Alchemia! Zaczarowane eliksiry! Troska o zwierzęta! Leśna magia! Urocza oprawa graficzna! Brzmi jak przepis na kreskówkę, którą można byłoby oglądać w sobotni poranek? Być może. Tym razem jednak zamiast ratować świat przed ekologiczną katastrofą, zakasujemy rękawy i jako strażnicy parku warzymy mikstury, by nieść pomoc jego futrzastym, pierzastym i łuskowatym mieszkańcom. Przed Wami Parks & Potions!
Teoria kolorów
Każdy dzień pracy w parku rozpoczynamy od przygotowywania składników do przyszłych kuracji. Trzykrotnie rzucamy czterema kośćmi, które wskazują dostępne mikstury. Z każdego rzutu możemy zatrzymać maksymalnie dwie. To właśnie one stają się początkiem naszej alchemicznej układanki.
Zebrane wywary możemy bowiem mieszać zgodnie z zasadami łączenia barw, np. czerwona i żółta stworzą bardziej zaawansowaną pomarańczową. Te zaawansowane eliksiry pozwalają z kolei wytwarzać najrzadsze składniki: białe, szare i czarne. Przydają się one podczas leczenia zwierząt, ale po zmieszaniu mogą również stworzyć jokera zastępującego dowolny kolor. Mieszanie jest kluczowe nie tylko dlatego, że pozwala spełniać wymagania naszych pacjentów, ale również dlatego, że miejsce w ekwipunku jest bardzo ograniczone.
Od czasu do czasu możemy też wesprzeć się unikalną zdolnością naszej postaci. Każdy gracz dysponuje własnym jednorazowym talentem, pozwalającym nagiąć zasady na swoją korzyść — usprawnić zdobywanie składników lub leczenie. Ot, małe alchemiczne oszustwo w słusznej sprawie.
Gdy mamy już odpowiedni zestaw mikstur, możemy zabrać się za leczenie zwierząt. Każde z nich ma własne wymagania, a w nagrodę zapewnia punkty oraz jeden z trzech symboli wykorzystywanych do końcowego punktowania. Dzięki temu przez całą grę balansujemy pomiędzy pomaganiem zwierzętom, które są najłatwiejsze do wyleczenia, a tymi, które lepiej wpisują się w naszą długofalową strategię.
Za każdym razem, gdy zwolni się miejsce po wyleczonym pacjencie, dobieramy nową kartę — z puli jawnej lub w ciemno. Nie zawsze będzie to jednak kolejne zwierzę. Czasami trafimy na eksperyment. Sam w sobie nie zapewnia on punktów, ale jego wartość ujawnia się pod koniec partii. Eksperymenty działają bowiem jak mnożniki dla żetonów ekstraktów zdobywanych podczas leczenia niektórych zwierząt. W ten sposób zyskujemy dodatkowy sposób na wyciśnięcie kilku dodatkowych punktów.
Jak widać zasady są bardzo proste: rzuć kostkami, wybierz mikstury, wymieszaj je i zaaplikuj chorym zwierzętom. Następnie robimy to wszystko jeszcze raz — i jeszcze kilka razy przez kolejne pięć rund (lub sześć przy pełnym składzie). Dzięki temu rozgrywka płynie sprawnie i praktycznie nie ma tu miejsca na przestoje. Jednocześnie trudno jednak mówić o wyzwaniach czy momentach, które wywołują większe emocje. To raczej spokojna, lekka łamigłówka, która stawia na relaksujące kombinowanie.
Między chaosem a harmonią
Po kilku partiach zaczyna jednak dawać o sobie znać powtarzalność. Przy tak lekkiej i prostej konstrukcji jest to właściwie nieuniknione. Twórcy przewidzieli jednak możliwość urozmaicenia rozgrywki, zastępując rzuty kośćmi draftem. W teorii brzmi to całkiem interesująco — wzmacnia interakcję między graczami i otwiera drzwi do bardziej złośliwych zagrań. W praktyce oznacza to jednak również, że pechowy gracz może mieć spory problem ze zdobyciem mikstur potrzebnych do realizacji swoich planów.
