Home / Wiadomości / Konkursy / Morskiego konkursu z Granną ciąg dalszy.

Morskiego konkursu z Granną ciąg dalszy.

Pewnie jesteście ciekawi skąd pochodził fragment książki, o który – nadprogramowo – pytaliśmy w konkursie. Okazało się, że nie było to takie łatwe, tylko 6 osób odpowiedziało prawidłowo: John Flanagan „Drużyna 6: Nieznany ląd”

A przy okazji – wiecie, że miłośnicy literatury pięknej regularnie bawią się na swoim forum w konkursy polegające na odnalezieniu autora i tytułu fragmentu książki? – i to bez korzystania z Google!

A oto już prace, które chcielibyśmy nagrodzić takimi oto wytrzymałymi i pojemnymi torbami na gry planszowe:

Wojtek K.:

– Przerażająco czy nie i tak mamy większe szanse na ratunek tam niż tu – odparł H. – Sztorm zniósł nas na północ, a ta wyspa wygląda na niezamieszkałą. Kto wie ile czasu minie zanim doczekamy się tu jakiegoś statku. Jeśli jednak uda nam się wrócić na bardziej uczęszczane szlaki możemy jakiś spotkać.
– Albo i nie – mruknął nieprzekonany S. Zmienił jednak prędko zdanie następnego dnia, gdy okazało się, że wyspa jednak nosi ślady bytności ludzi.
– Musimy zbudować tratwę – oznajmił drżącym głosem stojąc nad olbrzymią połacią popiołu. W wypalonym ognisku poniewierały się ludzkie czaszki i piszczele.
– Jak najszybciej – zgodził się T. – Ci ludożercy mogą się tu zjawić lada dzień.
Budowa zajęła im cztery dni. Szczęśliwie morze wyrzuciło na brzeg sporo fragmentów ich rozbitego klipra, toteż mieli do dyspozycji sporo materiału. Udało im się nawet odzyskać trochę gwoździ, a prawdziwymi skarbami były kawałek żagla i wiosło, które można było przerobić na ster. Brakujące fragmenty zastąpili pniami palm powiązanymi grubo lianami. Gorzej przedstawiała się sprawa żywności. Udało im się zgromadzić nieco owoców i ptasich jaj, a wodę zmagazynować w pustych skorupach kokosów zaklejonych żywicą, ale zapasów mogło im wystarczyć góra na dwa tygodnie.
– Będziemy łowić po drodze ryby, a wodę łapać w czasie deszczu – zarządził H, wyklepując kamieniem haczyk z jednego z gwoździ.
Piątego dnia spuścili tratwę na wodę.
Siódmego dnia spadł deszcz. Padał nieprzerwanie całą dobę, a gdy przestał zerwał się wiatr. Przemoczone ubrania ziębiły, wodny pył niesiony wiatrem nie pozwalał im wyschnąć. Trzej rozbitkowie szczękali zębami, trzęsąc się w gorączce. Mieli tak silne dreszcze, że nie mogli utrzymać kokosa w rękach.
Gdy deszcz minął, przyszedł upał. Namiot z żagla nie dawał dość cienia dla wszystkich trzech, więc musieli się pod nim rotować. Zapasy wody skurczyły się niebezpiecznie, mimo że starali się ją racjonować.
Dziesiątego dnia przyszedł sztorm. Tratwa, rzucana w górę i w dół pokonywała dziesięciometrową różnicę poziomów w ciągu sekundy. Źle umocowany żagiel odleciał z wiatrem, łamiąc przy okazji prowizoryczny maszt, wiosło sterowe pękło chwilę potem. Rozbitkowie przywiązali się lianą do kikuta masztu i modlili o przetrwanie. Niestety nie było jak przywiązać zapasów, toteż patrzyli bezradnie jak kolejne fale zmywają do morza ich mizerny dobytek.
Czternastego dnia, gdy otępiali patrzyli na niknącą w wodzie linkę z haczykiem S. zaczął mieć pierwsze halucynacje. Próbował chwytać coś w wodzie, jęcząc „ryba, ryba”, mimo że prowizoryczna wędka nie drgnęła ani razu.
Szesnastego dnia S. rzucił się bez ostrzeżenia na T. próbując go ugryźć. T. i H. przemocą przywiązali go do masztu i napoili resztką wody, a następnie, wyczerpani, osunęli się na pokład.
Siedemnastego dnia H. usłyszał dźwięk syreny. Z trudem otworzył posklejane ropą oczy i ujrzał wybawienie.

Wynędzniali rozbitkowie pili łapczywie wodę, którą poczęstowali ich marynarze. Jednostka, która podjęła ich z wody była olbrzymim parowcem. Kapitan, w nienagannie skrojonym mundurze zbliżył się do ocalonych.
– Panowie, nadszedł kres waszych cierpień. Nic wam już nie grozi. Witam na pokładzie RMS „Titanic”.

Santa Dominica:

***
Dookoła panowała cisza – mimo szumu fal oceanu, który doprowadził ich w to miejsce, tylko gdzieś z oddali słychać było krzyk mew czy albatrosów. A może były to inne ptaki? Kto wie… – tu wszystko było zgoła odmienne od tego, co widzieli na poprzedniej wyspie. „Egzotyczne” – tak, to słowo oddawało choć trochę osobliwość tego miejsca.

Henry miał ze sobą kulę z zamkniętym w środku pejzażykiem wyspy, na którą doprowadziły ich wzburzone fale oceanu i przypatrywał się teraz jej wnętrzu. Wydawało mu się, że od czasu, kiedy otrzymał tych sześć okrągłych przedmiotów od swojego dziadka, minęły wieki. Dokładnie pamiętał chwilę, kiedy przykurczony, okryty szczelnie kocem Bartholomew umoszczony w ogromnym pluszowym fotelu, przekazał mu ten niezwykły dar z prośbą, aby odnalazł ostatnią z Siedmiu Kul Jasności, które po złączeniu miały rozbłysnąć magiczną mocą wlewającą otuchę w serce każdego mieszkańca Ziemi.

– Pamiętaj Henry, to nie są tylko zwykłe kule. To moc, która przyniesie ludzkości nową nadzieję. Musisz dokończyć to, co zaczął jeszcze mój ojciec. I to, dla czego zginął Twój ojciec… – Bartholomew zawiesił głos. – Czasem coś tracimy, ale los zawsze nam to wynagradza. Dostajemy coś znaczenie większego. Nasze cierpienia i trudy nie idą na marne…

Więc oto siedział wraz ze swoimi przyjaciółmi na lądzie jednego z terenów, gdzie miał odnaleźć ostatnią z kul i nie wiedział, od czego tym razem zacząć. Wszystko było zarazem tak powtarzalne, ale i tak różne od pozostałych wypraw. Sam fakt, że Claire już z nimi nie było, mroził mu serce i wzmagał w nim chęć porzucenia tej misji. Ale wciąż żywo biła w nim pamięć ostatnich słów dziadka. Słów, których nie potrafił wyrzucić z głowy.

– Hej, Henry – głos Thomasa przywołał wędrowca do realnego świata – Simon znalazł miejsce, gdzie będziemy mogli się rozbić. Czy… – przyjaciel spoważniał i wymownie spojrzał na trzymaną w dłoni Henry’ego kulę – myślisz, że uda nam się odnaleźć TEN pejzaż?
– Musimy. Inaczej już nikt nigdy nie odnajdzie spokoju. Inaczej pamięć nie przetrwa. Inaczej nie będziemy mogli korzystać ze swojej busoli – siły, jaką dają dobre wspomnienia.

Kule bowiem sprawiały, że ludzie nie zapominali. W gorszych momentach zawsze mogli wrócić do swoich wspomnień. Dostawali kojącą nadzieję na przyszłość, bo mieli pociechę płynącą z przeszłości. Siedem kul, siedem kontynentów, siedem miliardów ludzi do ocalenia. Trzeba było odnaleźć ostatnią, aby wszystkie mogły się złączyć i wytworzyć Promień Nadziei.

– Koniec dywagacji. Trzeba się porządnie wyspać. Jutro, wypoczęci, wyruszymy na poszukiwania. Nasz czas się kurczy… – jak zwykle racjonalny ton Simona odniósł wymagany skutek. Wszyscy trzej ułożyli się do snu.

Nazajutrz z samego rana zaopatrzeni w to, co pozostało im po sztormie, udali się w stronę Klifu Jaspisowego. Tam mieli nadzieję odnaleźć jakieś wskazówki, które pomogłyby im odnaleźć miejsce zaklęte w kuli.

– „Czuję tu halibuta, buta starego…” – nucił Thomas – a tak poza tym, spójrzcie tam, w prawo – i wskazał zaczynający się las.

Las Kwiatów. Wszędzie dookoła malowały się frezje, róże, dalie, datury czy echmee. Widok zapierał dech w piersiach, a zapach, jaki roztaczał się dookoła, odurzał zmysły. Wędrowcy z nieskrywaną ciekawością przemierzali to niezwykle intrygujące miejsce, jakie wyczarowała Matka Natura. Każdą komórką ciała chłonęli energię i piękno lasu, tak jakby było ono nagrodą za wszystkie przeżyte do tej pory trudy. Po którymś z wielu kilometrów, Henry dojrzał ścieżkę prowadzącą do niewielkiej chaty.

Zbliżał się wieczór i trzej kompani postanowili zaryzykować i poprosić właściciela domu o schronienie na noc. W środku paliło się liche światło. Przyjaciele porozumiewawczo przytaknęli niewypowiedzianemu pomysłowi Simona, a ten zastukał stanowczo w drzwi.

Otwarł je niewielki człowieczek trzymający lampę naftową w ręce.
– Czekałem na was, moi drodzy. Wejdźcie… – wypowiedział cieniutkim głosem gospodarz i zaprosił zaskoczonych gości do środka – Czasem to, co odległe, jest tak bliskie – rzekł zagadkowo. Nikt z nich nie zauważył, że w kieszeni jego szaty połyskiwał dziwny, kulisty przedmiot…

Pysia:

Przyjaciele unosili się na wodzie, postanowili płynąc, zauważyli szczątki statku podpłynęli do kawałka drewnianej belki która kiedyś była masztem i wspięli się na nią. Usiedli i patrzyli na bezkres Oceanu. Byli w wodzie już parę godzin. Głód powoli zaczęła im doskwierać, palące słońce parzyło w kark , czuli zmęczenie. Mało rozmawiali. Marzyli o nocy, jednak onanie przyniosła ulgi, temperatura spadła i dzieciaki czuły chłód na skórze.
-Myślicie ze przeżyjemy -Zapytał A.
-TAk!-krzyknął T.-Zobaczcie
Nagle wkuł nich pojawiły się srebrne punkty które zaczęły się łączyć dzieci zamknęły oczy gdyż punkty zaczęły je oślepiać, poczuły że woda wzburzyła się i coś ciężkiego uderzyło o wodę.Światło zniknęło a oni otworzyli oczu równocześnie otwierają usta z ważenia. Przed nim na wodzie był statek piękny statek zrobiony z kwiatów, liści a na statku były .. nie może być wróżki z pięknymi złotymi skrzydłami. Wróżki uśmiechnęły się do nich. A po chwili wleciały ze statku i delikatnie chwyciły dzieci w ręce i przeniosły bez wysiłku na pachnący statek.
-Witajcie rozbitkowie -powiedziała najpiękniejsza z wózek- Już jesteście bezpiecznie zaopiekujemy się wami.
-Jesteście wróżkami- zapytały dzieci
-Tak- powiedziała piękna wróżka
Wróżki napoiły dzieci i dały im nowe ubrania które piękne pachniały. Dzieci zwiedziły statek, który miał ogromną ilość kajut a każda z nich olśniewała bardziej od innych. Była też jedna kajuta zamknięta do której nie mogły zaglądać. Chodź bardzo chciały zobaczyć co też się kryje w niej. Najbardziej powodowała im się komnata z ogrodem gdzie pośród kwiatów latały pyłki i kwiaty. Dzieci poczuły się jak w raju. Minęło parę dni a dzieci coraz bardziej chciał zobaczyć co jest za zamknięta komnatą. Pewnej nocy postanowiły w końcu spróbować. Poczekały aż wróżki zasną i poszły przed drzwi.
-Myślicie ze dobrze robimy-zapytał T.
-Nic się nie stanie tylko zerkniemy -odpowiedział S.
T. chwycił niepewnie za klamkę i nacisnął ją pchając do przodu nagle nieznana siła zaczęła ich wciągać do środka dzieci próbowały chwycić się framugi ale siła była za duża drzwi zamknęły się cichutko dzieci znikły ze statku. Nagle wszyscy otworzyli oczy, byli znów na statku który nie rozbił się
-To był sen?-zapytał T
-Zobacz -powiedzieli A. S.-spojrzeli na swe ubrania. Nadal mieli na sobie wróżkowe ubrania.

G.K.:

Na te słowa już nie miał odpowiedzi. Wszyscy milczeli, podczas gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Z wolna, z tego właśnie kierunku, pomału zaczął się zbliżać jakiś punkt. Początkowo był on niezauważalny, ot zwykła plama na horyzoncie. Jednak nieustępliwe zbliżał się do trójki rozbitków. Nie zwracali na niego większej uwagi, do czasu aż H. nie rozpoznał w nim skrzyni, walczącej o pozostanie na powierzchni oceanu.
– Spójrzcie! – krzyknął do pozostałych. Pozostali błyskawicznie obejrzeli się we wskazanym kierunku. Wspólnymi siłami wciągnęli kufer na tratwę, a po otwarciu im oczom ukazały się butelki, które w promieniach zachodzącego słońca wydawały się złote. I niewiele byłoby w tym kłamstwa, gdyż w butelkach znajdował się rum. Marynarzom oczy się wręcz zaświeciły z zachwytu i to nie z powodu tego, iż był to alkohol, ale – płyn w ogóle, zdecydowanie lepszy od morskiej wody. Trunek zdecydowanie umilił im noc i pomógł zasnąć.
Kolejnego dnia nie zauważyli żadnych zmian w otoczeniu – ot, zwykły dzień na morzu, choć trzeba przyznać, że poranek należał do tych i cieplejszych, szczególnie w porównaniu z poprzednim, a jeśli ta tendencja miałaby się utrzymać, to dla trójki rozbitków nie wróżyło to najlepiej. Cały dzień zleciał im na błahych rozmowach o niczym, przerywanych jedynie piciem rumu.
Kiedy słońcu chyliło się ku zachodowi, oczom trójki wędrowców ukazał się punkt na horyzoncie, który przybliżał się powoli. Kiedy był już naprawdę blisko, w sercach rozbitków rozbłysła nowa iskra nadziei. Tą rzeczą była mianowicie identyczna skrzynia, co z poprzednia dnia, jednak tym razem we wnętrzu kryło się wiele egzotycznych, suszonych owoców. Mężczyźni rzucili się na jedzenie i w mig opróżnili ćwierć kufra.
– Panowie, nie wiem jak wam, ale mi smakowało jak nigdy w życiu – rzekł H., obdarowując ich szerokim uśmiechem. T., mimo iż rad z posiłku, nie był zachwycony ze znaleziska.
– Chwileczkę. Jeśli chodzi o rum, jestem w stanie zrozumieć, że jakimś cudem skrzynia tutaj dotarła, bo pamiętam sporo skrzyń na pokładzie. Ale nie pamiętam, żeby były tam suszone owoce.
– No, faktycznie – zgodził się S. – Nie da się jednak ukryć, że dzięki tym skrzyniom pociągniemy trochę dłużej. Nie wydaje mi się też, żeby były w jakikolwiek sposób szkodliwe. Może nieświeże, nic wielkiego, ale jest ważniejsza kwestia. Ilość. Owoców przy oszczędnym gospodarowaniu starczy nam na jakieś trzy dni. Rumu na pięć.
Po tych słowach na dłuższy czas zapadła cisza. Na niebie świeciły gwiazdy, kiedy H. w końcu oznajmił pozostałym:
– Wspominałeś o cudzie, T. A co jeśli to wcale nie był przypadek? – pozostali spojrzeli na niego posępnie. Ich oczy były wprost nieziemsko białe w świetle gwiazd. T. kontynuował.
– Kiedy byłem dzieckiem, ojciec, notabene marynarz, opowiadał mi historie o morzu. Wspaniale historie. Jedne śmieszne, inne straszne, ale wszystkie niezwykle fascynujące. W wielu z nich pojawiały się magiczne bestie, jak harpie czy syreny. Jednak najciekawszą postacią, jak sądzę, była pewna nimfa imieniem Kalypso. Tragiczna postać. Straszna i tragiczna. Zależnie od humoru pomagała zabłąkanym marynarzom dotrzeć do domu, posyłając im sprzyjające wiatry albo też kierując ich na niewidoczne skały, które niszczyły statek.
– A jaki to ma związek…
– Miejmy nadzieję, że żaden – przerwał wpół słowa H. Potem zległa cisza, gdyż wszyscy spróbowali usnąć. Obudziło ich dopiero blask południa. Dzień zaczęli od skromnej porcji owoców, popitej także ubogą porcją rumu.
– Musimy się stąd wydostać – zaczął S. – Na początek ustalmy, co mamy.
– Nie licząc prowiantu, to nasze ubrania i trochę drewna ze skrzyń i tego, czym dryfujemy – odparł H.
– Poczekajcie, mam jeszcze nóż – dodał T. Pokazał pozostałym piękny okaz. Ostrze miło błyszczało się w blasku słońca, a ostrze z kości słoniowej idealnie wkomponowywało się w ten widok. – I trochę krzesiwa.
– Dobrze. Możemy więc z jednej ze skrzyń zrobić coś na kształt wioseł, tylko że…
– Tylko że co?
– Tylko że nie wiemy w którą stronę płynąć – niemal krzyknął S.
– Może my popłynąć w pobliże naszego statku. Znaczy tam gdzie go ostatnio widzieliśmy – zaproponował H.
– Wydaje mi się, że przed sztormem słońce było po sterburcie , a jako, że płynęliśmy na północ, musimy płynąć na zachód.
– Dobrze więc, płyniemy w tę stronę. W końcu i tak nie mamy nic do stracenia.
Mężczyźni zabrali się do pracy. Skrzynię rozebrali na deski, w czym wybitnie pomógł nóż T., po czym za pomocą gwoździ stworzyli jakby parę wioseł. Deski je tworzące trzymały się raczej jedynie na słowo honoru, jednak na razie im to wystarczało. Tak im ta praca podeszła, że nawet się nie zorientowali, że już zachodzi słońce. Trudno jednak im się dziwić, zważywszy na to, że oprócz rozmowy i tęsknego wpatrywania się w horyzont nic nie mieli do roboty.
Kiedy już uporali się z zadaniem, zjedli kolację i już mieli kłaść się spać, kiedy H. sobie o czymś przypomniał.
– Panowie! – krzyknął. – Już zachód!
– I co z… – zaczął S., kiedy sobie przypomniał. – Skrzynia!
T. ostudził ich zapał.
– Czy wy naprawdę w to wierzycie? Że ktoś, czy też coś, specjalnie przysyła nam skrzynie z prowiantem? Ludzie, na miłość boską, jesteśmy na środku oceanu. Kto i po co miałby to robić?
– Masz rację, T. – przyznał z ociąganiem S. – My po prostu jesteśmy zmęczeni, chcemy do domu…
– Rozumiem cię doskonale, S. – Też bym chciał, by ktoś się nami opiekował w ten sposób, ale sądzę, że pozostaje nam mieć nadzieję, że jakiś statek tędy przepłynie i nas zauważy.
– Moglibyśmy wtedy rozpalić ogień, lecz tylko w ostateczności, bo jeśli się pomylimy, to…
– Pójdźmy lepiej spać, bo musimy jakoś przetrwać kolejny dzień. Jak postanowili, tak zrobili. Nie minęła jednak długa chwila, kiedy to S. rzekł:
– Muszę mieć halucynacje od tego rumu, bo słyszę stukanie.
– Nie, też je słyszę – powiedział H.
Mężczyźni wstali i zaczęli się rozglądać po horyzoncie. Nagle T. zakrzyknął „Jest tutaj!” i tryumfalnym gestem pokazał pozostałym butelkę, w której znajdował się jakiś świstek.
– Dasz radę to przeczytać? – spytał S. T. tylko skinął głową i z trudem zaczął:
– „To ja uczyniłam to wszystko. Przygotujcie się, bo jutro nadejdzie czas próby.” I… tyle.
– Od kogo to może być? – rzucił cicho w powietrze H. Nikt mu nie odpowiedział, bo – choć niedorzeczna – odpowiedź była wszystkim znana. Wszyscy po cichu zasnęli.
Kolejny dzień przebiegał w niemal absolutnej ciszy. Rozbitkowie trochę jedli, trochę pili, trochę wiosłowali. Nikt nie powiedział tego na głos, ale wiadomym było, że oczekują zachodu. Mężczyźni nie dali tego po sobie poznać aż do upragnionej pory dnia. Wtedy to zaczęli przebierać nogami, wymachiwać rękami na wszystkie strony, a przede wszystkim gapić się na zachód. W pewnym momencie ogarnęło ich jakieś dziwne uczucie, którego żaden nie potrafiłby nazwać. Fizycznie nic im nie dolegało, lecz ich umysły stały się praktycznie bez wyrazu niczym woda. Jedyne, co do nic docierało, to linia horyzontu, niknąca z każdą chwilą wraz ze słońcem.
Po czasie, który dla rozbitków wydałby się wiecznością (gdyby mogli poczuć jego upływ), w zasięgu ich wzroku pojawił się maleńki punkt, który – a jakże – zbliżał się do nich z niemałą wręcz prędkością.
