Home / Artykuły / Felietony / Planszomaniacy i planszowariaci

Planszomaniacy i planszowariaci

wariatPosiadając ponad 200 gier planszowych (co wcale wielką kolekcją wśród maniaków planszówek nie jest), wydając od lat kawał pensji na planszówki, jeżdżąc na konwenty czy targi w Essen, jestem traktowany przez kolegów niegrających regularnie w gry – na przykład przez znajomych z pracy – za wariata. Nieszkodliwego, spokojnego, którego da się tolerować, ale wariata. Zabawne jednak jest to, że żyjąc aktywnie w środowisku planszówkowym, widzę zachowania i postawy, które nawet DLA MNIE wydają się ekscentryczne i dziwaczne. Jednym słowem chciałem napisać oczami planszomaniaka, o tak zwanych planszowariatach. Sprawdź czy którymś z nich jesteś.

Samodzielni otwieracze pudełek i wąchacze elementów

zapachGdy otrzymuję nową grę, to lubię zdjąć folię, zajrzeć do środka i nacieszyć się zawartością. To oczywiste. Z drugiej strony jak ktoś zrobi to za mnie też się nie obrażę. Szczególnie jeżeli pójdą za tym żmudne czynności wyciągania elementów z wyprasek, rozfoliowywania kart, segregowania, pakowania w torebeczki. Bierz i rób, byle tylko ja bym nie musiał tego robić. Zdążę sobie to wszystko jeszcze pooglądać.

Powyższa postawa jest nie do zaakceptowania dla tzw. samodzielnych otwieraczy pudełek. Osób, dla których fakt zakupienia gry wiąże się ściśle z tym, że to WŁAŚNIE ON będzie miała przyjemność rozfoliowania, wymacania jako pierwszy zawartości, wyjęcia z wyprasek etc. etc. Jeżeli ktoś uniemożliwiłby mu wykonanie tych czynności, włącznie z rozfoliowaniem, to mógłby usłyszeć żądanie zwrotu pieniędzy i zabrania sobie gry. Pozbawienie samodzielnych otwieraczy pudełek możliwości bycia pierwszym przy kontakcie ze swoją nową grą, to ich zdaniem, istna profanacja i zbrodnia, chamstwo i brak elementarnej kultury. Stąd uwaga – bywają agresywni, gdy nie spełni się ich żądań.

Po odgłosie zdejmowanej folii czy tarcia górnej pokrywy pudełka o dolną, można przywołać kolejną grupę planszowariatów – są to wąchacze elementów. Wąchacze elementów przeszukują zawartość nowej gry, w poszukiwaniu drewnianych lub plastikowych elementów, choć nie wzgardzą też kredową instrukcją. Swoje znalezisko przykładają do otworów nosowych i delektują się zapasek materiału, farby czy papieru. Barwę zapachu głośno delektują, oceniając jego intensywność, jakość i walory zapachowe. Jednym słowem szaleńcy.

Przeliczacze elementów

liczyPrzeliczacze elementów są niegroźnym gatunkiem, o ile nie mamy z nimi styczności przy transakcji handlowej. Jak wiadomo w poszczególnych grach jest mnóstwo elementów, w niektórych naprawdę zatrważające ilości drewnianych kostek czy żetonów. Bardzo często zdarza się, że producenci robią je na tak zwane zaś. W części gier w praktyce nigdy nie dojdzie do sytuacji, że dany element się skończy, ale profilaktycznie dodano jeszcze kilka sztuk np. brązowych drewienek. Niestety – szczególnie jeżeli jest to niemiecki wydawca – dokładne ilości elementów potrafi umieścić w instrukcji. Wiadomo życie jest nieprzewidywalne, i czasami zdarzy się, że jakaś kostka wpadnie pod lodówkę albo pies pożre kolonistę z Puerto Rico. Bywa. Gorzej jak taką grę wystawisz na sprzedaż, i zostanie zakupiona przez przeliczacza elementów. Osobnicy ci znają na pamięć dokładną ilość wszystkich elementów występujących w grach z pierwszej setki BGG, a pozostałe dane mają posegregowane w specjalnych szufladach. Każdą zakupioną grę dokładnie sprawdzą, przeliczą, zweryfikują i oby nie zdarzyła ci się sytuacja, że na 200 brązowych kosteczek będzie ich 199. Grozi ci wtedy co najmniej negatyw na Allegro, a w gorszych sytuacjach interwencja windykacji i skarga na policję. Przeliczacze elementów nie mają litości dla osób gubiących elementy do gier.

Statsiarze i begiegoświry

bgglogoO statsiarzach pisze mi się trudniej, bo choć za takowego się nie uważam, to pewnie część moich znajomych będzie miała na ten temat inne zdanie. A jak wiadomo pierwszy krok do nałogu, to się go wypieranie. Pal to licho. Statsiarze to osoby grające przede wszystkim na zaliczenie kolejnej produkcji, odhaczenie kolejnego tytułu, najlepiej odnotowanie tego jeszcze w jakimś publicznym miejscu, na przykład w serwisie społecznościowym. Nieważne dla statsiarza jest w co gra, ważne, że jeszcze w to nie grał. Szczególną rozkosz statsiarz odczuwa, gdy ogląda statystyki ze swoich osiągnięć. Czy udało mu się przekroczyć 100 rozgrywek w miesiącu, czy już ocenił kilka tysięcy tytułów, czy jest lepszy w wynikach od znajomych i obcych z serwisu? Te rozważania to coś po co żyje statsiarz. Statsiarza łatwo też rozpoznać na konwencie po kawałku papieru z ołówkiem, palmtopie czy komórce, dzięki którym notuje swoje wyniki po każdej rozgrywce.

