Opera Magna od Ludus Magnus Studio.
Niemal każdy z nas marzy o tym, by pozostawić po sobie coś wielkiego. A przynajmniej: większego od nas samych. Założyć rodzinę, zbudować dom, posadzić drzewo, albo chociaż pospłacać kredyty. Opera Magna zaprasza nas, by drogą doskonalenia rzemiosła i ciężkiej pracy podjąć się czegoś znamienitego: wzniesienia majestatycznej budowli.
Być może na koniec rozgrywki nie postawimy pod tą budowlą nawet lichego rusztowania.
Ale cholera jasna, będziemy kochać każdą kroplę potu uronioną po drodze.
Wielkie sprawy małych ludzi
Kontrakt jest prosty: stawiamy Operę. Wielką Operę, przez duże „O”, z łukami, wysokim sklepieniem i wieloma rzeźbami.
Do konkursu stają: szklarz, murarz, stolarz i kowal. Cztery warsztaty, jeden cel – niech wygra najlepszy!
Opera Magna to, i sam wzdycham, gdy to mówię, gra euro dla 1 do 4 graczy, w której będziemy pozyskiwać i uszlachetniać zasoby, by budować. Budować Operę i budować, nieco na boku, pomniejsze konstrukcje, dzięki którym jeszcze bardziej podszkolimy się w swoim fachu. Brzmi sucho i mało emocjonująco? Nic bardziej mylnego!
To gra o zasobach, owszem, ale jej centralny twist – sposób ich nabywania – jest dziełem nie mniejszym, niż wspomniana wyżej Opera. Napocimy się, namóżdżymy, nafrustrujemy, ale będą to męki, do których z własnej woli zechcemy wrócić.
Och… cudne męki przed nami! Chodźcie, oprowadzę Was po tym piekiełku!
Cieśla, murarz i kowal wchodzą do baru…
Po dość zawiłym setupie z jedenastoma typami kart (sic!) i całym naręczem żetonów, oczom naszym ukażą się trzy miasta i troje naszych Kupców.
A to właśnie tu, na tych dwuczęściowych pocztówkach z pięknych miast, kryją się dwa największe twisty Opera Magna. I powody, dla których uważam, że dobór tytułu jest absolutnie trafiony.
Po pierwsze: Kupcy konkurencji nie interesują nas niemal wcale! Najbardziej przeszkadzać będziemy sami sobie. W swojej turze musimy przemieścić dowolnego Kupca na dowolne pole. ALE. Dwaj nasi Kupcy nigdy nie mogą spotkać się na tej samej połowie miasta. Nie będzie więc korzystania z tego samego pola dwie tury z rzędu, ani innych podłych taktyk tego typu. A uwierzcie mi – baaaardzo często chcielibyśmy to zrobić z różnych przyczyn.
Główną jest to, co po drugie – czyli system barterowy.
Och… zacznijmy dla niego nowy akapit!
Płać, by grać
Będziemy się poruszać między miastami by płacić (szare pola na kartach) za otrzymane towary (białe pola na kartach) – prosta transakcja.
Jednak w zależności od tego, czy staniemy na polu kosztów, czy na polu zysków, wymienimy jedną z trzech kart na własną, z ręki. Nie mamy tu zupełnej wolności – skrajna karta spada, pozostałe się przesuwają, nasza wchodzi. Ale to i tak bardzo, bardzo podniecający system, który – pomijając pierwsze rundy – nie daje nam nigdy łatwych wyborów.
Karty na ręce stają się z rundy na rundę silniejsze, ale niestety po obu stronach. Tańczymy więc w nierównym rytmie przygrywającej z dali operetki, próbując okiełznać zasobowy żywioł, balansując księgi na wejściu i wyjściu, w miarę jak pozwala nasz nam skromny warsztat. I och, jakie słodkie to będą piruety!
Bo ta planszetka przed nami to w istocie centrum naszego rzemiosła. I może tego nie widać od razu, ale gdzieś pomiędzy towarowym przeciąganiem liny, produkcją dóbr surowych i późniejszym ich uszlachetnianiem, stajemy się mistrzami swego fachu. Każde wyprodukowane dobro, o ile jego znacznik znajduje się zaraz za białym znacznikiem, podnosi jakość naszego produktu. I tak, krok za krokiem, osiągamy kolejne poziomy wtajemniczenia i certyfikacji niezbędne, by wznosić naszą cudowną Operę Magna.
Dzień na placu budowy
Gdy już ochłoniemy z ekscytacji tym mechanizmem sprawdźmy, jak wygląda przykładowa tura w świecie Opera Magna.
Przesuwamy się do Antwerpii, zgarniając bonus z górnego pola – dodatkowe zasoby surowe. Podmieniamy kartę kosztów, płacimy haracz, pobieramy surowce i dobra uszlachetnione. I przystępujemy do działania.