Owym przedmiotem okazała się szkatułka, która przy poruszeniu wydawała głośny stukot. S. trzęsącymi się lekko rękoma podniósł ją na wysokość oczu i pomału otworzył.
W środku znajdowały się… kości do gry. Było ich dokładnie pięć, a wykonane były niezwykle starannie z kości słoniowej.
– To ma być jakiś żart? – wydukał po dłuższej chwili H. Po twarzach innych łatwo dało się rozpoznać, że oczekiwali czegoś innego. S. przyjrzał się uważnie szkatułce, licząc na to, że znajdzie jakiś list albo inny miły fant, lecz srogo się zawiódł. Już miał to ogłosić pozostałym, kiedy ujrzał wewnątrz kawałek kartki, ukryty pod spodem pudełka. Ostrożnie wyciągnął papier, który okazał się sporawą książką. Dziw, że komuś udało się ją tam umieścić. Pokazał ją pozostałym i spróbował przeczytać.
– Dziwne – oznajmił S. po chwili. – To jakieś dziwne, odręczne pismo. Pierwszy raz widzę takie litery. I te obrazki. Co najmniej… niepokojące – po czym pokazał kilka pozostałym. Widniały na nich jakieś postaci, w tańczących pozach. T. przeszedł po plecach dreszcz.
– Panowie, nie ma co się smucić. W końcu mamy kości, więc nie musimy obawiać się nudy – starał pocieszyć się pozostałych H.
– W sumie i tak nie mamy co robić, więc możemy pograć. Jeszcze powinniśmy widzieć wyniki.
Mężczyźni zebrali się wokół szkatułki niczym drapieżniki nad swą ofiarą. Ustalili, że grają na pieniądze, a z gry rozliczą się po powrocie do domu. Jeśli tam dotrą. Ustalili kwotę, jaką każdy z nich dysponował, a także początkową stawkę, po czym rozpoczęli grę.
Grali tak aż do trzeciego zwycięstwa. Dalsza gra byłaby i tak niemożliwa, bo słońce praktycznie już się schowało. Teraz niebem władał księżyc. Zwycięzcą okazał się S., lecz niewiele gorszy był T. H. wygrał tylko raz. Mężczyźni prędko zasnęli. Wszyscy przewracali się z boku na bok, a to z powodu snu, który mieli.
Wyglądał on tak, że cała trójka błąkała się po morzu, aż w końcu dotarła do olbrzymiego zamczyska na skale, otoczonego gęstą mgłą. Z mgły wyłoniła się postać obdarzona takim blaskiem, że nie dało się na nią spoglądać. Poznali, że to kobieta, kiedy zaczęła śpiewać, a jej śpiew był tak słodki, że zasnęli w tym śnie, gdzie śniły im się odległe lądy, które zamieszkiwały dzikie, pierwotnej ludy o niespotykanej do tej pory, szarej karnacji. Przywitali mężczyzn niczym jakiś bożków, oddając im głębokie pokłony i ofiarowując niezliczone podarki. Dalszej części snu nie zapamiętali.
O poranku woda ruszała się niespokojnie. Kiedy H. otworzył oczy, spostrzegł, że na tratwie pozostał jedynie on sam, nie licząc skrzyni z prowiantem i pary wioseł. Początkowo strasznie się bał, jednak kiedy zobaczył na horyzoncie zbliżający się punkt, znacznie się uspokoił. Mimo tego, iż był wczesny ranek, jego nie dopuszczał do siebie innej myśli niż ta, że oto płynie do niego kolejny… podarunek, może nawet wyjaśnienie całej tej sytuacji. Zbliżał się tak powoli, że do południa przekroczył niecałą połowę dzielącej ich początkowej odległości. Mimo to H. czekał wytrwale.
W pewnym momencie wreszcie poznał, czym był ten obiekt. Był to statek. H. zdziwił się tym, iż się zawiódł – spodziewał się kolejnej skrzyni. Dalsze wydarzenia były łatwe do przewidzenia – marynarze zabrali go na pokład, po czym powrócił do domu. Do tego momentu praktycznie nic nie pamiętał. Kiedy wreszcie postawił stopę na lądzie, pomyślał, że to dobrze, iż to on przegrał.
Po kilku miesiącach dotarła do niego wieść, iż na nowo odkrytym lądzie znajduje się plemię, którym przewodzi biały człowiek. Co ciekawe, władał szczątkowo ich językiem, a nowo przybyłym pokazał zestaw kości i nóż z kości słoniowej. O S. nigdy już nie usłyszał.

