Home / Rzut okiem / Gry przygodowe / A Touch of Evil

A Touch of Evil

Czy zły dotyk może być przyjemny?

A i owszem: może! Co więcej nie tylko dla dotykającego, ale również dla dotykanego. Tak kontrowersyjnej tezy chciałbym w niniejszym tekście bronić. Zanim jednak udasz się, drogi czytelniku, do prokuratury, aby złożyć stosowne doniesienie daj mi proszę szansę na wyjaśnienia klikając „Czytaj więcej”.

Na początku doprecyzuję: nie chodzi tu dokładnie o zły dotyk a o „Dotyk Zła”. Różnica to mała, acz kluczowa. A Touch of Evil: the Supernatural Game, czyli „Dotyk Zła” właśnie, to najnowsza produkcja wydawnictwa Flying Frog. Mroczna gra kooperacyjno-rywalizacyjna dotarła do mnie w tym tygodniu i po trzech rozgrywkach chciałbym opowiedzieć wam o niej kilka słów.

Autorem „Dotyku” jest Jason Hill, twórca wielkiego hitu tego roku, Last Night on Earth. Skrajnie losowa, cudnie wydana, pełna klimatu po swe gnijące uszy gra o zombiakach zrobiła błyskawiczną karierę na BGG zyskując równie wielu zagorzałych fanów, co zajadłych krytyków. Jaka jest jej młodsza siostra AToE?

Na początek rys fabuły. W grze przenosimy się do małego miasteczka Shadowbrook umieszczonego w realiach dziewiętnastowiecznej Ameryki. Jako grupa podróżników na miejscu odkrywamy niecodzienne zjawiska. Straszny potwór (wilkołak, wampir, lub inne tałatajstwo) terroryzuje okolicę. Naszym zadaniem jest obronić bezbronnych mieszczan przed niebezpieczeństwem zabijając gadzinę w bezpośrednim starciu. By tego dokonać musimy jednak skompletować odpowiedni ekwipunek i poznać sekrety starszyzny miasteczka, aby mądrze wybrać sprzymierzeńców w momencie ostatecznego pojedynku z potworem.

Kilka słów o komponentach. Gra jest wydana jeszcze lepiej od swej poprzedniczki. Znów mamy grube, lakierowany, kolorowe, piękne żetony i karty postaci, oraz dość dokładne, plastikowe figurki bohaterów. Plansza jest dużo lepsza niż ta w LNoE, której kolorystyka była dla niektórych mało czytelna i odpychająca. Na planszy AToE stylizowanej na ręcznie rysowaną mapę z epoki przedstawiono miasteczko Shadowbrook i jego okolice – bardzo klimatyczne rozwiązanie, przypominająca nieco planszę z Fury of Dracula.

Jednak sercem gry są karty! Jason wraz z bratem znów przebrali grupę swoich krewnych i znajomych w dziwne ciuszki i pstrykali im śmieszne foty, które obrobione w Photoshopie przyniosły niezwykły efekt. W grze występują 254 karty, większość z nich ozdobiona owymi klimatycznymi fotografiami przedstawiającymi naszych bohaterów w przeróżnych sytuacjach dnia codziennego; typu: walka z wilkołakiem, pożeranie przez ścianę, czy padanie omdlałym po wypiciu trucizny. Klimat wylewa się więc z pudełka i nie sposób zganić któregokolwiek z elementów gry. Jest przepiękna.

Mechanika gry jest książkowym przykładem ameritrashowej prostoty. Rzucam kością, poruszam swojego bohatera do tylu pól ile wyrzuciłem na kości, następnie korzystam z dobrodziejstw, lub przekleństw danej lokacji, ciągnąc kartę z odpowiedniej talii i/lub wykonując różnorodne akcje specjalne. Za pokonanie potworów i wyjście cało z przeróżnych opresji zdobywam punkty dochodzenia, które następnie mogę wydawać na przedmioty u kowala, śledzenie kryjówki potwora, lub tropienie sekretów starszyzny miasteczka.

To właśnie pierwszy ze smaczków w generalnie niezbyt oryginalnej mechanice gry. Otóż Shadowbrook ma sześciu przedstawicieli starszyzny, którzy występują w grze jako niezależne postaci. Każdy z nich ma jakieś specjalne właściwości. Od początku gry jednak nie wiemy, którzy z nich są praworządnymi mieszkańcami, a którzy zostali skorumpowani przez zło rozszerzające swoje wpływy w miasteczku.

W trakcie rozgrywki możemy wydawać ciężko zarobione punkty dochodzenia na sprawdzanie sekretów przedstawicieli starszyzny, podglądając karty sekretów losowo przyporządkowane do ich postaci. To oryginalne rozwiązanie, potęgujące klimat dochodzenia.

Po ruchach graczy następuje faza tajemnic, w której zło rozszerza swoje wpływy w okolicy. Ciągniemy kartę z talii tajemnic, co owocuje pojawieniem się w losowych lokacjach nowych sług potwora, zmianą pogody, co utrudnia dalsze poszukiwania, lub nawet próbą zabójstwa któregoś z przedstawicieli starszyzny. Zło nie śpi i jeśli bohaterowie będą zbyt długo zwlekać potwór opanuje miasteczko i gra zakończy się porażką graczy.

Aby wygrać grę, któryś z bohaterów musi zdecydować się na pojedynek z potworem. Gdy rozpoczyna walkę wybiera dwóch z przedstawicieli starszyzny do pomocy i jeśli okazali się oni skorumpowani przez monstrum dołączają do niego, wbijając tym samym nóż w plecy naszego bohatera. Jeśli są praworządni pomogą herosowi w walce.

Mechanika jest prosta i bardzo mocno losowa. Ciągniemy karty i możemy trafić na lepsze lub gorsze, walki rozstrzygamy za pomocą kostek. Nasze decyzje mają wpływ na rozwój wydarzeń, jednak jeśli będziemy mieć pecha nawet świetny plan nic nam nie da.

Siłą tej gry nie jest jednak mechanika a klimat jaki buduje. W A Touch of Evil nie gra się bowiem po to aby wygrać, a po to by wcielić się w jedną z ról w tym, niemal filmowym, doświadczeniu!

Kolejnym plusem gry jest to, iż oferuje w zasadzie cztery możliwe tryby rozgrywki. Możemy grać solo, rywalizacyjnie (ten kto pierwszy pokona potwora wygrywa), kooperacyjnie (gracze współpracują aby pokonać silniejszą wersję maszkary) lub drużynowo. To niewątpliwy atut. Udało mi się do tej pory sprawdzić tryby: solo, rywalizacyjny i drużynowy i każdy sprawdził się dobrze. Nie jest to marketingowy chwyt, a faktyczny szeroki wachlarz możliwości.

Reasumując: mamy kolejną, bardzo dobrą grę Jasona Hilla. Która jest w wielu elementach podobna do swej starszej siostry LNoE, jednak wprowadza klika nowatorskich rozwiązań.

Dodając łyżkę dziegciu do tej beczki miodu muszę napisać o nienajlepiej napisanej instrukcji i sporym downtime, występującym zwłaszcza przy większej ilości graczy w trybie rywalizacyjnym. Minus dla producenta również za nierzetelność. Produkowana w Chinach gra nie jest wolna od błędów, ponieważ pakowana była najprawdopodobniej również przez nieanglojęzyczne osoby. W moim egzemplarzu karty sług jednego z potworów występują podwójnie, natomiast karty innego brak. Jak donoszą użytkownicy BGG w wielu egzemplarzach trafiają się tego typu kwiatki. Latająca Żaba ponoć szybko reaguje i dosyła brakujące elementy. Ja, póki co, czekam.

Trzeba też jasno powiedzieć, że AToE nie jest grą dla wszystkich. Jeśli jesteś eurograczem z dziada pradziada, twoi geek buddies wołają na ciebie per „kalkulator”, twoje ulubione gry to Caylus i Agricola, a widok kostki budzi w tobie lęk, raczej nie próbuj AToE. Prawdopodobnie ci się nie spodoba. Nie graj u kolegi, spal mu jego egzemplarz, wydawcy odradź reedycję i wróć do optymalizacji kolejnego ruchu w ciężkiej eurogrze, która daje ci satysfakcję.

Jeśli powyższe przypadłości nie występują, zdecydowanie zagraj u kolegi. Natomiast jeśli podobało ci się LNoE, jesteś fanem gatunku, lub szukasz klimatycznej gry która dobrze działa zarówno w trybie kooperacji jak i rywalizacji, śmiało kupuj AToE w ciemno! Zły dotyk na pewno sprawi ci wiele przyjemności!

7 komentarzy

  1. ja w piątek grałem dwa razy w trybie rywalizacyjnym i mi się bardzo przyjemnie grało. imho lepsze niż LNoE. zagrałem u kolegi ale raczej nie kupię bo po co jak kolega ma i zawsze można pograć? :)

  2. Fajna i rzeczowa recenzja. Choć te nawiązania do kampanii przeciw pedofilii chyba nie koniecznie potrzebne.

  3. Don Simon

    Filip – swietny tekst. Czekamy na wiecej!

  4. Jarku. Niekoniecznie potrzebne ale pierwsza zasada pisania do netu brzmi: Masz ok. 1,5 sek na przyciągnięcie uwagi czytelnika tytułem i leadem swojego tekstu. W tym momencie rzeczowość i tematyka nie mają (jeszcze) absolutnie nic do rzeczy. Jeśli coś zaintryguje go na tyle że kliknie tekst i zacznie go czytać to odniosłeś sukces i dalej zadecydują już walory merytoryczne twojego tekstu.
    Dlatego właśnie zawsze staram się znaleźć jakiś koncept na oryginalne rozpoczęcie tekstu. Zwykle jest to gra słów.

    Don Simon: dzięki!

  5. Filip, ja wiem, że trzeba umieć rzucić haczyk. Ale mi się nie specjalnie podoba to nawiązanie ze złym dotykiem. Nie wiem, kwestia gustu. Ale tekst naprawdę dobrze się czytało :-)

  6. A ja mam dość dziwne pytanko. Wiem, że komentarze nie są zbyt dobrym miejscem po temu ale jednak zaryzykuję. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaki rodzaj muzyki znajduje się na dołączonym soundtracku? Jeżeli nie jesteście w stanie tego ocenić to może znacie miejsce gdzie ktoś się tego podjął? Chodzi mi głownie o to czy da się tego słuchać i czy to jest tylko muzyka pod gotycki horror czy też są fragmenty pasujące do klimatu XIX wieku? Pisałem, że to będzie dziwne pytanie. ;)

  7. Muzyka z AToE jest, jak to napisał ktoś na BGG, „too MIDI to listen”. Generalnie niska jakosć, z gotykiem ma wspólną chyba tylko kolorystykę na okładce. Raczej nie polecam.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*