Szlachetne towary możemy przeznaczyć na budowę Opery – tyle, ile taczek w warsztacie odblokowaliśmy, no i tylko jeśli spełniamy wymogi certyfikatu. Jesteśmy pierwsi na danym polu Opery? Zgarniamy smaczny bonus i lecimy dalej.
Możemy wznosić budynki – zawsze mamy dwa na wyłączność. Po ukończeniu wsuwamy je pod nasz warsztat, odblokowując akcje uszlachetniające i taczki, zyskując też zniżki na opłaty w miastach (lewa strona) lub bonusy jednorazowe, pasywne wzmocnienia lub punkty na koniec.
Planujmy jednak z wyprzedzeniem – niewykorzystane dobra uszlachetnione na koniec tury degradują się do surowej postaci.
Ale i to może być benefitem, prawda?
Rzemieślnicza sałatka punktowa
Meritum jest takie – Opera Magna to popis nie tyle muzyczny, co akrobatyczny. Ruchomych części jest tu jak w szwajcarskim zegarku. A nie tylko musimy się w nich orientować, ale planować z wyprzedzeniem. Dużym wyprzedzeniem.
Wszystkie mechanizmy są ze sobą sprzęgnięte i wymagają mistrzowskiej synchronizacji. Łatwo się tu zakopać, nie zabezpieczając surowców do opłacenia kolejnej fazy zakupów. Owszem, można płacić obniżeniem jakości certyfikatu, a nawet punktami zwycięstwa, ale to jak pożyczanie szczęścia z jutra. To poważnie nagrzewa zwoje mózgowe, ale daje ogromną radość, gdy odpalamy soczyste combo, zyskując i produkując dokładnie to, czego potrzebujemy do budowy, zostawiając jeszcze zapas, by wysłać go do Opery.
Gra podsuwa kilka pomysłów na dramatyczne wyskoki do przodu. Zniżki na opłaty kumulują się, pasywne wzmocnienia do certyfikatów pozwalają szybciej zapełniać lukratywne pola Opery, a druga i trzecia taczka zwiększają naszą wydajność, bo przecież czas jest tu ograniczony. I po pierwszej niemrawej trochę rundzie, każda kolejna jest jak śnieżna kula, rozdmuchująca nasz rzemieślniczy piec czy dłuto do rozmiarów niemalże teatralnych. A przynajmniej operowych.
Salata Magna
Pierwszym wrażeniem, gdy już przestaniemy bić pokłon mistrzowskiej mechanice zakupu dóbr, jest wrażenie dobrobytu, a może nawet: barokowego przesytu.
Punkty lecą bowiem z każdej strony. Za budynki, za Operę, za karty, za certyfikaty, za niewykorzystane towary na budynkach, za zapełnione pola warsztatu. Jakby tego było nam mało, punkty dostaniemy też za każdego gracza, który do Opery wysłał mniej towarów, niż my – bo czemu nie?
Przy tak dużej liczbie zmiennych i tak dużej rotacji wszystkiego w grze, mnogość źródeł punktów może cieszyć. To znaczy, że możemy sprawdzić naprawdę wiele strategii i niemal każda ma szansę być zwycięską! Można iść wszerz, budując po min. jednym budynku w każdym polu warsztatu, albo budować szybciej i więcej tańszych budowli, olewając 10-punktowy bonus. Można iść w akcje zwiększające naszą wydajność zakupową, albo te mnożące nam punkty na koniec. Możemy spamować Operę zasobami i/lub boostować certyfikaty i mnożniki punktów za nie.
Pewnie i tak zrobimy po trochu z wszystkiego.
I to też będzie fajne.
Miejscami niestety siada tu balans benefitów. Bo jak równać dwa zasoby surowe z potencjalnie 6 punktami na koniec (gdzie średni wynik to ok. 60-80 pkt)? Wyższe pola Opery pozwolą nam np. ukończyć od ręki budynek, zrównać najsłabszy Certyfikat z najsilniejszym albo… dołożyć sobie trzeci budynek – i już do końca gry wznosić nie dwa, a trzy na raz. Szczególnie widowiskowa jest tu możliwość usunięcia dwóch Kupców i dokończenia gry jednym. To przepotężna moc, która w sumie wypacza centralną mechanikę i źródło dylematów w grze, pozwalając graczowi nigdy już nie blokować się podczas wyboru miasta. I nic, moim zdaniem, nie może się z tą mocą równać.
Rzemieślnicza Magna Carta
Pomijając jednak ten nieco wywrotowy aspekt gry, uważam nadal, że – uwaga, idzie grube – jest to jedna z najciekawszych gier euro ostatnich lat.
I mówię to jako miłośnik euro w klasyczniejszym, nieco mniej nasterydowanym rozumieniu.
Opera Magna to gra o relatywnie – „relatywnie” – przystępnych zasadach, gdzie diabeł tkwi nie w mnogości zasad, a w mnogości możliwości. I ikon. Flow rundy – przesuń Kupca, zapłać, odbierz, wydaj, uzupełnij karty – to poziom gateway. Natomiast to, ile rzeczy de facto możemy tu zrobić i w ilu kierunkach zmierzać – to już mini zawrót głowy. Zupełnie, jakbyśmy za długo wpatrywali się w wysoki, piękny budynek, stojąc niemal u jego stóp.