Dla tych, którzy wolą żyć w zgodzie i przyjaźni dostępny jest również wariant kooperacyjny. Tym razem strażnicy parku wyruszają do konkretnych biomów i tylko tam mogą leczyć zwierzęta. Jeśli kilku graczy wybierze ten sam obszar, mogą wymieniać się miksturami i wspólnie przygotowywać potrzebne lekarstwa. Dodatkowej presji dodaje pogarszający się stan zdrowia niewyleczonych zwierząt. Naszym celem jest albo uratowanie wszystkich pacjentów, albo przetrwanie do końca piątej rundy bez żadnego zwierzaka w stanie krytycznym.
Sam pomysł zarządzania poziomami choroby bardzo mi się podoba, ale poza tym cały tryb kooperacyjny wydał mi się nieco zbyt chaotyczny, szczególnie przy większej liczbie graczy. Wspólne planowanie, wymiana mikstur i pilnowanie stanu wszystkich podopiecznych szybko zamieniają się w spory informacyjny bałagan. Paradoksalnie, jak na tak lekką i rodzinną grę, po zakończonej partii czułam się bardziej zmęczona niż usatysfakcjonowana.
Eliksir na jeden wieczór
Znacie to uczucie, gdy z gorącym kubkiem herbaty, otuleni kocem, wsłuchujecie się w szum deszczu za oknem? Właśnie takie skojarzenie budzi Parks & Potions. To bardzo „cozy” doświadczenie — ciepłe, lekkie i zwyczajnie miłe dla oka. Urocze zwierzaki, przyjemna oprawa graficzna (zadbano nawet o osoby z zaburzeniami widzenia kolorów) i ta cała leśno-alchemiczna atmosfera sprawiają, że naprawdę chce się przy tym stole usiąść.
Problem w tym, że pod tą śliczną fasadą kryje się rozgrywka po prostu poprawna. Działa, nie męczy, momentami daje trochę satysfakcjonującego kombinowania, ale raczej nie zostawia po sobie szczególnie silnych emocji. Zanim człowiek zdąży się na dobre wkręcić, partia właściwie dobiega końca, a chwilę później zostaje po niej raczej wspomnienie niż ekscytacja i chęć natychmiastowego rewanżu.
To bardzo rodzinny tytuł — taki, który zapewnia odrobinę przestrzeni na pogłówkowanie, ale nie próbuje być niczym więcej. Sporo zależy tu od tego, co akurat podsunie los, zarówno jeśli chodzi o dostępne mikstury, jak i dobierane karty. Owszem, końcowe punktowanie wprowadza mały dylemat, nagradzając zarówno kolekcjonowanie tego samego typu kart, jak i budowanie bardziej zróżnicowanych zestawów — dzięki temu gra zyskuje nieco więcej charakteru, ale to właściwie granica decyzyjności, jakiej można się tutaj spodziewać. W tej prostocie tkwi jednocześnie największy urok i największe ograniczenie.
I chyba właśnie to najlepiej podsumowuje Parks & Potions. To sympatyczna, ładna i bezpretensjonalna planszówka, która jednak raczej nie zostaje w głowie na długo. Relaksujący eliksir, który wypity tu i teraz jest całkiem smaczny i przyjemny, lecz chwilę później trudno już dokładnie przypomnieć sobie jego smak.
+ wykonanie, zarówno pod względem grafiki, jak i ikonografii,
+ czytelna identyfikacja kolorów dzięki dodatkowym symbolom,
+ kilka strategii,
+ szybka rozgrywka, bez paraliżu decyzyjnego,
+/- bardzo łatwa,
– powtarzalność,
– chaotyczny tryb kooperacyjny.
Gra dla 1-5 graczy, wiek 8+
Czas gry: 15-30 minut
Wydawca: Moon Saga Workshop
Ogólna ocena
(6/10):









Złożoność gry
(3/10):









Oprawa wizualna
(7/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Do tej gry mamy konkretne zarzuty. Może być fajna i dawać satysfakcję, ale… ale jest jakieś zasadnicze „ale”. Ostatecznie warto się jej jednak bliżej przyjrzeć, bo ma dużą szansę spodobać się pewnej grupie odbiorców.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony








