Home / Rzut okiem / Gry rodzinne / Show Manager – show business po niemiecku

Show Manager – show business po niemiecku

Dirk Henn jest autorem wszechstronnym – robi gry świetne (Shogun), średnie (Alhambra) i denne (Colonia). W związku z tym jego nazwisko na pudełku nie jest dla mnie specjalnym magnesem i siadając do stołu nie wiedziałem, czy znowu będę musiał dopisać do rachunku Dirka następne zmarnowane godziny. Uprzedzając fakty już teraz powiem – powtórki z historii z Colonią nie ma i Show Manager nie będzie źródłem kolejnego paszkwila na Games Fanatic.

Jak sam tytuł mówi wcielamy się w pana kierownika, który konkurując z resztą teatralnych hien i zatrudniając zmanierowane „gwiazdy” będzie próbował nieść kaganek kultury w kilku słynnych miastach. Już pierwsze zerknięcie na zawartość pudełka mówi nam jak niewdzięczna to robota. Obrzydliwa plansza, cała plejada karykaturalnych kart z aktorami (wszyscy nadają się tylko do ról „charakterystycznych”), banknoty i kafelki, po których będziemy mazać plastikowym białym flamastrem z piórnika pierwszaka – wierzcie mi, że najprzyjemniejszym elementem na stole będzie szklanka z piwem (o ile macie szczęście grać w klubie) lub sokiem (pechowa reszta). I o ile po chwilowym szoku karykatury rzeczywistych postaci przestaną Wam przeszkadzać, to plansza i flamaster będą straszyły do końca rozgrywki.

Mechanika jest prosta, ale niebanalna i mimo posiadania dosyć oklepanego rdzenia (zbieranie układów kart) daje miejsce na interesujące decyzje. Sercem gry są karty aktorów, które gromadzimy, by móc wystawiać sztuki. Pojawiają się na torze na górze planszy– im dalej na prawo tym mniejsza gaża i po ruchu gracza przesuwamy karty zapełniając puste miejsce i dobierając nowe. Każdy aktor ma określone możliwości aktorskie i może zostać wykorzystany tylko w wybranych rolach w niektórych przedstawieniach, dając przy tym konkretną liczbę punktów (tudzież bardziej klimatycznie – w wymierny i konkretny sposób przyciągając daną liczbę widzów). Niektórzy aktorzy są mniej wszechstronni, ale za to bardzo sławni, inni cieszą się mniejszą estymą, ale są bardziej uniwersalni. Do tego mamy jeszcze zapchajdziury-statystów, którzy na wszystko się godzą, ale splendoru nie dodają (to i tak lepiej, niż w polskim kinie).

Po zebraniu całej obsady możemy (lub musimy – każda sztuka ma ograniczenie liczby kart na ręcę, które możemy mieć zanim ją wystawimy – np. żeby wystawić„żółtą” Rats możemy mieć najwyżej 5 kart) wystawić przedstawienie – sumujemy punkty za aktorów, dodajemy bonus za sztukę (jeśli wszystkie role obsadziliśmy odpowiednimi aktorami i/lub statystami) i jedziemy do jednego z miast. Każde może przyjąć jeden typ show, więc pierwsza premiera ustali repertuar w danym mieście. Wystawiane sztuki będą szeregowane zgodnie z ich atrakcyjnością dając na koniec gry wypisaną na planszy liczbę punktów. Każde miasto inaczej punktuje, stąd niektóre sztuki będą bardziej, a inne mniej „ważne” w zależności od ich umiejscowienia. Gdy wszystkie pola planszy zostaną zapełnione gra się kończy i wyłaniamy zwycięzcę.

Dodatkową istotną kwestią, o której trzeba wspomnieć są pieniądze. Zaczynamy ze skromnymi funduszami i…nic więcej nie zarabiamy. Jedyną możliwością zdobycia kasy są „pożyczki” na konto wystawionych sztuk. Każdy tysiąc, który pożyczymy (maksymalnie 10 ) zmniejsza jej atrakcyjność, co może (i zapewne tak będzie) zepchnąć nas na niższe miejsce w mieście. Tutaj kryje się cały geniusz i wyjątkowość tej gry. Decyzja kiedy, ile i na jaką sztukę wziąć pożyczkę jest niezmiernie istotna i będzie decydowała o sukcesie lub porażce. Idealnie, gdy uda nam się wystawić atrakcyjne przedstawienie, z dużą przewagą nad drugim miejscem – wtedy nawet maksymalnie je wyciskając będziemy mieli zapewnione punkty. Ale do takiej sytuacji dochodzi niezmiernie rzadko – zwykle trzeba decydować, które miasto i jak bardzo „poświęcić”, dając przeciwnikom szansę na łatwiejsze uzyskanie dobrego wyniku. Jak istotny to element niech zaświadczy fakt, iż w naszej partii przy podliczaniu punktów okazało się, że gdyby jeden z graczy wziął jedną z pożyczek mniejszą o zaledwie tysiąc, zająłby pierwsze, a nie czwarte miejsce. Oczywiście podejmując te decyzje nie znamy efektu końcowego, więc to takie trochę sztuczne dywagowanie, tym niemniej ten element jest rozwiązany rewelacyjnie.

