Home / Recenzje / Gry przygodowe / Stworologia: Ekspedycja – smutek na wyprawie

Stworologia: Ekspedycja – smutek na wyprawie

Czasami pojawiają się takie gry, które po prostu krzyczą do ciebie : „kup mnie!”, „wybierz mnie!”, „zagrajmy”! Coś cię do nich ciągnie, coś cię ku nim nęci. Taka sytuacja zdarzyła mi się w związku ze Stworologią. Natychmiast chciałam ją zabrać do domu i wyłożyć na stół. Intrygujące wykonanie, ciekawa tematyka i obietnica przygody okraszona zarządzaniem ręką oraz rozpatrywaniem zależności (i konfliktów!) między kartami. Dołożono do tego jeszcze  jedną z moich ulubionych mechanik, czyli pick-up and deliver! Cóż… pora wyruszyć w nieprzebyte ostępy, aby poznać mityczne kreatury. Jednak, czy tak przygoda na pewno się spina i nic w niej nie chrzęści?!

Co można znaleźć w dzikich ostępach?

Pierwsze wrażenia po rozpakowaniu pudełka są jednoznaczne – WOW. Wszystkie elementy wyglądają naprawdę niesamowicie. Soczyste kolory, fajne figurki, ekstra kafelki. Znaczniki się błyszczą i wcale nie chcą przestać. Stół ze Stworologią prezentuje się naprawdę fenomenalnie. Pierwszy zgrzyt pojawia się podczas zmagań z instrukcją – ponad 30 stron. Nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził, jednak spodziewałam się mniejszej ściany tekstu, zważywszy na to, że ten tytuł nie zapowiadał się na mega mózgożerną pozycję bądź rozbudowaną przygodówkę z wieloetapową kampanią. No nic, pozory mogą mylić.

Aczkolwiek czerwień z policzków  zaczynała powoli schodzić. Instrukcja jest nie tylko długa, lecz także strasznie nieintuicyjna. Nawet po rozłożeniu elementów  trudno było zebrać to wszystko w jedną, spójną całość. Przebrnięcie przez ten tekst było nie lada wyzwaniem. Po tych ciężkich bojach możemy w końcu zasiąść do gry. Naszym celem, poza objęciem stanowiska na nowo powstałym uniwersytecie, jest zebranie informacji na temat nieznanych i bardziej znanych gatunków mitycznych (nierzadko swojskich) stworów. A potem naturalnie opublikowanie naszych badań dla splendoru, sławy itd. najlepszego naukowca.

Wydaje się, że mamy tutaj całkiem dużo do roboty. Powinniśmy rozwinąć poziom naszej wiedzy z różnych dziedzin. Nasza postać odznacza się specjalnymi zdolnościami, które różnią się w zależności od obecnego stanu gry (co ciekawe – działamy lepiej, jeśli ktoś jest od nas lepszy, czyli prześcignął nas w trakcie zbierania informacji. Działa to całkiem sprawnie i pozwala zniwelować ewentualne przewagi). Balansujemy między zdolnościami kart sztuczek, ich efektami głównymi oraz pomocniczymi, zastanawiamy się czy warto je zachować na wypadek późniejszych działań innych graczy (wbicie noża w plecy zawsze jest dobrą opcją). Każda strefa (kafle planszy) ma unikalny efekt, który odpala się po pojawieniu się uczonego. Oczywiście nie ganiamy wyłącznie za drobną zwierzyną – w kniei czyha na nas przepotężny, ogromy boss, będący uosobieniem najgorszych trudów podróży. Jeśli starczy nam czasu, bo warto jeszcze wziąć pod uwagę pozostałych towarzyszy stołu i ewentualną chętkę na czynienie im szkody lub rozboju.

Ten moment, kiedy wszystko idzie nie tak, jak powinno…

Niestety praktyka okazała się gorsza od teorii. Wyżej wspomniana mnogość opcji to schematyczne tury, gdzie ograniczamy się do robienia ciągle tych samych rzeczy. Ot, zbieramy kosteczki, dokładamy je do wybranych torów i przy okazji zagrywamy karty. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby nie mrowie dodatkowych pierdółkowatych zasad, które ani nie usprawniają, ani nie dodają rozgrywce głębi. Nie dość, że bardzo często o nich zapominamy, to jeszcze irytujemy się na samą myśl o konieczności przeprowadzenia wielu kroków, żeby wykonać daną akcję. Nawet przystępowanie do testów przyprawia nas o nielichy ból głowy. Zdarzały się takie partie, że świadomie rezygnowaliśmy z wykorzystania jakiejś akcji, ponieważ nie chciało nam się przez nią przechodzić. Nie wspominam już o systemie dobierania studentów i publikowania rozpraw, do których również musimy opanować multum reguł. Zachciało mi się spać już na samo wspomnienie.

Po planszy hula nuda. Poziom decyzyjności spoczywający na graczach jest stosunkowo niewielki, gdyż losowość decyduje o prawie każdym aspekcie rozgrywki. Dołożyły ci cię takie kostki do strefy, że odsadzisz innych graczy? Spoko, twoje szczęście. Utknąłeś w jakimś miejscu, nie ma wokół ciebie żadnych rywali, przez co nie możesz zabrać im żadnej kostki? Twoja strata. Istnieje spora szansa, że odpadniemy już na początku rozgrywki, przez co wieczór spędzimy na smętnych próbach przesunięcia figurki badacza. I nic z tym nie możemy zrobić. Taka sytuacja nie ma nic wspólnego z miłym karaniem naszych nieprzemyślanych ruchów przez grę. Nie stała nawet obok losowych konsekwencji walki albo wydarzeń, charakterystycznych dla niektórych przygodówek, co jest do przebolenia, zwłaszcza gdy mamy sposobność odbicia się od dna. W Stworologii bywa, że nie mamy nic do roboty, bo tak. Nie tylko nie wygramy, lecz także nie mamy szansy na zaszkodzenie innym graczom. Stój i pooglądaj sobie piękne elementy gry.

Zgrzyty, chrzęsty i piski rozpaczy

Aż serce mnie boli, kiedy pomyśle sobie o zmarnowanym potencjale bossa, który dobrze wykorzystany potrafił ratować naprawdę kiepskie gry (vide Dark Souls: Board Game). Tutaj wielki zły z jednej strony jest cienki jak barszcz i bez problemu odeślemy go w leśne chaszcze, podczas gdy z drugiej strony unikamy go tylko dlatego, że…. wiążą się z nim kolejne reguły do zapamiętania, konieczność wieloetapowego i nużącego rozpatrzenia spotkania, a także niewielkie korzyści z jego pokonania. Człowiek cieszy się z kolejnego, potencjalnie fajnego, elementu rozgrywki, ale de facto mogłoby go w ogóle nie być, gdyż  psuje jedynie płynność partii. Trochę oczy mi się zeszkliły.

Warto zaznaczyć, że downtime bywa ogromy i trakcie oczekiwania na swoją turę można przeczytać niejedną potężną XIX-wieczną powieść. Albo ze dwie. I to nie z powodu paraliżu decyzyjnego bądź nieodzowności spokojnego zaplanowania naszych kolejnych ruchów. Po prostu koszmarna ikonologia oraz multum niepotrzebnych zasad przeciągają tury w nieskończoność. Zresztą trudno tutaj cokolwiek zaplanować, gdyż losowe dokładanie kostek oraz możliwość podkradania ich przez innych graczy niszczą wszelkie ślady strategii. A taktyka na nic nam się nie przyda, gdyż zebranie odpowiednich kart, aby zarówno zebrać coś w trakcie tury, jak i zabezpieczyć się przed działaniami innych, jest praktycznie niemożliwe. Pomijając już fakt, że jest to na tyle schematyczne i powtarzalne, że nie wywołuje absolutnie żadnych emocji. Zdarza się, że moglibyśmy zrobić ciekawy ruch, lecz… liczba akcji na turę jest zdecydowanie zbyt mała, żeby udało nam się tego dokonać!

Żal straconych szans

Stworologia to, niestety, typowy produkt z kickstartera. W teorii świetny, a w praktyce słaby. Mogłaby być to całkiem fajna, familijna pozycja, gdzie radośnie naparzamy się ze stworami i innymi graczami, gdyby nie ogrom niepotrzebnych reguł, które nie przekładają się wcale na przyjemność płynącą z rozgrywki. Staram się pomyśleć o jakichś plusach, ale przypomniało mi się przede wszystkim to, że partie dwuosobowe były jeszcze gorsze niż to wszystko, co napisałam wyżej bowiem całkowicie znika z nich negatywna interakcja. Na sferach robi się pusto, a my nie mamy już szansy wykręcić żadnego dobrego wyniku.

Niemniej trzeba przyznać, że negatywna interakcja stanowi tutaj jeden z najlepszych elementów rozgrywki. Zarówno pozwala dokopać najlepszemu, jak i wprowadza jakieś życie w schematyczne zbieranie kosteczek. Naprawdę można poczuć satysfakcje, kiedy zabierzemy rywalowi akurat tę kostkę, której potrzebował. W sumie niektóre rozwiązania można uznać za dość ciekawe (podwójna moc zdolności postaci, szpiegostwo), ale bardzo mi przykro – nic tutaj nie spaja się w jedną spójną całość. A minusy przesłaniają nam plusy.

W ostatecznym rozrachunku Stworologia  jest grą dla nikogo. Niedzielnych graczy odstraszą skomplikowane, mnogie reguły, a bardziej zaawansowanych przerazi zgrzytająca mechanika oraz nieprzyjemna losowość, której nie można ani ogarnąć, ani jej się przeciwstawić. Kilka dobrych pomysłów to za mało, aby powstała fajna gra. Odważni mogą spróbować przed zakupem, ale nie mówcie, że was nie ostrzegałam.

Plusy:

+ świetna oprawa wizualna
+ dużo negatywnej interakcji
+ dwustopniowy model zdolności specjalnych badaczy
+ znajdzie się parę ciekawych rozwiązań

Minusy:
– powtarzalna i schematyczna rozgrywka
– wieje nudą
– mnóstwo drobnych reguł psuje jakąkolwiek przyjemność płynącą z rozgrywki
– losowość nie do okiełznania
– przez przypadek możemy zostać wyeliminowani z gry…
– … i nic na to nie da się poradzić
– w turze mamy do dyspozycji tak mało akcji, że właściwie nic ciekawego nie możemy zrobić
– mechanika po prostu zgrzyta i trzeszczy
– nie ma co próbować grać tylko w dwie osoby
– zmarnowany potencjał walki z bossem
– downtime jest taki, że spokojne zdążymy przeczytać Stracone Złudzenia

 



Grę Stworologia: Ekspedycja kupisz w sklepie

Ogólna ocena (3/10):

Złożoność gry (6/10):

Oprawa wizualna (9/10):

Dziękujemy firmie Fishbone Games za przekazanie gry do recenzji.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

x

Check Also

Dom pełen zła – Fighting Fantasy vol. 2

Po pełnej emocji wyprawie do królestwa Czarnoksiężnika z Ognistej Góry postanowiłam zmierzyć się z kolejnym gamebookiem z cyklu Fighting Fantasy. O ile w pierwszej grze fabularnej Wydawnictwa FoxGames przenosimy się do świata fantasy, Dom pełen zła autorstwa Steve’a Jacksona zabiera nas do krainy rodem z koszmaru.