Begiegoświr kiedyś był synonimem statsiarza, bo serwis BGG dostarcza niezbędnych do egzystencji statsiarzowi narzędzi. Jednak po rewolucji w interfejsie BGG i nowych możliwościach dokonał się podział na lżejsze i cięższe przypadki statsiarstwa. Begiegoświr to skrajna postać statsiarstwa. Begiegoświry poszli dalej. Zamiast spisywać tylko liczbę rozgrywek i oceny, zaczęli opisywać swoje rozgrywki niczym wspomnienia z wakacji. Jak wyglądała partia, kto przybrał jaką strategię, kto grał pierwszy raz, kto nie, kto wygrał i jaka była ostateczna liczba punktów. Begiegoświry to współcześni irlandzcy mnisi, którzy pieczołowicie i dokładnie notują wszystkie szczegóły swoich planszówkowych przeżyć. Jeżeli tylko nie przeszkadza ci publiczne wystawianie opisów z twoich porażek, to pomimo poważnego schorzenia, zupełnie niegroźni dla otoczenia.

Sztonowcy i torebkowicze

sztonySztonowcy to nowy gatunek planszowariatów. Wywodzą się z osób, które dla celów zupełnie praktycznych, zaczęły zastępować banknoty lub monety z gier, kasynowymi sztonami. Zaczęło się od kupowania metalowych walizek z plastikowymi pieniędzmi i stosowania ich w grach z jawną gotówką. Ci, którzy nie mogli zaprzestać na tym, przerodzili się w sztonowców. Ten rodzaj planszowariatów próbuje wcisnąć sztony gdzie tylko się da. Uzbrojony w metalową walizeczkę proponuje zastępować wszelkie znaczniki, żetony czy punkty zwycięstwa plastikowymi krążkami. Zmieni ci grę o starożytnym Rzymie w kasyno, grę o wielkich odkryciach geograficznych w kasyno, grę o hodowaniu zwierząt i pielęgnacji roślin – sam zgadnij w co. Sztonowcy są namolni, choć ich zdaniem żadnej krzywdy nikomu nie robią.

Torebkowicze to podobny gatunek planszowariatów. Również wywodzą się od ludzi praktycznych, ale dodatkowo bardzo pedantycznych. Torebeczki to znowu zwykły asortyment używany przez graczy, z którego szaleńcy zrobili sobie fetysz. Torebkowicze to ludzie, którym nie wystarcza germański porządek we własnych grach i spędzanie czasu nad segregowaniem elementów. Oni nie mogą patrzyć na brak torebek w cudzych grach. Wtedy marudzą, narzekają na augiaszowy bałagan, kończąc często na wciskaniu ci swoich torebek, byle byś tylko natychmiast ich zaczął używać. Podobnie namolni jak sztonowcy.

Pudełkowi optymaliści i wrogowie pudełkowych reklam

cthulhurisingPudełkowi optymaliści to przedziwne szaleństwo powstałe z połączenia dwóch sprzecznych schorzeń – agorafobii i klaustrofobii. Pudełkowy optymalista czuje się źle, jeżeli w pudełku od gry znajduje się zbyt dużo elementów i nie ma żadnej wolnej przestrzeni, nawet dla powietrza. Równie nerwowo czują się, gdy jest sytuacja odwrotna, miejsca jest zbyt dużo, przestrzeń nie została odpowiednio zagospodarowana. Tak jak mówi nazwa, dla pudełkowego optymalisty opakowanie musi być optymalnie zagospodarowane – nie za dużo, nie za mało, po prostu w sam raz. Jako, że wydawcy powszechnie ignorują listy i skargi od pudełkowych optymalistów, a ci nie mają wielkich możliwości na zmianę zaistniałej sytuacji, skupiają się na forach, gdzie obficie przelewają na ekran komputera swoje bolączki.

Istnieje jeszcze jedna bardzo rzadka odmiana pudełkowych optymalistów. W sumie nawet nie wiadomo jak ją zaszeregować, szczególnie, że ich występowanie jest marginalne i dobrze niezbadane. Są to wrogowie pudełkowych reklam. Mianowicie nienawidzą i ostro krytykują pudełka, na których pojawiają się reklamy innych gier tego samego wydawnictwa. Pudełko ich zdaniem ma być ultraspójne i poświęcone wyłącznie grze, do której należy.

Planszówki albo zdrowie – wybór należy do ciebie

zdrowiePonieważ renesans gier planszowych trwa nieprzerwanie już 6 lat, liczba zarażonych planszówkowym bakcylem jest coraz większa, lawinowo rośnie też ilość graczy doświadczonych. A właśnie ta grupa jest najbardziej narażona na różne przypadki planszowariactwa. Co za tym idzie zwiększa się gwałtownie też liczba schorzeń i ekscentrycznych zachowań, dalekich, wręcz bardzo dalekich, od zdrowego podejścia jakim charakteryzuje się nowy, niedoświadczony gracz. Stąd miej w pamięci przestrogę, że planszówki to nie tylko wyśmienity pomysł na spędzanie wolnego czasu, ale też źródło poważnych zawirowań umysłowych i stopniowego dziwaczenia. Planszówki albo zdrowie – wybór należy do ciebie!

61 komentarzy

  1. Don Simon

    W gronie redakcji i wspolpracownikow wystapuje przynajmniej po 1 egzemplarzu KAZDEGO z w/w czubkow. Ja sie wypisuje z tej rodziny Adamsow…;)

  2. Avatar

    Heh, wychodzi na to, że mam w sobie z każdego takiego świra po trochu :). Jednak zupełnie mi z tym dobrze ;).

  3. Avatar

    Dobry tekst!

    Ja chyba jestem przeliczaczem, trochę otwieraczem i pudełkowym optymalistą. Reszta mnie nie dotyczy. A sztony pokerowe zabijają planszówki ;-)

  4. Avatar

    E tam…
    Rozumiem żartobliwy ton posta, ale większość rzeczy wydaje mi się bardzo naciągana. Z tych wszystkich rzeczy to tylko maniaka statystyk byłbym w stanie zakwalifikować do oddzielnej grupy planszomaniaków, gdyż wymaga to gigantycznej systematyczności i dużo pracy.
    Pod całą resztę można by jeszcze dziesiątki zachowań i przyzwyczajeń podpisać w myśl zasady „każdy ma jakieś zboczenie”.

    BSW-iści – grają więcej na kompie w planszówki niż w rzeczywistości

    Wojskowi – Na stole ma być porządek! Wszystko pięknie poukładane, zoptymalizowane i gra ma płynąć! Przestańcie gadać o tym serialu, bo tu się teraz GRA! KTO SIĘ TERAZ RUSZAAAA?! (ja się pod to łapie)

    GP-foriści – spędzają więcej czasu na forum i w wątku Pnącz na GF, niż rzeczywiście grając (aktualnie też ja)

    Zakupoholiści – planszówkomaniacy, którzy sprzedają grę NIE GRAJĄC W NIĄ ANI RAZU! To zachowanie ludzie postronni widzą jako maksymalne odchylenie od normy i jest dla nich niepojęte. Kto nie jest winny niech podniesie rękę :)

    Teraz muszę iść do pracy, ale zachęcam do kontynuowania. Jeszcze kilka rzeczy się znajdzie :).

  5. Avatar

    Jeszcze zapomniałem, że chciałem zaprotestować przed oprawą wizualną tego posta, a mianowicie pierwszym zdjęciem nieogolonego faceta eksponującego swoje piękne, owłosione nóżki i straszącego również ze strony głównej.

    Proponuje się zwrócić do Don Simona, który lepiej chyba orientuje się w profilu typowego czytelnika GF i lepiej dobiera oprawę wizualną :).

  6. Avatar

    Zaawansowane objawy 'samodzielnego otwieracza’, 'wąchacza’ i – posiłkując się klasyfikacją doktora Koneva – 'GP-foristy’.
    Pojawiły się też pierwsze symptomy 'przeliczacza elementów’ i 'zakupomaniaka’

    Pancho, może następny tekst będzie o tym, jak się leczyć?

  7. Avatar

    To jeszcze można mnie zaliczyć do nowej kategorii – wchłaniaczy informacji :)
    Co kupię nowy dodatek do Arkham Horror, to czytam dokładnie każdą z kilkuset kart przygód, przedmiotów itp :D

  8. Avatar

    To ja bym się zaliczył do tych zliczających (choć matematykę niespecjalnie lubię :D). Najbardziej przeraża mnie fakt zgubienia czegoś ważnego z gry, jakiegoś pojedynczego, koniecznego elementu (karty, żetonu itd.). W takim wypadku trzeba by kupić całą nową grę (choć jeszcze mi się nie zdażyło, bo wszystko zawsze przeliczam bardzo skrupulatnie ;) Jak komuś coś spada ze stołu i się od razu nie schyli poszukać, to zapala mi się czerwona lampka i pojawia żyłka na czole :D

    Ah, no i jeszcze można dodać kolejne zboczenie, czyli chęć zachowania gry w stanie idealnym – za wszelką cenę :) Karty w koszulkach, a figurki muszą mieć dużo miejsca i nie mogą być pod zbyt dużą presją innych elementów (bo się gną bądź łamią). Dodatkowo jeszcze „nie szuraj mi żetonami po planszy”, „po co to wyginasz”, „nie śliń tego”, „a wytarłeś ręce po tych chipsach?”, „naprawdę musisz się tym bawić?”, „lepiej uważaj na to piwo, bo jak zalejesz grę to kupujesz nową – nie żartuję” (no, może odrobinkę ;) Ogółem jak ktoś mi ewidentnie i bezczelnie niszczy grę, to nic nie poradzę, ale same mi się pięści pod stołem zaciskają ;)

  9. Avatar

    Lepiej nie powiem pod ile przypadków podpadam. A myślałem, że jestem umiarkowanym maniakiem…

  10. Avatar

    @Muttah
    Chęć zachowania gry w idealnym stanie to chyba zboczenie każdego planszówkomaniaka :).
    W ramach tego moje myśli:
    – nie możesz rzucić tej karty na stół tylko musisz ją odłożyć wyginając?
    – po co rzucasz tą kartę na stół jak zaraz ją będziesz podnosił? Pokaż ją i odłóż na miejsce.

    Dodatkowo ciągła analiza rozstawienia napojów na stole oraz zasięgu rąk graczy i możliwych sytuacji.

    Ciągłe uświadamianie graczom jak ograniczona jest ich wyobraźnia w kwestii 1000 możliwości na ile gra może być uszkodzona.

    Na początku gracze mieli ze mną przesr***, ale teraz mój stan się nieco polepszył, a ich zachowanie nieco poprawiło.

    Ale się kozetka zrobiła :)

  11. Avatar

    Jakby mi kto zamienił piękny kartonowy pieniążek, albo szlachetną kosteczkę sztonem… To zmierzyłbym go wymownie wzrokiem!

  12. Avatar

    @konev
    Bez przesady…
    Gdybys widzial w jakim stanie jest moje BSG, plansza rozdarta, karty praktycznie juz nieczytelne :) I wbrew pozorom cieszy mnie ten stan.
    Tak samo jak rozpadajaca sie ksiazka z luznymi kartkami.
    Bo to znaczy ze gra spelnila swoje zadanie, pieniadze na nia wydane nie zostaly zmarnowane, tylko daly dlugie godziny radochy z grania jakiejs grupie ludzi.
    Przerazaja mnie za to 10letnie gry w stanie jak spod igly. Pieniadze wydane, a gra nie zuzyta, znaczy ze kupil kolekcjoner ktory chce zarobic po 50 latach za unikatowe pierwsze wydanie ;)

  13. Avatar

    W wakacje, podczas pobytu na działce, kuzyn koleżanki (nie grał wcześniej w plansżówki) wylał mi piwo na Dixita.

    Moja mina mówiła: 'Dajcie mi siekierę, bo wtedy tylko humanitarnie zarąbię dziada, a tak to mu wyrwę sercę 'gołymi ręcyma’

    Jego dziewczyna spojrzała na mnie i rzekłą z wyrzutem:
    'No co… Przecież to tylko karty…’

    Ale była awantura ;]]]

  14. Avatar

    No tak, nalezy odroznic zuzycie od zniszczenia :D

  15. Don Simon

    Ja uważam na napoje przy stole i moi gracze znają zasady. Nie jestem jakimś przesadnym purystą, ale stwierdzenie „to tylko karty” to i mi by ciśnienie podniosło. Po prosiłbym wtedy „tylko o banknot” :).

  16. Avatar

    Sympatyczny tekst.
    Sam z lekka podpadam pod kilkach manii, w szczególności jednak widzę jedną dodatkową.

    – granie elementami które są w grze, Broń Boże innymi – sam jeszcze (!) sztonów sobie nie kupiłem (kurcze, nie było mnie podczas akcji organizowania tych zakupów), ale zdecydowanie wolę zamiast ciągłego kombinowania z niewygodną kaską uzywać sztonów, które choć mniej klimatycznie (mniej (tylko MNIEJ), wiem co piszę) ułatwiają znacząco grę. Tyle jest gier gdzie pieniądze są po prostu porażką, że aż się prosi żeby znaleźć jakieś zgrabne rozwiązanie; sztony są dla mnie jak najbardziej akceptowalne – podnoszą (w właściwie podnosić BĘDĄ, bo na razie mam okazję tylko grać jak ktoś przyniesie) przyjemność jaką czerpię z kombinowania przy grze, a nie przy np. cieniutkich banknocikach czy klimatycznych, ale obrzydliwie niedających się zorganizować, plastikowych monetach.

    Jak w końcu kupię i zacznę uzywać, powiem: sztonowiec to brzmi dumnie!

    :D ;)

  17. Avatar

    Ciekawy artykuł. Faktycznie, widzę sporo przykładów w swoim towarzystwie. Większych i mniejszych. Sam także zaliczam się po trochu do każdej z kategorii. Zresztą – kto z nas się nie zalicza? ;)

  18. Avatar

    Trzeba było odpowiedzieć: a 100zł to tylko papier… ODDAWAJ KASĘ!

    Moja spowiedź:
    – wąchacz zaawansowany (instrukcja i karty pachną najlepiej!)
    – wojskowy z dodatkiem pedantyzmu (elementy leżą na stole w jednej lini, zawsze tak samo, albo równolegle albo prostopadle. skosom i luźnemu setupowi mówimy stanowcze nie. cytat „to ma leżeć TU-TAJ”
    – begiegoświr (z wyłączeniem odhaczania nowości. właściwie odwrotnie, uwielbiam grać po ileś w tę samą grę, aby ją dogębnie poznać. ale wszystko opisuję na BGG, choć już bez osobnego wpisywania graczy jak kiedyś…)
    – optymalista pudełkowy (denerwuje mnie hulający w pudełku wiatr, czysty marketing i marnowanie tektury)
    – GP-forista (no comment, choć do czołówki mi daleko i w Pnączach się nie udzielam)
    – idealista (pokroju koneva, włącznie z sesją chodzenia na czworakach po dywanie sprawdzając czy coś się gdzieś nie poturało niezauważenie podczas rozgrywki)
    Więcej grzechów nie pamiętam :)

  19. Avatar

    Tak jak pisałem to mój stan się już nieco polepszył :).

    Na początku było o tyle trudno, bo ludzi nowych się wciągało. „Nowi” mają to do siebie, że gry traktują jako dziecinne zajęcie. Tak więc potrafią do buzi karty wkładać (jak dzieci), są przyzwyczajeni, że gra kosztuje 20zł (podróbka Monopoly) i ogólnie, że planszówki są dopiero wtedy zabawne jak się wcina chipsy, popija colą i gada o pierdułach – same w sobie są nudne.

    Tak więc przez pierwsze tygodnie byłem TYM ZŁYM! Trzeba było przeżyć ciągłe docinki i żarty typu: „jak konev to zobaczy to Cię zabije”, „uważaj, bo konev Ci zaraz coś powie”. Jak już się włożyło prace w wychowanie to poszło z górki.

    Chociaż dzisiaj dalej zdarzają mi się takie kwiatki, że chce kogoś nowego wciągnąć. Siadamy do grania, gramy i się okazuje, że gość ma luzackie podejście do życia (patrz: bawi się w wyginanie kart w ręku) – dylemat: zabić przy pierwszej partii czy dać szansę na poprawę? :)

    Dzisiaj jak mam nową grę to przez kilka partii bardzo uważam, a później uważam tylko by nie zniszczyły się elementy, których jakość ma wpływ na rozgrywkę.

    Jeszcze jedno zboczenie:
    – set-up-optymalizator: pochodna wojskowego, ze specjalizacją w rozkładaniu gier. Czasami szlak mnie trafia jak gra się rozkłada 20 minut i kombinuje, co zrobić by rozkładała się w 2 minuty. Oczywiście jak któryś z graczy nie angażuje się w rozkładanie gry, to później może liczyć na duży, lśniący, chłodny nóż w plecach – w rozgrywce oczywiście :).

  20. kwiatosz

    Hmm, na wszystkie te bolączki może pomóc „przeciążenie” – np. ja przestałem się tak stresować zużyciem gier w normalnych warunkach jak zacząłem chodzić na zajęcia do podstawówki z moimi własnym i grami – wiecie, że drewniany żółwik z Żółwików może pęknąć jak się nim walnie z całą energią 7latka? Na szczęście Kropelka działa cuda :)

    Statystyki przestałem liczyć po dwutygodniowym wyjeździe, na którym graliśmy w zasadzie codziennie – bo bym pewnie kilka h uzupełniał BGG (to było w czasach, gdy trzeba było wchodzić na każdą grę celem wprowadzenia rozgrywki, przynajmniej ja innego sposobu wtedy nei znałem).

    Teraz jeno sztonowiec mi pozostał :) Ale staram się hamować :)

    A jakby mnie ktoś Dixita piwem zalał, to od mordu niewiele rzeczy by mnie mogło odwieść, a już na pewno nie stwierdzenie „to tylko karty”

  21. Dzej

    Świetny felieton. Cała prawda o planszomaniakach :) Ale brakuje opisu mojego przypadku. Kup obejrzyj komponenty i sprzedaj :P A folie ściąga się milusio :)

  22. Avatar

    Jest, w komentarzu nr.4 – Zakupoholik

  23. Dzej

    nie zdarzyłem przeczytać komentarzy :)

  24. Avatar

    a Instruktorzy? Nie lubią gdy ktoś inny tłumaczy im zasady, dla nich jedynym rzetelnym źródłem poznania są instrukcje. Według nich instrukcji się nie wertuje. Je się czyta od deski do deski, ze sporą dawką zaangażowania, nawet jeśli nie zanosi się na możliwość zagrania w daną grę. Są gotowi ocenić grę wyłącznie na podstawie instrukcji.

  25. Avatar

    a czy bedzie mozna kupic gustowne fartuszki na najblizszym Pionku? ;)

    w 50% kategorii wpadlem calkowicie
    w 25% kategorii wpadlem, ale sie wypieram :)

  26. Avatar

    Problem w tym, że ja niektórym potrafie wybaczyć dużo, a inni muszą uważać nawet na sposób, w jaki oddychają.

    Dzieci mają taryfę ulgową. Bez dwóch zdań. Dzieci mogą wiele, choć oczywiście nie gram z nimi w Dixita, BSG czy Chaos in the Old World.
    Moi przyjaciele, którzy już uważają by nic się grze nie stało, również są traktowani inaczej. Po prostu widze, że uważają, i nawet jeśli coś się stanie, to wtedy trudno – tłumaczę sobie, że skoro biorę grę np na działkę, albo na spotkanie kawowo-ciastowe, to coś się może stać i muszę być na to przygotowany.

    Tak jak wtedy, gdy wziąłem na działkę tyle planszówek, że się nie zmieściły w samochodzie i musiały jechać w wielkiej torbie na przyczepce. Na tej samej transportowana była…taczka. Po przyjeździe na miejsce, zobaczyłem, że taczka uderzała przez całą drogę w tę torbę, przecięła ją i wyżłobiła RANĘ w pudełku Manoeuvre. Rana wyglądała jak po cięciu oburęcznym toporem :/ (ok, trochę przesadzam :)))
    Na szczęście elementy w środku nie zostały naruszone ;]

    Ale tacy, co to pierwszy raz planszówkę zobaczą, i myślą – jak konev słusznie pisze – że planszówę to się kupuje w zabawkowym za 20 zł, a karty niczym nie różnią się od tych kioskowych za 3 zł, to mnie w….ją maxymalnie :/

  27. Avatar

    Ja dodałbym graczy, których absolutnie nie toleruję przy stole:
    zjadaczy – próbowaczy – to gatunek charakteryzujący się tym, że w czasie rozgrywki potrafią żetony czy kostki wziąć do buzi, kartami miętosić sobie przy nosie i twarzy itp. Krew mnie zalewa…
    I nie lubię wojskowych – układaczy. Pamiętam rozgrywkę w RftG, kiedy na stos zużytych kart położyłem kartę napisem w inną stronę niż pozostałe karty. Reakcja gracza – tak wrzasnął, że aż podskoczyłem :(

  28. Don Simon

    Ja nie lubię graczy niestabilnych umysłowo :).

    A ostatnio zacząłem bardziej cenić atmosferę okołogrową (czyli właśnie pogaduchy, żarty, drinki itp.) niż samą grę (zwłaszcza w typie pruskiej musztry – gramy, ma być cisza itp.)…

  29. Avatar

    clown chyba nawet wiem o kim mówisz:)

  30. Avatar

    „RANĘ w pudełku Manoeuvre”

    :):):)
    Ale mi humor poprawiłeś Odi! To kolejna kategoria: „animizator” – zaczyna traktować swoje gry jak żywe istoty:P;))

  31. Avatar

    A ja jestem przeciwny goliźnie na tej stronie

  32. Avatar

    Ja chcę więcej takich około-growych artykułów :D +++

  33. Avatar

    Świetny tekst i co ważne nie pozbawiony trafności :)
    Ja zdecydowanie jestem przeliczaczem, polecam szczególnie Colosseum i Agricolę do zabaw w stylu czy nic nie zgubiłem.

  34. Avatar

    No ja za planszowariata się nie uważam, ale kilka z opisanych przypadłości na pewno mam:
    Samodzielni otwieracze pudełek i wąchacze elementów – nawet gdyby ktoś chciał mnie wręczyć wolę sam otwierać i wypychać żetony, bałbym się, że ktoś może zniszczy. Poza tym lubię wąchać planszówki.
    Przeliczacze elementów – każdą nową grę odfoliowaną przeliczam, czy nie pomylono się w drukarni, przeliczam także jak dostaję grę z wymiany. Z rzadka przeliczam po rozgrywce ale się zdarza. Na pewno mam „tik” zaglądania pod stół po grze. Oczywiście, że nie wymieniłbym się za grę, w której brakuje chociażby jednego żetonu. Już raz cofnąłem wymianę ze względu na to, że w RA brakowało jednego kafelka (na 180), pojechałem i oddałem.
    Statsiarze i begiegoświry – begiegoświrem nie jestem na szczęście ale statsiarzem niestety tak. Każdą rozgrywkę rejestruję na BGG, cieszę się gdy w jakimś miesiącu widzę, że miałem dużo rozgrywek albo, że w jakąś grę zagrałem 5 raz i wchodzi w specjalną rubrykę na BGG: grane 5 i więcej razy.
    Sztonowcy i torebkowicze – sztonowcem nie jestem, choć od dawna kusi mnie urok żetonów i już niejedną godzinę spędziłem przed kompem na amerykańskich stronach w poszukiwaniu fajnego zestawu 11,5 albo 14g clay (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi), ale pod torebkowicza podpadam, lubię mieć uszeregowane elementy w woreczki dla przyspieszenia setupu, więc gdzie się da to je wciskam.
    Pudełkowi optymaliści i wrogowie pudełkowych reklam – zdecydowanie jestem pudełkowym optymalistą, na za małe pudełka (pitchcar) jeszcze patrzę z przymrużeniem oka, ale jestem zdecydowanym i śmiertelnym wrogiem za dużych pudeł (Dixit).
    Instruktor – ta kategoria jest jakby pisana pode mnie. Strasznie nie lubię jak mi ktoś tłumaczy zasady, po prostu źle się z tym czuję, zawsze mam wrażenie, że na pewno instrukcję przeczytał po łebkach i będziemy źle grali. Jeszcze bardziej nie lubię jak ktoś tłumaczy chaotycznie, bez uporządkowanej struktrury tłumaczenia tj. od ogółu do szczegółu. Sam uwielbiam czytać instrukcje. Już dawno zastąpiło to u mnie czytanie książek. Źle się czuję, jeśli nie mam w domu żadnej instrukcji nowej do poczytania, taka sytuacja jest w moim przypadku najsilniejszym bodźcem do zakupu nowej gry.
    Wojskowy – ale nie jeśli chodzi o pedantyzm na stole bo sam jestem bałaganiarzem i to mi nie przeszkadza ale jeśli chodzi o pilnowanie aby mi nie poniszczyli gry. Najczęstsze walki są o tasowanie kart – osoby, które często grają w tradycyjne karty mają zwyczaj tasować wyginając naprzemiennie dwie kupki kart (riffle shuffle), jak widzę jak to robią z moimi kartami od planszówek robi mi się niedobrze, niestety moich znajomch nie da się od tego odciągnąć bo twierdzą, że to jedyna dobra metoda tasowania, więc po prostu najczęściej są walki o to kto będzie tasował ja czy oni. Doszło już nawet do tego, że unikam przynoszenia do nich i w ogóle kupowania gier z kartami. Dominiona mam na szafie już od roku mimo, że to jedna z moich ulubionych gier, ale w swój egzemplarz jeszcze nie grałem bo boję się tam go zabrać. Oczywiście gdy nowemu nie przeszkadza to, że grając będzie jadł kurczaka z kfc (ostatni przypadek) wtedy zdarza się, że interweniuję.
    Zakupoholik – Liczba nie zagranych gier, które posiadam to jakaś 1/4, niektóre leżą nawet od kilku lat (nie wiem ile czasu minęło od organizowanych swego czasu wspólnych zakupów w milanie). Oczywiście nie przeszkadza mi to w zakupie nowych gier.
    Gp-foriści – tu może bez komentarza ;) a to wszystko przez tę diabelską opcję 'zobacz nieprzeczytane’ :/

  35. Avatar

    dasilwa—>mam nadzieję, że to nie jest rodzinne :P
    A ciekaw jestem co sądzicie o „myślicielach”? siedzi taki sobie jeden przy planszy, wszyscy się dobrze bawią, a on nic – nawet się nie uśmiecha – coś tam liczy, na koniec robi dwa ruchy i wygrywa :)

  36. Avatar

    @Bartek
    Pozwalasz znajomym tasować karty od planszówek wyginając naprzemiennie dwie kupki kart? Jezu, tego się nawet czytać nie da, a co mówić o patrzeniu na taki proceder! ;). Pewnie tysiące razy tak tasowałem karty grając w 3-5-8, czy brydża. Owszem, jest to najlepsza metoda (nie mówię o maszynkach). Dodatkowo jest bajer, że odginasz je w drugą stronę i się ładnie na siebie wsuwają, ale nawet do głowy by mi nie przyszło, by to robić z planszówkami :).
    Szacunek jednak, że pomimo wielkiego bólu i cierpienia wybrałeś znajomych zamiast niepowyginanych kart :). Albo po prostu idź na porządny kurs asertywności ;).

    Tak czy inaczej łączę się z Tobą w bólu… :)

  37. mistrz_yon

    Ciekawy artykul, mialem popelnic podobny o planszowkowych fetyszach, bo jest ich kilka. Ten, ktory najbardziej mnie bawi, to detaliczne okreslanie stanu gry: bdb, bdb-, raz grana, grana niezbyt czesto, itp. Niesamowita inflacja slow na cos, co (1) dotyczy RZECZY, (2) rzeczy, ktora WSZYSCY jak tutaj sa, bardzo szanuja. I zasadniczo wszyscy jak tutaj siedza, maja te gry w stanie przyzwoitym bardzo. No, ale najwazniejsze przecie, ze gra ma na przestrzeni 2 mm wgnieciona krawedz na glebokosc ok. 0,5 mm, ze odwrotna strona planszy raz lezala na stole, ktory nie byl heblowany albo ze – nie daj Boze – ulamala sie nozka konika (o ja pierdziu! nie da sie grac!).

    A ze gre se powacham jak kupie to klasyka, podobnie jak ksiazke nowa. Ale nie ma to szanowni czytelnicy lepszego zapachu niz (a) sklep rowerowy i (b) swiezo otwarta puszka butaprenu :)

  38. Avatar

    U mnie obowiazuje pewne zasady domowe. Np. napoje nie maja wstepu na ten sam stol, na ktorym jest gra. Do tego sa porozstawiane stoliki na drinki wogol stolu.

    I nie rozumiem co w tym zboczonego. Jak mi ktos wyleje kawe na spodnie tez nie jestem zachwycony. (a te przeciez da sie uprac)

    Jeste jednak bardzo latwy sposob na wyleczenie sie z fobii idealnego stanu gier i ilosci elementow. Nalezy zabrac je ze soba np na Mazurkon i wstawic na 2 tygodnie do wspolnej sali. Po tym czlowiekowi albo przechodzi, albo sie musi powiesic.

  39. Avatar

    Większość rzeczy jest dla mnie zrozumiała mimo tego że nie jestem maniakiem z wieloletnim stażem. Też nie lubię wyginania kart przez innych. Też wkurzają mnie ci którzy nie szanują cudzych gier i przeważnie nie wiedzą ile kosztują.

    Najbardziej jednak podoba mi się to co napisał Soulless, że gra po której widać że jest choć odrobinę zużyta potrafi dać satysfakcję. Potrafi przypomnieć rozegrane partie, po prostu widać po niej, że się nie marnowała. Ma jakąś historię.

    Podobnie jest z książkami, niezniszczone cieszą oko, ale czy po to są? Czy nie milej jest widzieć po jej zagiętych rogach, że dała radość nie tylko tobie?

    Najbardziej jednak zszokowała mnie, nie obraź się Bartek, możliwość kupienia ulubionej gry po to by leżała na szafie, a granie w nią u innych by swoja się nie zniszczyła. To chyba najbardziej negatywne dziwactwo z wymienionych :(

    Większość z planszówkowych dziwactw pochodzi chyba z mimo wszytko kolekcjonerskiego charakteru tego hobby (który to aspekt mimo wszystko nie wiem skąd się bierze, bo cel jest stricte użytkowy), pięknych wydań i ciężkich pieniędzy płaconych za gry.

  40. Avatar

    Znam takiego jednego myśliciela – jego tura zawsze trwa najdłużej, ale drań prawie zawsze i we wszystko wygrywa :-O Także jestem gotów uwierzyć, że w tym czasie faktycznie przelicza sobie wszystkie potencjalne ruchy optymalizuje posunięcia. Ale denerwujący jest, oj tak (i dlatego że zamula „flow” rozgrywki, ale jeszcze bardziej że ciągle wygrywa :p).

    A zaglądanie pod stół to u mnie po rozgrywce norma :D Gdybym mógł, to w niektóre gry najchętniej grałbym w sterylnych pomieszczeniach o gładkich, białych ścianach (bez szafek, kanap, dywanów, oraz innych zakamarków gdzie cokolwiek może się potoczyć). Hmm, od tego już w sumie blisko do wyłożonych miękkim materiałem pokojów bez klamek ;)

  41. kwiatosz

    Kurczę, to jak Wy tasujecie karty w swoich grach? Ja tasuję je właśnie wyginając BO tasuje je się na tyle rzadko, że się nie niszczą od tego tak jak zwykłe karty – takie karty np Piatnika (tak, wiem, że jakościowo są po prostu słabe, ale chcę nawiązać cenowo) po jednym wieczorku brydżowym (no, takim 16h) są do wyrzucenia, a takie karty z Fasolek trzymają się rewelacyjnie :)

    Nie tasuję tak tylko kart z gier GMT i Flying Froga, bo są szytywne i się łamią (mam złamaną delikatnie kartę Bear Trap z Twilight Struggle – i to tak przeszkadza w grze, bo ja to zawsze wypatrzę/wymacam :( )

    Karty w planszówkach są robione rewelacyjnie (przeważnie), wręcz specjalnie pod takie tasowanie – tak jak napisał Soulless – mnie ogromnie cieszy mój mocno starty egzemplarz Konfrontacji. Ale ja w to grałem ponad 700 razy, a i tak karty, mimo że krateczka na nich jest wytarta, to i tak są w świetnym stanie w porównaniu z dowolną praktycznie talią kart, która byłaby tyle razy przetasowana.

    Kurczę, chyba jednak nie jestem takim świrem jak myślałem… Chyba, że to zboczenie pobrydżowe (w zasadzie jedyna gra karciana (tudzież towarzyska) w jaką grałem przez jakie 4 lata – może ktoś o podobnym zboczeniu karcianym się wypowie – czy namiętne tłuczenie w jakąś grę karcianą powoduje, że takie „profanacyjne” tasowanie kart staje się normalką?

  42. kwiatosz

    W swojej grupie też mam jednego myśliciela – ale jako że jest jeden, to pozwala rozładować napięcie spowodowane grą poprzez darcie na niego mordy. Ależ on jest odporny psychicznie :) Ja przy takiej ilości decybeli i wulgaryzmów na metr kwadratowy skierowanych do mnie bym chyba wysiadł :)

  43. mistrz_yon

    znaczy kwiatosz, tez bluzgacie podczas sesji? przez dluzszy czas zmuszony bylem grac u mnie w domu, gdzie trzeba bylo byc cicho (2 dzieci, w tym jedno kilkumiesieczne) oraz przyzwoicie (zona, ktora nie lubi bluzgania). i jak potem zagralismy w standardowych warunkach i mozna bylo sie wydzierac i bluzgac tak, ze uszy opadaly, to bylo granie :) nie zapomne jak moja zona uslyszala jakis fragment rozmowy kiedy gralismy na necie w CallOfDuty. jak to powiedzialaa – nie zyczy sobie takich slow w swoim domu :)

  44. Avatar

    No to przecież napisałem Ci kwiatosz, że przy 3-5-8 i Brydżu to spędziłem pewnie kilka tysięcy godzin :). Środek szkoły podstawowej to 3-5-8, a w 7-8 klasie już w Brydża umiałem grać razem z moim bratem rodzonym i 2 ciotecznymi o rok młodszymi :). Taką mieliśmy rodzinkę, że moi rodzice, ciotki i wujkowie grali :). Oczywiście wtedy to graliśmy bez jakichś systemów licytacyjnych czy coś. Później w szkole średniej setki godzin pewnie przy 3-5-8 gdzieś przy okazji wieczorkiem. Studia znowu brydż – już zabawa w systemy. Także sesje 14h w środku tygodnia, gdzie kończyliśmy o 8 rano, bo trzeba było na zajęcia iść :). No i 3-5-8 godzinami jak nie było 3-ciego do brydża.

    Tak więc zboczenie karciane miałem, ale kurcze kart z gier planszowych na zakładkę tasować nie zamierzam. Taki ze mnie wykolejeniec! ;)

  45. Avatar

    @redy
    Jest jeszcze gorzej niż mówisz, w inne egzemplarze też nie gram bo tylko ja mam gry z moich znajomych. Ale cóż – podczas setupu jak tak tasują to zaciskam zęby i jakoś to przetrzymuję, ale grając w grę, w której właściwie się tylko tasuje straciłbym chyba więcej nerwów niż bym miał przyjemności z niej. Oczywiście wiem, że jestem ciężkim przypadkiem :)

  46. mistrz_yon

    a czy to sie pogorszyla jakos kart piatnikowych? jakies 18-20 lat temu kiedy po calych dniach gralem w szkole (i po) w brydza zajedzajac codziennie jedna talie tanich polskich kart, piatniki ktore dostalem od ojca to bylo jak obiawienie. gralismy nimi cos okolo roku i one sie tylko ubrudzily, moze minimalnie napuchly, ale tak ze nadal wchodzily do kartonowego pudelka. teraz jakies gorsze robia?

  47. Avatar

    @Kwiatosz
    Ja grałam całe dziecińctwo w Kierki i też wolę tasować karty na zakładkę. aczkolwiek jak jest cudza gra i karty w dobrym stanie to tasuję zwyczajnie.

  48. kwiatosz

    Plastiki Piatnika starły mi się znacznie faktycznie po kilku miesiącach dopiero, ale te papierowe po 50 czy coś zł są bardzo słabe… Natomiast znajomy znalazł w hotelu w Austrii jakąś starą talię Piatnika z taką kratką jak jest np na Fasolkach – no i te karty od 4 lat w jego posiadaniu, oraz pewnie wielu lat używania wcześniej, nic nie straciły na jakości – taki wniosek wysnuwam, że teraz jakość ich kart poleciała na łeb na szyję…

    A bluzganie podczas grania u mnie jest praktycznie niezbędne, inaczej człowiek by obumarł wewnętrznie tłumiąc te wszystkie negatywne emocje w stosunku do współgraczy :) A jako że gramy głównie u mnie, to ze względu na dziewczynę muszę się hamować…

    A jakie to jest tasowanie zwyczajne? Bo ja np. karty w koszulkach dzielę na pół (w sensie talię, nic nie drę ;) ) i wsuwam jedne w drugie, ale bez koszulek to nie wiem w sumie jak dobrze potasować karty inaczej niż na zakładkę…

  49. Avatar

    Teraz powinien wypowiedzieć się ktoś obeznany w technikach tasowania. Trochę tego jest. Skuteczne jest rozrzucenie kart na stole i po prostu ich wymieszanie okrężnymi ruchami rąk. Trzeba mieć jednak duuuuży stół no i jeśli karty nie są w koszulkach to taki konev widząc to, może zejść na zawał ;)
    A Veridianie pewnie chodziło o coś takiego: http://www.youtube.com/watch?v=N2xlgAFWBZM&feature=channel

  50. Avatar

    Ups. Powyższe zabrzmiało jakbym był obeznany w technikach tasowania. A tak nie jest :P

  51. Avatar

    Ja osobiście zauważyłem problem zblazowania niektórych, szczególnie „doświadczonych” graczy. Siadają tacy do gry i potrafią przez 2 h doszukiwać się w mechanice jakiś ułomności. Strasznie mnie to wkurza, bo ok może ta czy inna gra jest gdzieś tam niedopracowana , ale przecież nikt nikogo nie zmusza do zabawy. Oczywiście wszelkie uwagi wypowiadane są tonem znawcy.

  52. Avatar

    adv – Draco? :)

  53. Avatar

    @bogas
    właśnie o to mi chodziło. dokładnie tak oszukuję w Fasolkach :D

  54. Avatar

    Akurat z Draco , grałem słownie raz i było ok:)

  55. Avatar

    Przypomniała mi się irytująca cecha – „gracz-paluchy”, który macah paluchami wszędzie, łącznie z przesuwaniem cudzych pionków, wszystkich znaczników, kart, zasobów itp. zaawansowane stadium „gracz – myślący plauch”, który dodatkowo wymyśla na głos twój ruch i go za ciebie realizuje.

  56. Folko

    Ech, kiedyś dawno popełniłem taki tekst… trochę pasuje pod temat ;-)
    http://www.gamesfanatic.pl/2007/04/23/po-weekendowe-przemyslenia-partner/

  57. Avatar

    A gracze, którzy zaczynają ruch od głośnej analizy swoich potencjalnych ruchów, skutków tego ruchu, powoli wciągają w to innych, pytając „czy to mi się opłaca” , potem „to jednak tamto by mi się bardziej opłacało?” Oczywiście wszystko jest połączone z symulowaniem [kładzie w różnych miejscach pionki] i z knuciem przeciwko graczom, którzy MU NIE POMAGAJĄ najczęściej. Trwa to dosłownie do 10 minut, co w skali partii może opwodować zbędne 40minut nadwyżki.

    Doprowadzają mnie do pasji.

  58. Avatar

    Ależ rollbacki to istota każdej gry :-).
    I podpowiadanie\wkręcanie.

    Zawsze mówię innym aby zagrali tak by mi się to opłaciło. Często wtedy analizują ten ruch i zauważają co się święci (szczególnie jak inni gracze mówią im by tak nie robili bo wtedy Rocklin…. ).

  59. Avatar

    a językowcy ?

    przychodzi taki kolo i mówi, że w wersję np. niemiecką to on nie zagra bo mu się język nie podoba. Argumenty o b.dobrej mechanice, wyglądzie itp. są dla niego małoprzekonujące.
    Pół biedy jak gra jest zależna językowo ale w przypadku żadnego lub niewielkiej ilości tekstu to już chyba lekkie przegięcie.

  60. Avatar

    +++ statsiarz, właśnie tworzę kolejne statystyki do wrzucenia na bgg. :)
    ++ przeliczacz elementów, jak mi poznaniacy zgubili kostkę w Himalayi to przez tydzień myślałem, że mnie rozerwie.
    + otwieracz/wąchacz/torebkowicz/wojskowy/iedalista
    o optymalista/zakupoholik
    – oceniacz, czasami lubię ocenić, ale bardziej mnie denerwuje gdy przesadnie robią to inni
    — żetonowiec
    — komputerowiec

  61. Avatar

    Trafny bardzo tekst.
    Na pewno obrażę się jak mi rodzina chociaż paczkę z grą otworzy zanim wrócę z pracy :)
    Znajomi obrazili się kiedyś na mnie śmiertelnie, bo nie pożyczyłem World of Warcraft – planszowego samemu nie mogąc grać, bo musiałbym potem 1,5 godziny liczyć elementy (na pewno coś by zgubili). Jak gramy to „pożywka” stoi w innym pomieszczeniu i jest przerwa na posilenie się. Zdarzało mi się kupić planszówkę, w którą jeszcze nie grałem jak np. dodatek do Shadows over Camelot.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

sklep z grami planszowymi planszomania.pl
x

Check Also

Gorycz porażki – rozwiązania mechaniki

O ile nie należycie do będącej błędem statystycznym grupy geniuszy, lub nie zaczęliście dopiero co grać w planszówki, to z pewnością zdarzyło Wam się znaleźć w niewłaściwej części zestawienia ,,zwycięzca i przegrany”. W niniejszej refleksji chciałbym przyjrzeć się rozwiązaniom mechanicznym proponowanym przez gry te kilka rund przed zakończeniem, kiedy jednak ,,wszystko wiadomo”. Zapraszam. Udostępnij: Facebook Twitter LinkedIn More

Share via
Copy link
Powered by Social Snap