Michał Brzoza:

1) Kiedy już przy planszy siądziesz,
cały świat nagle znika,
wtedy możesz poczuć w sobie
true gamesfanatica!

2) A jak już na twoje konto,
jak co miesiąc kasa wpłynie,
gnaj do sklepu po planszówki,
nie mów nic dziewczynie!

3) Gry planszowe ciut za drogie,
lecz nie martwcie się kochani,
powiększymy nasze zbiory,
z GF nagrodami!

4) Czy planszówki, czy karcianki,
kiedy się dorobisz nowych,
to poczekaj do weekendu,
i dzwoń po znajomych!

5) Miałem kiedyś trzech kolegów,
w gry bez prądu grać lubili,
o to, która z nich najlepsza
nawet się pobili!

6) Pierwszym z nich był wyjadacz,
gier bez prądu miał bez liku,
od nadmiaru zasad dostał,
pamięci zaniku!

7) Gubił karty i instrukcje,
mylił Catan z Carcassonem,
kiedy miał deck-building zrobić,
to rzucał żetonem!

8) Drugi z nich miał kolekcję
wszystkich części Talismana,
lecz zawalił przez nie lekcje,
a gry wzięła mama!

9) Trzeci zaś niestety z czasem
na kart punkcie dostał bzika,
zdradził zacne gry planszowe
i to dla Magica!

10) Sam zostałem z moim hobby,
na turniejach już nie bywam,
nikt ze mną grać już nie chce,
bo zawsze wygrywam!

11) Lecz uważaj graczu młody,
kiedy trafisz na oszustki,
które rzutem dwóch kosteczek,
wyrzucą trzy szóstki!

12) A kiedy Ci się znudzą,
maszty, szanty i żaglówki,
poślij wszystkie je do czarta
i zagraj w planszówki!

13) Hej ho rzucam kości,
hej ho rzucam kości,
gdy wypadną same szóstki
jest powód radości!

Monika Smeja:

Bosman dał nam znak.
Zakrzyknął nam wraz,
więc do żagli czas.
Bo gdy fale nam sprzyjają
będzie w mesie się działo.

Refren:
Wszyscy zakrzyknęli Hej Hura i gotowa gra.
W długim rejsie dobrą rzeczą jest
zapas gier planszowych mieć.
Zasiądziemy wraz przy stole,
by odegrać swoje.

Tutaj czasu co nie miara
więc zagramy i w „Batyskaf” i w „Rekina”.
Pan kapitan się upiera,
że „Batory” nas nauczy
jakie trudy czekają nas w podróży.

Refren:
Wszyscy zakrzyknęli Hej Hura i gotowa gra.
W długim rejsie dobrą rzeczą jest
zapas gier planszowych mieć.
Zasiądziemy wraz przy stole,
by odegrać swoje.

Nagle statkiem chwieją fale
sztorm załogę wywołuje.
Obiecują sobie szczerze
w „Santa Marię” zagrać w mesie.
Bo po trudach na pokładzie
gra najlepszym jest lekarzem.