Rozgrywka ma dobre tempo – ruch gracza to wzięcie karty lub wystawienie sztuki plus ewentualna pożyczka. Chwilę dłużej trzeba pomyśleć, gdy gracz przed nami akurat wymienił dostępne karty, ale dłuższych przestojów praktycznie nie ma. W końcowej fazie zaczyna się większe móżdżenie – decyzja o pożyczkach, kalkulowanie atrakcyjności przedstawień, częstsze czyszczenie kart – ale nie jest to nużące – ot po prostu kulminacyjny moment rozgrywki.

Wady? O wykonaniu już mówiłem. Kolejnym może być delikatna losowość – zagrane karty wypadają z gry, więc złapanie tych najbardziej punktowanych może sprawić, że atrakcyjne przedstawienie będzie w późniejszej fazie ciężko przebić i po prostu ciułamy śmieci starając się wyskrobać co się da. Do tego nasz wynik może być w jakimś stopniu podatny na zagrania poprzedzających nas graczy – jeśli jesteśmy w połowie zbierania układu do konkretnego przedstawienia, a sąsiad zaczyna wybierać wszystkie potrzebne nam karty to nie będzie czasu (limit kart na ręce) na plan awaryjny. Ale ten zarzut trzeba zweryfikować w kolejnych partiach. Podobnie jak skalowalność – na 5 graczy wszystko działa bez zarzutu i wydaje się, że będzie działać również przy 6 i 4 (wolne kafelki zapełniają boty posiadające konkretne, ustalone z góry wartości przedstawień). Dwu- i może również trzyosobowa partia może być tylko zabiegiem marketingowym (całe napięcie i rywalizacja będą wtedy mocno ograniczone), ale tego nie byłem w stanie zweryfikować.

Czy zagrać? Zdecydowanie! Zapewnijcie sobie odpowiednie doznania estetyczne obstawiając się wypełnionymi szklankami i/lub atrakcyjnymi współgraczami i na pewno nie będziecie żałować – zwłaszcza, że partia nie powinna wam zająć więcej, niż 90-100 minut.

Czy kupić? Hmm – nie wiem. Przy większym, euro-drewnianym gronie powinna się sprawdzić jako jedna z lżejszych (ale raczej nie rodzinnych!) pozycji. Do grania w mniejszej grupie, lub mając ograniczony budżet – wolałbym wybrać coś innego. Ale na pewno nie Colonie

7 komentarzy

  1. Avatar

    Jako iż uczestniczyłem w recenzenckiej partii – popieram autora :)

  2. Veridiana

    Ja tylko poprawię Szymona, że Hennowi zdarzyła się gra świetna (Shogun) i był to taki twist in sobriety, bo reszta to same słabizny lub wręcz gnioty z Alhambrą i Metro na czele. Ale dodam, że w Colonię nie grałam ;)

  3. melee

    więcej foto! chociaż komponenty i tę brzydką planszę :p

  4. stalker

    A BGG od czego? :) uprzedzam tylko, że w galerii są zdjęcia z nowego (bieżącego wydania), dość paskudne i z pierwszego, sprzed 10 lat, MEGA paskudne i odpychające. Tak czy owak, gra mnie wizualnie odrzuca :D

  5. Don Simon

    Zapomniałem robić zdjęcia podczas gry. Więc trzeba na BGG poklikac ;).

    Tytus – Ty masz więcej partii na koncie – gra nie traci uroku?

  6. Avatar

    Nie żeby mnie gra jakoś zainteresowała, ale muszę przyznać, że bardzo dobrze mi się czytało. Szymon potrafi fajnie i solidnie pisać, a jego wstępy to czasami istne perełki wypolerowane do uzyskania idealnego blasku. Brawo!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Patronat GF: Nanty Narking, czyli Pratchett bez Pratchetta

- Drodzy parafianie - zwrócił się pewnej niedzieli wikary do swojej trzódki  - Czy wiecie, o czym będzie dzisiejsze kazanie? - Tak! - odpowiedzieli chórem parafianie. - No to po co będę wam mówił?