System napędzający całą grę jest niesamowity, bo przyciska nas do muru, zmuszając do wysokociśnieniowej gimnastyki. Brutalny w swej prostocie i niosący dziesiątki trudnych decyzji. Każda tura to próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości, wciąż zmienianej przez ruchy przeciwników. Komuś może przeszkadzać ten skręt w stronę taktyki, raczej niż strategii. Ale dla takiego roztrzepańca jak ja… jest to chłodny okład na spocone od przeciążenia czoło. Lubię, wręcz szalenie lubię ten vibe, bo czuję, że wciąż jestem „włączony”, bez downtime’u, bez nudy i bez poczucia, że są sytuacje bez wyjścia.
Jest jedna operacyjna łyżka dziegciu w tej baryłce miodu – gra jest „fiddly”. jeśli chodzi o operowanie kartami. Usuwanie, przesuwanie, wsuwanie pod planszetkami miast. Dodawanie kart pod nasz warsztat. Wędrujące karty pod planszetką z punktami. Dziewięć stosików pod planszetką Opery. Wciąż obracamy tu kartami, które są wszędzie, napędzają każdy mechanizm i niestety nie mają ani wygodnego, ani estetycznie powabnego miejsca. Te pod miastami rzadko leżą równo, te pod warsztatem tym bardziej. Na drewnianym czy szklanym stole to jest festiwal skrobania paznokciami – z playmatą sytuacja się poprawia, ale wciąż zostaje wrażenie, że można było te pięć planszetek złączyć w jedną, imponującą planszę i ogarnąć ten wizualny miszmasz. W końcu mamy tu jedną grę, a nie letni obóz dla pięciu mini-gierek!
W sumie to sam jestem jakby śpiewakiem operowym…
Trochę już mnie gardło pobolewa od śpiewania tych peanów na cześć Opera Magna, ale ostatnio rzadko kiedy byłem tak podekscytowany grą, że zawiesiłem na parę spotkań kampanię Horror w Arkham, by wracać do Opery.
Twórcy trafili tu idealnie z balansem między ciężkością zasad a bogactwem późniejszych możliwości. Gra pozostaje w ciągłym ruchu, wyraźnie reaguje na ludzkie błędy – gdy sami się blokujemy nieroztropnie rozstawiając Kupców lub grupowo blokujemy się nawzajem, czyniąc jedno miasto niemożliwie drogim – i nie szczędzi graczom okruszków chleba, po których mogą dotrzeć do upragnionych punktów.
Owszem, sporo tu wachlowania kartami, sporo tu skomplikowanych piktogramów, od których można dostać oczopląsu, a grafiki, choć ładne, to są niebezpiecznie blisko „AI-generated”. Ale pod tymi logistycznymi wiórami kryje się piękny, planszowy mebel: wykonany ręką wprawionego czeladnika, mistrza w swoim fachu. Wyrzeźbiono tu rzutkie, pełne życia mechanizmy, powodujące u graczy głód kolejnej tury i kolejnego zmyślnego ruchu. Ornamentacje, nawet jeśli znane nam z innych gier, są również wysmakowane i pięknie dopełniają całości. Oto jest gra intensywna, interaktywna, zacięta, a jednocześnie bogata i szczodra. Wita graczy z otwartymi drzwiami i zaprasza do stworzenia czegoś, co przetrwa próbę czasu.
Opera Magna przetrwa ją z dłutem w nosie.
Kampania gry na platformie Gamefound zaczyna się dziś – z bardzo krótką, bo niemal natychmiastową realizacją!
Zalety:
+ fascynujący mechanizm centralnego rynku surowców
+ równie ciekawy pomysł na kupiecki worker placement
+ fifny, tematyczny patent z rozwojem jakości naszego rzemiosła z każdym wyprodukowanym surowcem
+ mnóstwo źródeł punktów = mnóstwo pomysłów na wykucie swojej legendy w marmurze
+ lekka asymetria postaci dla smaku (zniżka na inny surowiec i inny rozkład akcji uszlachetniających)
Wady:
– wizualny rozgardiasz umniejsza wielkości gry
– suwanie i wsuwanie kart jest uporczywe i tylko zwiększa poczucie chaosu
– niektóre bonusy z Opery są zdecydowanie OP
– ostrzeżenie dla osób podatnych na paraliż decyzyjny – ta gra może być wyzwaniem!
Ogólna ocena
(8.5/10):









Złożoność gry
(6/10):









Oprawa wizualna
(6/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Bardzo dobry przedstawiciel swojego gatunku, godny polecania. Wady mało znaczące, nie przesłaniające mocno pozytywnego odbioru całości. Gra daje dużo satysfakcji.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony

