Refren:
Wszyscy zakrzyknęli Hej Hura i gotowa gra
W długim rejsie dobrą rzeczą jest
zapas gier planszowych mieć.
Zasiądziemy wraz przy stole,
by odegrać swoje.

Czy żeś w pierwszym
czy w kolejnym rejsie.
Zapamiętaj co Ci bosman powie:
że wieczory długie wszędzie
ale w morzu nudy nie ma
i gdy chwila jest wytchnienia
wszyscy w mesie zasiadają
i w planszówki grają.

Refren:
Wszyscy zakrzyknęli Hej Hura i gotowa gra
W długim rejsie dobrą rzeczą jest
zapas gier planszowych mieć.
Zasiądziemy wraz przy stole,
by odegrać swoje.

Paulina Sztamberek:

// na melodię utworu „Przechyły”

Pierwszy raz przy pełnym ekwipunku,
Chwytam miecz i biorę kurs na loch.
I jest tak jakbym mistrzem był fechtunku,
Wrogów tnę, jęk słychać jest i szloch.

Ref: O – ho, ho! Walczymy i walczymy!
O – ho, ho! Za falą fala mknie!
O – ho, ho! Dropimy i loocimy!
Ale rzut, dziś szczęście wspiera mnie.

Manę mam i combo zaraz zrobię!
Słyszę jak mój druid cicho klnie.
Łapię stun i zamiast wroga młotem,
To on mnie od tyłu, kumple w śmiech.

Ref: O – ho, ho! Walczymy i walczymy!

Hej ty tam, za filar wychylony
Tu naprawdę się nie ma z czego śmiać!
Cicho siedź i lepiej proś łotrzyka,
Żeby coś nie spadło ci na kark.

Ref: O – ho, ho! Walczymy i walczymy!

Krople krwi, w czerwonym kropel pyle
Tańczy miecz, po lochu spływa cień.
Jutro znów wyruszę, bo odkryłem
Planszę, grę, herosów starą pieśń.

Ref: O – ho, ho! Walczymy i walczymy!

Uwaga! minikonkurs!

Hubert Heller:

1. Jak nazywa się japoński sum?

Patrycja Figat:

2. Jak nazywa się przekupiony pirat?

Joanna Brzoza:

3. Poprzez morza i oceany,
płynie potwór nieokiełznany!
Łeb ma wąski, długie macki,
co są zmorą łodzi rybackich!
Zjada wszystkich bez litości,
aż po najdrobniejsze kości!
Módl się by Cię nie wytropił,
bo Twój statek wnet zatopi!

Te trzy prace (oczywiście ich autorzy również otrzymują torby) w postaci zagadek są dla was zadaniem do wykonania. Pierwsza osoba, która w komentarzu poda prawidlową odpowiedź na wybraną zagadkę również otrzyma od nas torbę GF. Trzy zagadki – trzy torby do rozdania. Ale muszą one trafić do różnych osób. A więc jeśli znacie odpowiedź na wszystkie trzy pytania – wybierzcie jedno i dajcie szansę innym. Autorów prosimy o nie podpowiadanie!

A laureatom gratulujemy i prosimy o przesłanie na adres redakcji swoich danych korespondencyjnych. I tak jak wczoraj prosimy was o cierpliwość – torby będziemy rozsyłać dopiero po 15 lipca.

 

 

21 komentarzy

  1. Oddpowwiedz na 3 zagadke :ośmiornica

  2. Zagadka 1: namazu

  3. zagadka 2: korsarz
    ale zasadniczo to PIRAT :)

  4. Zagadka nr 3: Kraken

  5. Urszula Jakubowska

    1) Namazu
    2) korsarz
    3) kraken

  6. Pingwin

    Podpowiedzi do zagadek:
    1. To swojsko ale i japońsko brzmiąca dwuczłonowa (jakże mogłoby być inaczej?) nazwa gatunkowa ;)
    2. A co piją piraci?

  7. Wojtek Kowalski

    Zagadka 1: Sumo rzeczny

  8. Zag 2: korumpirat

  9. Pingwin

    Kości zostały rzucone a torby rozesłane :)
    Wszyscy, którzy zdążyli podać nam swój adres niech spodziewają się przesyłki Poczty Polskiej w przyszłym tygodniu.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*