Home / Artykuły / Felietony / Lubię nie umieć – rozkminka Inka

Lubię nie umieć – rozkminka Inka

Od kiedy bardziej świadomie zacząłem patrzeć na swoje planszowe preferencje, doskonale zdaję sobie sprawę, że jestem eksploratorem. Nie raz przyznawałem się do tego, że największą przyjemność sprawia mi poznawanie nowych tytułów, nieznanych mechanik, świeżych oryginalnych pomysłów. Nigdy natomiast nie byłem typem gracza, który czuje potrzebę dążenia do mistrzostwa w danej grze, poznania jej na wylot i rywalizacji na najwyższym poziomie.

Teraz, kiedy możliwość normalnego spotykania się nad planszą przestała dla mnie istnieć, równocześnie zostałem w znacznym stopniu odcięty od możliwości poznawania nowości. Nie siądę do świeżej gry, którą na spotkanie przynieśli koledzy, nie wezmę najnowszego hitu do recenzji, bo nie będę miał jak go przetestować. Nawet jeśli coś kupię, to póki co po to, żeby pooglądać sobie komponenty.

Siłą rzeczy sto procent mojego grania przeniosło się do internetu. A w internecie pula gier, w które można zagrać jest jednak ograniczona. Wiem, że istnieją wynalazki w rodzaju Tabletopii i Tabletop Simulatora, dające dużo większe spektrum możliwości, ale nie jestem w stanie się do nich przekonać – szczególnie, że grywam wyłącznie w trybie turowym. Z gier, które da się zagrać online, asynchronicznie, na stronkach, już dawno przetestowałem większość tytułów, które jakkolwiek mnie zainteresowały – wszak pisałem, że lubię eksplorować.

Wracając więc ponownie do gier, które już kiedyś poznałem, a które teraz pozostają moją jedyną opcją, zacząłem obserwować, jakiego klucza używam przy ich wyborze. Bo online wybiera się jednak trochę inaczej, szczególnie grając tak jak ja, turowo, asynchronicznie. Przy wszystkich ograniczeniach i niedogodnościach takiej formy grania ma ono pewne zalety. Nie ma limitu czasu, jak w przypadku spotkania na żywo. Nie trzeba kalkulować: „mamy trzy godziny, co zdążymy zagrać?”. Nie ma marnowania czasu na setup i składanie, rzadziej też spędza się go na wertowaniu instrukcji – komputer przypilnuje, komputer rozstrzygnie.

Kiedy zakończy się partię, można natychmiast rozpocząć następną, niezależnie od tego, czy jest pierwsza w dzień, czy pierwsza w nocy. Szczególnie, kiedy wszyscy już poznali zasady, koszt decyzji „to zagrajmy rewanż” jest praktycznie zerowy.

A jednak – a jednak nadal po jednej czy dwóch partiach mam przeważnie chęć zagrać w coś innego. I tu nie do końca chodzi o moją manię eksplorowania nowości, bo to „coś innego” to również będzie gra, którą już znam. Nowości pojawiają się online stosunkowo rzadko. Nie chodzi też wyłącznie o urozmaicenie, bo zauważyłem, że im słabiej grę pamiętam, tym chętniej przywołam ją ponownie na wirtualny stół. Pewnie znów będę musiał czytać instrukcję, bo poprzednia partia miała miejsce rok albo trzy lata temu. Pewnie znów będę grał po omacku i popełniał błędy początkującego, bo z optymalnych strategii pozostało w głowie jeszcze mniej, niż z zasad.

I tu doszedłem właśnie do wniosku, że dokładnie to błądzenie po omacku jest czynnikiem, który sprawia mi ogromną przyjemność. Właśnie ten stan, w którym nie wiem, jak gra może się potoczyć i czy moje działania na pewno będą miały taki skutek, jak mi się wydaje. Stan usprawiedliwionej niewiedzy, szczerych zaskoczeń i nieskrępowanych badań. Stan, który da się osiągnąć wyłącznie grając po raz pierwszy… albo pozwalając sobie zapomnieć to, co się wie, i ponownie ruszając na nieznane wody, o których pamiętam jedynie tyle, że było na nich ciekawie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Matematyka w grach – Problem podziału nagrody

Jednym z efektów pandemii zbrodniczego koronawirusa była konieczność przerwania różnych rozgrywek sportowych. Problemem w takich sytuacjach bywa często to, jak podzielić przyznawaną za zwycięstwo nagrodę. Nie jest to zagadnienie nowe, bo po raz pierwszy zostało opisane już ponad 500 lat temu, gdy epidemie były częstsze, a ich skutki znacznie bardziej dotkliwe.