Home / Recenzje / Gry rodzinne / Nullern czyli kolejne podejście do gier trick-taking

Nullern czyli kolejne podejście do gier trick-taking

pic1787427Niemieckie wydawnictwo o wdzięcznej nazwie Trzy króliki w zachodzącym słońcu (Drei Hasen in der Abendsonne) kontynuuje swoją linię małych gier karcianych. U nas już mogliście rok temu przeczytać o takich grach jak Bim Bamm czy Sonne und Mond. Zresztą obie ukazały się w polskich edycjach, wydane przez wydawnictwa Granna (Słońce i Księżyc) i FoxGames. Kto wie, być może Nullern również do nas trafi?

Tym razem mamy do czynienia z grą z gatunku trick-taking, czyli najczęściej chodzi o zagrywanie kart po to by zebrać jak najwięcej innych kart. W tym przypadku jest możliwość obstawiania ile dokładnie zostanie zebranych lew przez danego gracza. A także być może by nie było nudno, zmienną liczbę tur w poszczególnych rundach. Same karty to cztery talie od 1 do 20. Miłym akcentem jest dodanie kilkunastu rozpisek do notowania wyników gry. Gdy już ich zabraknie, można ściągnąć ze strony i samemu wydrukować kolejne egzemplarze.

Nie duże pudełko

Nie duże pudełko

Przed rozdaniem kart odkrywamy jedną z nich, która będzie wskazywać jaki kolor jest atutem w danej rundzie. Jeśli nikt nie zagra karty w tym kolorze, to po prostu patrzymy na liczby, kolor nie ma znaczenia. Jeśli jednak nawet ktoś zagrał 1 w kolorze atutu, to bije one wszystkie inne karty nawet 20. Gdy pierwszy gracz zagra kolor atutu, to jest jedyny przypadek, kiedy inny gracze muszą grać pod kolor, o ile oczywiście takie karty posiadają. Jak wspomniałem każda runda ma inną liczbę tur. W pierwszej rundzie jest 1 tura, w drugiej 2 tury, w trzeciej 3 itd. I tak dochodzimy do 10 tura, po czym zaczynamy schodzić w dół czyli przy 11 jest 9 tur, przy 12 osiem itd.

Kilka arkuszy do notowania punktów

Kilka arkuszy do notowania punktów

Po rozdaniu odpowiedniej liczby następuje proces obstawianie ile zostanie zebranych lew. Przy czym najbardziej opłacalne jest nie branie kart. Jeśli to się uda i tak obstawaliśmy to dostaniemy 20 punktów. W przypadku innej liczby zebranych lew, jeśli obstawimy prawidło to dostajemy 10 plus 1punkt za każdą lewą. Jeśli jednak się pomylimy, to dostajemy jedynie punkty za zebrane lewe oraz dostajemy „-„. Każdy taki minus na koniec gry oznacza odjęcie 5 punktów od naszego wyniku. Ten kto pierwszy obstawił najwyższą liczbę zebranych lew rozpoczyna właściwą rozgrywkę.

Co mnie zabolało

Podstawową wadą tej gry jest jej czas rozgrywki. Ja rozumiem, że Niemcy bardzo lubią gry karciane, na co znalazłem kolejny dowód czytając o południowo-wschodnich landach. Jest tam bowiem miasto Altenburg, które uznawane jest za stolicę światową skat, czyli znanej niemieckiej gry karcianej, gdzie można zobaczyć pomników waletów. Jednak już po pierwszej partii w Nullern powiedziałem zdecydowane nein danke. Bo oto partię 3 osobową graliśmy prawie godzinę. Nawet dla osób cierpliwych było to za dużo. Spokojnie można by skrócić grę o połowę. Być może wymagało by to zmian nieco w punktacji.

Cztery podstawowe kolory

Cztery podstawowe kolory

Druga wada to dwa małe niedopowiedzenia w instrukcji. Nie wpływają one znacząco na rozgrywkę, bo ona tak jest mocno losowa i nie ma co się bić o te kilka spraw, ale szkoda czasu na domyślanie się jak to powinno być. Brak jest informacji, czy i jak zmieniamy osobą rozdającą karty w poszczególnych rundach. Jest to o tyle ważne, że determinuje kolejność obstawiania liczby lew, którą zamierzamy wziąć. Najważniejsze niedopowiedzenie dotyczy jednak tego, jaka jest kolejność rozgrywania poszczególnych tur. Czy robimy to w kółka, czyli tak jak obstawiamy wcześniej czy też jak tradycja nakazuje, że kolejne turę rozpoczyna osoba, która zebrała karty w danej turze.

Tytułowe robaczki?

Tytułowe robaczki?

Trzecia wada to losowość. Oczywiście nie można się dziwić, bo w tego typu grach karcianych jest to rzecz normalna. Jednakże szczególnie przy rundach, gdzie zagrywamy 1, 2, lub 3 karty trudno w jaki kolwiek sposób oszacować jak silne mamy karty. Tym bardziej na początku gry. Z biegiem rund, możemy próbować wygrzebać w pamięci i dedukować, co już zeszło a co nie. Poza tym z biegiem rund zwiększa się liczba posiadanych kart co ten proces jeszcze ułatwia i wtedy rzeczywiście można coś tam próbować wnioskować, co jest zresztą bardzo dobrym pomysłem na budowanie napięcia. A już całkowitym kuriozum jest ostania 20 runda, gdzie najzwyczajniej w świecie strzelamy na ślepo. Dostajemy po jednej karcie i nie znając jej wartości mamy oszacować czy uda nam się wziąć lewą czy też nie. A 20 punktów piechotą nie chodzi, choć wyniki oscylują koło 200 punktów.

Talia gotowa do gry

Talia gotowa do gry

Z kim w to pogramy

To wszystko sprawia, że gra Nullern jest wybitnie grą do nie zobowiązującego pogrania z dzieciakami, ewentualnie z niedzielnymi graczami i to najlepiej nie tylko przy herbatce, ewentualnie herbatce z prądem. Tutaj po prostu bawimy się w radosne zagrywanie kart, bez jakiś taktycznych zagrań, bez napinana się na wygraną. Przy odpowiednim nastawieniu gra jest przyjemna, gdyż w każdej rundzie towarzyszy nam napięcie czy uda się nam spełnić nasze założenia czy też nie. Czasami słabe karty w naszym przekonaniu okazują się miazgą dla innych. Kiedy indziej, pewni siebie musimy przyjąć z pokorą przegraną, bo ktoś w ostatniej turze pomiesza nam szyki tylko po to byśmy nie spełnili naszych założeń. Oj ta gra czasami potrafi być wredna ale w sumie dzięki temu są emocje i gra może się podobać. Tym bardziej jak odpuścimy sobie ostatnią ślepą rundę i zagramy mniej rund np od 3 kart do 6 i potem w dół to moim zdaniem będzie to dobra gra karciana. I moja ocena dotyczy właśnie takiego wariantu.

Ogólna ocena (6/10):

Złożoność gry (3/10):

Oprawa wizualna (7/10):

Dziękujemy firmie Drei Hasen in der Abendsonne za przekazanie gry do recenzji.

One comment

  1. Avatar

    Ekhem… „Trzy króliki” :)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Minecraft: Builders & Bioms – czy to dobra gra czy tylko bubel na licencji?

Mikołajki już za chwile a Ty nie masz prezentu? Trzeba szybko coś wybrać. Tylko co, skoro dziecko głównie siedzi przed komputerem i tłucze w CS-a, Fortnite czy Minecrafta? Może grę planszową? Ale czy zwykłe Grzybobrania lub Monopoly, które nas tak zachwycały lata temu, zdołają dziecko zainteresować i odciągnąć od ekranu? Śmiem wątpić. A jakby tak mieć grę, która nawiązuje do jakiegoś komputerowego, dobrze znanego dziecku klasyka? Na przykład takiego Minecrafta? To mogłoby się udać. Tylko, że w planszówkę dziecko nie pogra samemu. Pewnie będzie trzeba z nim siedzieć i się bawić, a z gier planszowych dawno już człowiek wyrósł. Czy więc się nie wkopię kupując dziecku grę planszową i nie skażę się na wiele godzin nudnego turlania kostkami? Czy więc planszówka to dobry zakup? Udostępnij: Facebook Twitter LinkedIn More

Share via
Copy link
Powered by Social Snap