Home / Artykuły / Cotygodnik / Farlight – Essen Express GF nr 10/17

Farlight – Essen Express GF nr 10/17

To, co mnie niezmiernie w przypadku Farlighta dziwi to to, że gra może się podobać wizualnie. Ba, czytałam naprawdę entuzjastyczne opinie! Tymczasem wygląd gry jest w moim osobistym odczuciu najsłabszą jej stroną. Mało finezyjne grafiki i przede wszystkim przyciemniona kolorystyka. Ogólnie wszystko sprawia dość przygnębiające wrażenie, jak podczas oglądania niskobudżetowego filmu klasy B. A że gra się między innymi oczami, to trudno było mi przystąpić do pierwszej partii z pozytywnym dreszczykiem oczekiwania.

Tym bardziej, że przystąpiliśmy do niej w osiedlowym pubie, gdzie jak wiadomo, oświetlenie dalekie jest od tego na sali operacyjnej. W czasie rozgrywki co rusz ktoś dopytywał, co widnieje na leżącej nieco dalej karcie, jaki symbol jest tam a siam, a także orientował się o swoim widzeniowym deficycie dosyć późno, gdy można już było tylko wykrzyknąć „To tam jest jeszcze symbol nauki?? Ja nie widziałam! I cały plan do piachu…”.

Mechanicznie gra opiera się na licytacji w ciemno. Każdy z graczy prowadzący swoje kosmiczne konsorcjum stara się za pomocą specjalnych żetonów licytacji zebrać środki do wypełnienia jak najbardziej intratnych misji. Mamy więc w grze karty tychże misji o różnej wartości punktowej i wymaganiach. Mamy części statku, z których zbudujemy swoja machinę, aby na w/w misje polecieć (w praktyce oznacza to, że część wymagań z karty misji  dotyczy wyglądu samego statku, jak np. liczby silników i zielonych symboli biotechnologii). Mamy pracowników i „naukę” w postaci żetonów. Mamy silniki w postaci ładnych (!) pomarańczowo-żółtych kostek. No i mamy planszę, na której walczymy o te wszystkie zasoby i możliwość wypełnienia kart misji.

Gracze po kolei kładą zakryte żetony licytowania (o wartościach 0-4) na zasobach/kartach, które chcą zdobyć. Można je dokładać gdziekolwiek, wzmacniać swoje poprzednie stawki, a także wzmacniać żetony postaciami pracowników (każdy licytuje jawną wartością „1”). Gdy już wszyscy wyzbędą się całej amunicji, odkrywamy żetony i podliczamy sumę siły na każdym polu walki. Zwycięzca zdobywa przedmiot licytacji, a przegrani zazwyczaj dodatkowych pracowników. Jeśli zdobyliśmy kartę z częścią statku, dokładamy ją do swojego pojazdu, o ile pasuje (części posiadają różne łączniki) i potrafimy za nią zapłacić (niektóre wymagają poświęcenia pracowników) oraz pobieramy różne zasoby, jeśli owa karta jakieś ze sobą przyniosła. Niektóre części oferują korzyści natychmiastowe, inne produkują coś co rundę, jeszcze inne posiadają stałe symbole (wymagane w misjach). Bardzo ważne są wspomniane już dwukrotnie silniki, które do wypełnienia misji musimy zgromadzić nie tylko w odpowiedniej liczbie, ale i wartości. Na planszy można też licytować się o zasoby i usługi (np. przemodelowanie statku – które jest jednak dość słabo opisane w instrukcji). Licytujemy się także o karty misji (zawsze są dostępne 3), ale w tym wypadku nie na zasadzie wyłączności. Zwycięzca zgarnia pełną punktację za misję, kolejni licytujący połowę poprzedniej wartości.

Gra nie wzbudziła w nas po pierwszej partii większych emocji. Graliśmy w 3 osoby i doskonale sprawdziło się niestety powiedzenie „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Sama budowa statku z części pozbawiona jest jakichś twistów, wygląda bardzo podobnie jak budowa pojazdu w Odlotowym Wyścigu, z tą różnicą, że karty w OW są piękne, a w Farlight nie. Obawiałam się też, jak będzie działać licytacja w ciemno, gdy nie mamy bladego pojęcia, co kładą przeciwnicy, ale można co nieco wywnioskować, na czym komu zależy i ten element okazał się nawet niezły. Na pewno jednak będę chciała spróbować gry na 5 osób, może wtedy pojawią się jakieś mocniejsze wrażenia.



Grę Farlight kupisz w sklepie


Odpowiedz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.Pola wymagane są oznaczone *

*