Kolejny rok, kolejny Knizia
Czasy się zmieniają, wydawnictwa upadają, a liczba wydawanych rocznie gier znacznie przekracza czyjekolwiek możliwości poznawcze. Dobrze, że w tych ciągłych zmianach są pewne sprawy nieulegające zmianie. I tak, jak nie uwierzę, że Fantasy Flight Games nie zrobi kolejnej niepotrzebnej edycji swoich flagowych gier (patrzę na Ciebie, Horrorze w Arkham!), tak będę zaskoczony, jeśli w danym roku nie otrzymamy przynajmniej kilku tytułów od Reinera Knizii. Tym razem przyjrzymy się temu, jak prezentuje się gra Rafa (oryg. Blooming Sea). Kultowy niemiecki projektant miał na przestrzeni lat swoje wzloty i upadki, ale trzeba przyznać, że po otrzymaniu nagrody Spiel des Jahres za Nową Ziemię, zyskał szansę, by odzyskać renomę twórcy potrafiącego tchnąć jeszcze jakąś świeżość w swoje projekty. Niestety, bywają też gry przypominające, że ten wybitny doktor wśród planszówkowych designerów ma sporą tendencję do recyklingu dawnych pomysłów. Właśnie w tej puli znaleźć możemy Rafę.

Uroda to nie wszystko, ale na pewno pomaga
Zaczynając swoją przygodę z planszówkami, pamiętam spotkania w klubie, na które zawsze przynoszony był Geniusz. Była to jedna z tych gier, o których mówiło się, że choć nie jest za ładna, to da się przy niej dobrze bawić. Jako że dla mnie szata graficzna jest elementem przyciągającym do gry, partii w Geniusza odmawiałem, choć po dwóch rozgrywkach rozumiałem już, dlaczego – mimo upływu czasu – wciąż jest dodrukowywany. W przeciwieństwie do swojego quasi-pierwowzoru, Rafa to gra o bardzo ładnej oprawie wizualnej. Pastelowość barw sprawia, że nie jest to kolejna pozycja atakująca gracza przejaskrawionymi kolorami. Jeśli lubicie kafelki o bardziej matowych fakturach, doskonale zrozumiecie to porównanie. Rzutuje to co prawda czasem na czytelność rozgrywki, ale generalnie warstwę graficzną trzeba uznać za dużą zaletę tej gry. Pionki rybek są bardzo ładne, a całość po prostu przyciąga wzrok. Rafa ma na pewno ten urokliwy, wodny temat, który z łatwością potrafi zachęcić nowicjuszy do pierwszej partii. Usiądźmy jednak do samej rozgrywki.

Stare mechaniki w nowych szatach
Nie bez powodu we wstępie zwróciłem uwagę na Geniusza. Choć Rafa nie jest jego dokładnym reskinem, to w procesie układania naszych koralowców możemy zaobserwować zasadnicze podobieństwa. Całość opiera się na kultowym systemie Knizii („dobierz i zagraj”), a w tym przypadku operować będziemy trójkątnymi kafelkami przedstawiającymi koralowce w odpowiednich kolorach. Punktują one w dwójnasób: punkty otrzymujemy za zbudowanie jak najdłuższego ciągu rafy (punktujemy od razu za wszystkie rafy, które wydłużyliśmy naszym kafelkiem) oraz za ryby, poprzez osaczenie ich koralowcami w naszym kolorze. W ten sposób bawimy się aż do zapełnienia planszy lub wyczerpania stosu kafelków. Pojedyncza partia rzadko przekracza pół godziny. Gra jest dynamiczna i na szczęście absolutnie nie przedłuża swojego pobytu na stole

Kafelkowa frustracja i brak kontroli
Uwielbiam gry kafelkowe. „Wychowałem się” na Carcassonne i Patchworku, a obecnie jestem wielkim orędownikiem proponowania Kaskadii jako idealnego, współczesnego gatewaya dla początkujących w naszym hobby. Nie mogę jednak odnaleźć tej samej frajdy, gdy gram w Rafę. Zasadniczym problemem tego tytułu jest dla mnie losowość. Wyniki punktowe są całkowicie uzależnione od dociągu. Ograniczenie ręki do zaledwie jednego kafelka sprawia, że jesteśmy zdani wyłącznie na to, co akurat uśmiechnie się do nas ze stosu. Jest to bardzo frustrujące – często zdarza się, że punktujemy słabo tylko i wyłącznie przez brak sensownego miejsca do dołożenia jedynego elementu, jaki posiadamy. W efekcie po prostu „tracimy tury” przez drastycznie zawężone pole manewru. Potrafię sobie wyobrazić całe partie, w których nieustannie dochodzi do tego typu sytuacji. Jest to nomen omen mocne spłycenie mechaniki. Często jedyne, co nam zostaje, to wpatrywanie się w planszę w poszukiwaniu jakiegokolwiek optymalnego zagrania, co w konsekwencji nierzadko wywołuje niepotrzebny paraliż decyzyjny lub, co gorsza, całkowitą obojętność. Wybaczcie, ale od planszówki oczekuję realnego wpływu na realizowaną strategię i zdobywane punkty. W Rafie czuję się jedynie biernym „dokładaczem”.

