, aby fajnie się grało.

Oczy przyciąga na pewno...

 

Tytuł oczywiście fabułę jakąś posiada. Ostatecznie nie jest to gra logiczna. Z grubsza chodzi o przybycie na wyspę, w której centrum króluje Złote Miasto i o rozstawianie kramików wzdłuż ścieżek, starając się dotrzeć do upragnionych miejskich murów. Pomimo przepychu, którym możemy karmić zmysł wzroku, fabuła jest średnio sensowna i nijak przystaje do tego, co w grze robimy. Nawiązuje natomiast do dwóch innych gier tego autora, które razem tworzą tzw. Złotą Trylogię. A mowa tu o Valdorze i Felinii.

Złote centrum - nasz cel

 

Powtórzę. Mniejsza o epikę, lirykę i dramat. Grunt, aby fajnie się grało. A komu będzie się dobrze grało? Na pewno dzieciom. Wykonanie oraz czerpanie z dziecięcych gier fantowych powinno im sie spodobać. Nie ma tu co prawda przygody, ale jest znana jak świat mechanika „zajmij pole i weź fant”. Na dużej planszy, podzielonej równo na cztery typy terenu, gracze stawiają swoje domki częstując się równocześnie bonusem z danego pola. „Domkową” wędrówkę prowadzi się po sąsiedzku, więc należy ją zaplanować tak, aby jak najwięcej ciekawych i potrzebnych rzeczy zebrać do koszy… To znaczy, do zasobów. Aby domek położyć musimy dysponować kartą odpowiedniego terenu, przy czym dwie identyczne karty, jak to u Schachta, są dżokerem. Dla urozmaicenia mamy jeszcze porty, od których szlak (lub szlaki, jak chcemy atakować z kilku stron)  trzeba nam rozpocząć i których karty także musimy zdobyć.

Stawianie domków (kramików) rozpoczynamy od brzegu wyspy

 

Karty zdobywamy głównie za pomocą minilicytacji i mega gadżetu. Na początku rundy w losowy sposób tworzone są pary nowych kart. Łapką w swoim kolorze pacamy (czyt. rezeruwjemy) wybraną parę, a jeśli chcemy pacnąć już zajętą i wyrzucić z niej pretendenta, to stajemy się lżejsi o monety. Po kilku pacnięciach każdy ma swoją parę, którą dokłada do kart na ręce. A kiedy domkiem zawędrujemy pod bramy Złotego Miasta musimy być dodatkowo zaopatrzeni w kluczyk (jeden z fantów). Potem możemy się rochodzić po mieniących się złotem i punktami wewnętrznych dzielnicach (kto pierwszy w danej dzielnicy, ten zgarnie większe punkty za wizytę).

Pacanie

 

Gadżety

Punkty zbieramy systematycznie oraz na koniec gry. Tutaj także trudno doszukiwać się oryginalności. Z jednej strony, co rundę odkrywane są karty celów (dotyczące położenia domków oraz towarów, które są oczywiście jednym z rodzajów fantów), z drugiej na koniec gry odkrywamy i podliczamy karty bonusowe (także pochodzące z fantów, a jakże). I już. Godzinka z bani, nic nowego, nic zbytnio ciekawego. Tyle, co ładne było.

Fanty here, fanty there

 

Podsumowanie

Jak dla mnie gra powina się nazywać Fantobranie. A jednym z rekwizytów gracza winien być koszyczek. Obowiązkowo złoty. Jak ulał pasuje też do tej gry, autora przecież takich niezgorszych pozycji jak Zooloretto, Industria, Hansa, czy China, powiedzenie „Nie wszystko złoto co się świeci”. Podejrzewam, że autorowi gra się udała, ponieważ osiągnął zamierzony cel minimalnym kosztem. Wziął kilka starych sprawdzonych u młodszych odbiorców elementów, zespolił w mega kolorową całość, opakował w bajeczne pudełko i taka ową wydmuszkę puścił w świat ku uciesze wielu rodzin. I to, mimo wszystko, doceniam. Jako nawracator Złote Miasto może się nadać. Posiada nawet kilka nowinek dla graczy dotychczas biegających pionkiem między hotelami w Wiedniu i Beneluxie. Natomiast potworna  wtórność oraz fakt, że nawet prosta gra może mieć – a Złote Miasto nie ma – to coś, co większych wyjadaczy od stołu nie odpycha, gdy podejmują gości lub mają ochotę na lekki przerywnik, przemawiają na niekorzyść tej produkcji płodnego niemieckiego autora. Ja, w przeciwieństwie do yosza, nie dam się już do planszy zaciągnąć. Nie wyobrażam sobie, co gamerów mogłoby przekonać do tego tytułu. Chyba tylko masochizm ;) Albo skrajny sentyment do dziecięcych lat.

Niby się coś dzieje...

 

Towary też niczego sobie

PLUSY: może przekonać początkujących graczy swoją zgrabną konstrukcją złożoną z prostych i kolorowych elementów; piękne wykonanie

MINUSY: autor poszedł po najmniejszej linii oporu opierając mechanikę na banalnym zbieraniu fantów, czysty przerost formy nad treścią

Złote Miasto (The Golden City, Die Goldene Stadt)

Autor: Michael Schacht

Rok wydania: 2009, wyd. Galakta

Graczy: 3 – 4

Czas: 60 minut

Cena: 80 – 150 (!!!) 

yosz (-/5) – nie za wiele pamiętam ze swojej jedynek gry jakiś czas temu. Było ok – nic mnie jakoś szczególnie nie porwało, ale była to poprawna eurogra oparta na kartach. Nie wiem czy to dobrze świadczy o grze, że nic już nie pamiętam, ale usiadłbym do stołu gdyby ktoś zaproponował… ale musiałby mi przypomnieć zasady :)

Ogólna ocena (3/5):

Złożoność gry (2/5):

Oprawa wizualna (5/5):


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*