Strategia, a może tylko taktyka?
Taki rdzeń rozgrywki sprawia, że również walka o „zdobywanie ryb” (polecam grać wyłącznie z tym wariantem, a omijać tryb uproszczony) jest mocno uzależniona od ślepego trafu, a nie od naszego planowania. Zdarzały mi się sytuacje, w których przez kilka tur z rzędu nie dobrałem żadnego kafelka z własnym kolorem, przez co skuteczne walczenie o ryby stawało się po prostu niemożliwe. Zamiast realizować swoje cele, bawiłem się więc w przeszkadzanie innym lub po prostu ciułanie pojedynczych punktów. Z moich obserwacji wynika zresztą, że to ciułanie nie jest bezcelowe, bo układanie kafelków specjalnie „pod rybki” wcale nie jest aż tak lukratywne. Zwykła rozbudowa raf często bywa bardziej opłacalna punktowo, a przy tym nie wymaga tak dużego przygotowania gruntu. To kolejny powód, przez który uważam, że Rafa to gra nastawiona na proste wykorzystywanie bieżącej sytuacji, a nie na strategiczne, dalekosiężne planowanie. Gramy tak, jak przyniesie los. Zastanawiam się wręcz czasem, czy świadomy gracz jest tu w ogóle do czegokolwiek potrzebny. Zamiast angażującej strategii i (ha ha) głębi decyzji, gracze doświadczają zazwyczaj mało ekscytującego rzucania na stół kafelków z dozą okazjonalnego blokowania rywali.

Krótki żywot uroczej wydmuszki
Żeby nie było jednak, że wyłącznie krytykuję – pomysł, który stoi za Rafą, ma w swoich założeniach rację bytu. Szkopuł polega na tym, że w ostatecznym rozrachunku tytuł ten przegrywa ze zbyt liczną konkurencją. Pod względem samego gameplayu ustępuje miejsca znacznie lepszemu Geniuszowi. W kategorii gier o morskiej faunie przegrywa choćby z udanym Shallow Sea. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie kategorię „ładnych gier ze sklepu”, to wciąż może nie wyjść zwycięsko ze starcia z wieloma nowymi hitami. Niemniej na pewno znajdą się osoby, którym Rafa sprawi frajdę. Jej docelową grupą są bowiem rodziny, w tym te z młodszymi dziećmi. Rodzic może do niej na spokojnie usiąść i grać, nie będąc przy tym przesadnie skupionym. Tyle tylko, że takie ujęcie rozgrywki mocno zbliża nas w kierunku gier typu Węże i Drabiny. Dla pewnej najmłodszej grupy wiekowej i grających wyłącznie rekreacyjnie rodzin, jest to w pełni akceptowalna, lekka pozycja.

Dla mnie Rafa to niestety pomysł przestrzelony. To leciutki filler, który w przedsprzedaży kosztuje mimo wszystko ponad sto złotych. Dostaniecie ładną, ale stricte rodzinną wydmuszkę, a te pieniądze można moim zdaniem spożytkować znacznie lepiej. Ja o tej grze zapomnę prawdopodobnie dość szybko. Projektanckie gafy zdarzają się każdemu, więc jeśli koniecznie szukacie dobrego, szybkiego fillera od wydawnictwa Red Square Games, to sprawdźcie lepiej Orbitę. Tam wszystko śmigakręci się dokładnie tak, jak trzeba!

Rafa
Zalety:
+ prosta rozgrywka
+ czytelna punktacja
+ szata graficzna
Wady:
– losowość rozgrywki
– płytka złożoność
– droga jak na fillerka
– skalowanie (w dwie osoby jest dość „łyso”)
Dziękujemy firmie Red Square Games za przekazanie gry do recenzji.
Ogólna ocena
(5/10):









Złożoność gry
(3/10):









Oprawa wizualna
(7/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Ot, nie mogę powiedzieć, że gra jest zła, ale też nie znajduje w niej niczego takiego, co skłoniłoby mnie, żeby ją polecać, czyli totalny przeciętniak. Sporo istotnych wad wpływających na grywalność. Odczuwalne zalety powodują jednak, że osoby będące fanami gatunku – mogą znaleźć w niej coś dla siebie.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony


